Zwyczajna kiełbasa wyborcza

Za kilkadziesiąt godzin – czas wyborów parlamentarnych. Być może dla wielu ludzi wybory te są trudniejsze niż kiedykolwiek. I nie mam tu na myśli klęski urodzaju politycznych talentów. Ci, którzy mają to szczęście i już podjęli decyzję – z pewnością są wystarczająco zmobilizowani. Ale są i tacy – jakże wielu! – którzy nie czują motywacji. Tym ostatnim dedykuję zatem refleksję pt. „Sześć powodów, dla których warto wybrać…mniejsze zło”. 

1. Wiara polityków w głupotę wyborców, czyli przekonanie, że „ciemny lud” kupi wszystko, nawet miernej jakości propagandę, pod wpływem której w stanie hipnozy zakreśli „krzyżyk” w jedynie słusznym kwadracie. Gdyby do rządzenia wystarczyła propaganda, to Jerzy Urban nigdy nie zostałby biznesmenem.

2. Pustosłowie i hasłomania – jakże wykpione dekady temu, ale wciąż żywe. Dawniej w te zaklęcia wierzył (chyba…) tylko tzw. aparat. Aparaty się pozmieniały, a pustosłowie i hasłomania pozostały. Tylko te hasła jakby trochę słabsze…

3. Ignorancja, czyli „nie mamy zielonego pojęcia o tym, co należy robić, ale za wszelką cenę musimy udawać, że wiemy”. Dzięki takiej strategii każdy polityk jest ekspertem od podatków, edukacji, zmiany płci, relacji rosyjsko-ukraińskich, górnictwa węgla kamiennego i brunatnego itd.

4. Kabaretopodobność – różnica między kabaretem a polityką polega na tym, że kabaret jest śmieszny intencjonalnie. Niektórzy mówią: „dzięki politykom kabaret mamy za darmo”. Naiwni! Na ten kabaret zrzucają się wszyscy.

5. Umiłowanie agresji i nienawiści jako wiodących środków przekazu o własnych emocjach, fobiach i słabościach. Prawda, jest jeszcze najbardziej „skuteczna” metoda pedagogiczna sprzed stu lat, czyli straszenie Babą Jagą. 

6. Bezsilność intelektualna, objawiająca się powszechnym nieodpowiadaniem na zadawane pytania i snuciem wybitnie nudnych dygresji. Więcej dramaturgii i życiowej prawdy było w odcinku serialu „Klan” niż w debacie liderów ogólnopolskich komitetów wyborczych. Może z wyjątkiem jednego epizodu, kiedy jeden z liderów nazwał słynne ośmiorniczki „badziewiem”. I ma rację. Nie ma, jak schabowy. Ośmiorniczki bowiem wywołują czkawkę. Mr Sikorski, czy nie lepiej było wybrać kiełbasę, choćby i – za przeproszeniem – wyborczą?

Czujcie się zmotywowani, by jednak kogoś sensownego wybrać.

PS. Czy karpie głosowałyby za przyspieszeniem świąt? To pytanie pozostawiam nauczycielom, którzy zapomnieli, że aktualna pani minister od edukacji swego czasu zapowiedziała likwidację Karty Nauczyciela, jeśli po wyborach pozostanie przy władzy.

Dzień Edukacji w roku wyborczym

Dzień Edukacji Narodowej A.D. 2015, w oku wyborczego cyklonu, nie napawa optymizmem. Z perspektywy zapowiedzi wyborczych głównych aktorów na scenie politycznej wynika, że oświatę czekają zmiany. Czy będzie to likwidacja gimnazjów i powrót do modelu organizacji szkolnictwa sprzed szesnastu lat, czy też likwidacja Karty Nauczyciela – okaże się niebawem; pomysłów na reformy jest oczywiście więcej. Biorąc pod uwagę puste miejsca, z których pochodzą, życzę Koleżankom i Kolegom Nauczycielom po pierwsze – szczęścia, po drugie – skuteczności w oddziaływaniu edukacyjnym na polityków, a po trzecie – integracji wokół zasadniczych dla naszego środowiska haseł. Pod tymi hasłami 14 października Związek Nauczycielstwa Polskiego i inne nauczycielskie organizacje zawodowe będą manifestować na ulicach Warszawy. 

Czarna owca

Niejaki pan Charamsa, z zawodu ksiądz, ujawnił się jako praktykujący gej. Być może uczynił to dla mamony, jako że w świetle jupiterów i w blasku fleszy zapowiedział rychłą premierę swojej książki. Gdyby nie atmosfera skandalu zapewne niewielu by o niej usłyszało, zaś sam pan Charamsa nawet w ugrupowaniu Janusza Palikota nie zrobiłby kariery. Skoro jednak pan Charamsa postanowił stworzyć gejowską wersję „Ptaków ciernistych krzewów” to ubóstwo mu nie grozi. W Polsce jego „love story” przebije zapewne popularnością przygody Kazimierza Marcinkiewicza i Isabelle, której odpowiednikiem będzie niejaki Eduardo.

Pan Charamsa, uważający siebie samego za współczesnego Marcina Lutra, jest jednak kompletnie niewiarygodnym „reformatorem”. Jego głos w interesie środowisk homoseksualnych nie brzmiałby tak fałszywie, gdyby był on jedynie teoretykiem, a nie gorliwym praktykiem. Paradowanie w sutannie i obściskiwanie się z Eduardo jest generalnie niesmaczne, a dla wielu pewnie obrazoburcze. Powstaje pytanie zasadnicze: skoro pan Charamsa znał na wstępie reguły gry (celibat!), to po co pakował się do stanu duchownego? A jeśli później sprzeniewierzył się ślubom czystości, to czemu nie zrezygnował z sutanny?

Przypadek pana Charamsy to symbol zdrady zasad, które dobrowolnie się na siebie przyjmuje. Powiedzenie o diable przebranym w ornat i dzwoniącym na mszę pasuje jak ulał do sytuacji eksdostojnika watykańskiego. Współczuję katechetom, którzy muszą coraz częściej tłumaczyć, że nie wszystkie owce w stadzie są czarne…

Przepis na sukces

„Wynegocjowałam z ministrem zdrowia powrót drożdżówek” – triumfalnie oświadczyła minister edukacji narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska w radiowej audycji. Wiele wskazuje na to, że może to być jeden z poważniejszych sukcesów pani minister w okresie jej kierownictwa resortem oświaty, niezależnie od komediowej tonacji. W jakimś sensie jest to bowiem przyznanie się do błędu, polegającego na nieprzemyślanym tworzeniu prawa.

Jak zapowiada pani minister, negocjacje będą trwały dalej i mają objąć tak newralgiczne obszary jak aprowizacja maturzystów w kawę oraz dosypanie do szkolnej zupy „szczypty soli”. Nie trzeba być ekspertem, by zrozumieć, jakie absurdy rodzi konieczność wytworzenia aktu prawnego, regulującego zarówno stołówkowe menu, jak i asortyment szkolnych sklepików. Nawet rzeczone drożdżówki mają być dookreślone w kwestii zawartości cukru (procentowej? a może według masy netto?). Cóż, jak widać pani minister w końcu stanęła przed naukowym problemem, ile jest cukru w cukrze, tak doskonale zasygnalizowanym przez Stanisława Bareję.

Dura lex sed lex. Inna rzecz, że nieskuteczność pospolitych zakazów po prostu ośmiesza prawodawców. Czy nie lepiej zatem postawić na szeroko zakrojoną akcję edukacyjną, na społeczną kampanię adresowaną również do rodziców, dziadków i innych „rodzinnych” autorów posiłków? Jeśli chodzi o sól, prawdziwy problem to posiłki domowe, a nie szkolne obiady. Zarówno sól jak i cukier są „ukrywane” przez producentów żywności w produktach, których na pierwszy rzut oka nie posądza się o smak słony lub słodki. Kluczowe znaczenie w komponowaniu w miarę sensownej, zbilansowanej diety ma więc świadomość dorosłych.

Niedawna zawartość szkolnych sklepików istotnie bardziej przypominała królestwo Willego Wonki, właściciela tytułowej fabryki czekolady z filmu Tima Burtona, wzmocnione potęgą chlorku sodu, wysypującego się z paczek czipsów. Ograniczenie cukrowego szaleństwa było zatem uzasadnione. Powiem jednak więcej: czy komercyjny, prywatny punkt handlowy w szkole nie jest jednak jakąś formą patologii? Rozumiem interesy przedsiębiorców, ale moim zdaniem stoją one w sprzeczności z interesem społecznym. Kolejki na przerwach pokazują, że sklepikowy mikrobiznes trafia w potrzeby rynku. Problem jednak w tym, że „rynek” jest jeszcze mało krytyczny, podatny na manipulację i reklamę. Wydawanie kieszonkowego w nietanim zazwyczaj sklepiku jest w modne. Tymczasem różnice w statusie materialnym rodzin powodują, że szkolny korytarz dzięki sklepikom staje się widownią silniej zarysowanych nierówności. Sklepiki nie są potrzebne szkołom: bez nich oświata istniała i żadne dziecko z głodu nie umarło. A jeśli już sklepik, to może warto powrócić do udanej koncepcji spółdzielni uczniowskich jako szkółki przedsiębiorczości?

W dobie propagandy samorządności i społeczeństwa obywatelskiego mamy jednak centralnie sterowany bufet z wynegocjowanymi przez ministrów drożdżówkami. Cóż za szczęśliwy kraj, w którym ministrowie mogą zajmować się takimi słodkimi problemami.

ZNP ma 110 lat!

Dokładnie 110 lat temu, 1 października 1905 r. w wiejskiej szkółce w Pilaszkowie pod Łowiczem zebrało się około stu nauczycieli z różnych rejonów Królestwa Polskiego, by w konspiracji powziąć decyzję o oddolnym wprowadzeniu języka polskiego do szkół ludowych. Dotychczas instytucje te w powszechnej świadomości jawiły się jako narzędzie carskiego aparatu władzy, służące rusyfikacji Polaków. Rewolucyjny ferment, jaki zapanował w 1905 r. w imperium rosyjskim, sprzyjał ożywieniu marzeń o większej dozie wolności w warunkach przymusowej niewoli narodu polskiego. Chwilowe osłabienie administracji rosyjskiej, zagrożonej antyrządowymi wystąpieniami, było okazją do upomnienia się o prawa, m.in. do edukacji w języku ojczystym. Zignorowanie tych postulatów przez władze rosyjskie wzmogło determinację społeczną do buntu, a przede wszystkim zaktywizowało działaczy oświatowych wokół zasadniczego celu: wprowadzenia nauczania w języku polskim. Z tym właśnie postanowieniem opuszczali Pilaszków w niedzielne popołudnie 1 października 1905 r. nauczyciele, którzy odważyli przeciwstawić się potężnej machinie represji.

Polityka faktów dokonanych okazała się skuteczna; inicjatywa nauczycielska, wsparta przez społeczności lokalne, została de facto zaakceptowana przez Rosjan. Tak objawiła się m.in. częściowa liberalizacja warunków życia w monarchii jednak absolutnej. Odzyskanie możliwości edukacji dzieci i młodzieży w języku polskim było preludium do odrodzenia ducha polskości w warunkach zaboru rosyjskiego po traumie klęski powstania styczniowego. Dzięki odważnej inicjatywie, zmaterializowanej przez uczestników pilaszkowskiego zjazdu, możliwe było przygotowanie gruntu dla wydarzeń roku 1918.

Zjazd w Pilaszkowie to jednocześnie początek Związku Nauczycielstwa Polskiego; choć ta ostatnia nazwa funkcjonuje dopiero od 1930 r., to kadrowa, organizacyjna i programowa kontynuacja idei związku zawiązanego w 1905 r. w podłowickiej szkółce zapisała pierwsze dekady historii ZNP. Jej następcy i kontynuatorzy, choć żyjący w jakże odmiennych realiach, słusznie odwołują się do wciąż aktualnych wartości szkolnictwa powszechnego, bezpłatnego i opartego na profesjonalizmie ludzi, którzy je kreują. Dziś, zamiast walki o szkołę polską, mamy inny rodzaj zmagań: walkę o zachowanie szkolnictwa publicznego, wbrew niemądrym pomysłom niektórych polityków. W przededniu demokratycznego aktu wyborczego, w którym Polacy zadecydują o powierzeniu władzy swoim przedstawicielom na kolejne cztery lata, wypada głęboko przemyśleć, na kogo zagłosować może nauczyciel. Przyczynowo-skutkowa logika zdarzeń nie zawsze pozwala na cofnięcie zgubnych skutków niektórych „reform”. Jeśli państwo i jego samorządowa emanacja pozbędą się szkolnictwa, oddając je w ręce prywatnych, nastawionych na zysk lub ideologizację umysłów, podmiotów, to katastrofy nie da się uniknąć.

Związek Nauczycielstwa Polskiego obchodzi swoje 110. urodziny w atmosferze protestu w interesie oświaty. Nie jest to, jak zarzucają niektórzy, zawodowy egoizm, lecz wołanie o potrzebne zmiany systemowe w dziedzinie finansowania szkolnictwa, o zapewnienie bezpiecznej egzystencji i warunków rozwoju każdej szkole, o wykorzystanie możliwości większej indywidualizacji kształcenia i wychowania w oparciu o przyjazne i terytorialnie bliskie uczniom szkoły. Sprawiedliwość społeczna wymaga również poszanowania ustawowych praw nauczycieli oraz odbudowania należnego pedagogicznemu posłannictwu prestiżu, czego warunkiem musi być adekwatna do znaczenia środowiska nauczycielskiego polityka płacowa. Oby związkowe postulaty przemówiły do świadomości rządzących i teraz, i po wyborach, oraz aby znalazły przełożenie na konkretne decyzje, czego – w ramach 110. urodzin najstarszej nauczycielskiej organizacji związkowej w Polsce – życzę wszystkim Ludziom Oświaty.

Zacznijcie rewolucję beze mnie

Kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami. Wyborczy „cel uświęca środki”, a polityków na ogół nie da się rozliczyć z obietnic. Polityka ma więcej wspólnego z teatrem niż jakakolwiek inna dziedzina życia. W zasadzie to permanentny spektakl, a najciekawsze rzeczy dzieją się za kulisami. My jednak nie będziemy tam zaglądać, ponieważ nie jest to widok budujący. Parówki smakują do czasu, kiedy nie zobaczy się procesu produkcyjnego. Pozostańmy zatem po „właściwej” stronie kurtyny i zastanówmy się nad kwestiami aktorów.

W trakcie sobotniego show kandydata PiS na prezydenta padła osobliwa deklaracja: „powrót” do starego modelu edukacji, czyli ośmioklasowej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum. Z punktu widzenia PR to trafiony postulat, ponieważ odwołuje się do sentymentów wyborców. Samo wspomnienie modelu edukacji, w którym dorastała duża część aktywnych wyborczo obywateli, wzbudza przyjemne skojarzenia. Skłonność człowieka do idealizacji okresu swojej młodości to naturalny mechanizm psychologiczny. Skwapliwie korzystają z niego specjaliści od marketingu. W pomyśle „odkręcenia” reformy szkolnictwa sprzed szesnastu lat jest jednak drugie dno. I trzecie. A nawet czwarte.

Dno nr 2. Lansowanie teorii, że źródłem wszelkiego zła jest gimnazjum, a nieuctwa – „skrócone” liceum, to przejaw druzgocącej naiwności lub – co gorsza – cynizmu. To nie system szkolny „psuje” nam młode pokolenie. Po prostu świat się zmienił. Postęp technologiczny wykreował nieprzewidywalne wcześniej warianty problemów wychowawczych. Życie młodych ludzi – czy nam się to podoba, czy nie – przeniosło się w jakiejś części do internetu, komputera, smartfonu. Wymazanie nazwy „gimnazjum” niczego nie da. Świat już nie jest taki, jak w czasach ósmej klasy szkoły podstawowej.

Dno nr 3. Obiecywać można dużo; w zasadzie to nie ma w tej dziedzinie żadnych granic poza rozumem i przyzwoitością. Zapewne jakaś część ludzi w obietnice wyborcze uwierzy. Ci, którzy orientują się, jaka jest rola prezydenta w polskim systemie ustrojowym, już raczej nie. Inicjatywa ustawodawcza to za mało, by cokolwiek zmienić, jeśli nie ma się zaplecza parlamentarnego w postaci solidnej machiny do głosowania. Oczywiście nie mieści mi się w głowie, by jakikolwiek kandydat z premedytacją nabierał wyborców na chwytliwe hasła i populistyczne tricki… Nasuwa mi się jednak analogia do wyborów samorządu uczniowskiego; zwykle pojawia się kandydat, który zapowiada, że będzie mniej sprawdzianów, choć to przecież od niego nigdy nie będzie zależało…

Dno nr 4. Gdyby jednak projekt „odkręcenia” reformy nabrał realnych kształtów, podatnicy musieliby wysupłać niewyobrażalną kwotę pieniędzy na zmiany. Wystarczy, że policzymy ogólnopolskie koszty reorganizacji sieci szkolnej, przeprowadzek placówek, ponownego przystosowania lokali, zmiany tablic i pieczęci, opracowania nowych programów, druku podręczników, haftowania sztandarów, ruchu kadrowego itp. Możemy pominąć aspekt czysto logiczny: jak zakwalifikować powrót do dawnego systemu? Fiasko eksperymentu? Pomyłka historii i pedagogiki?

Pomysł rewolucji w oświacie, polegającej na „powrocie do przeszłości”, uważam za totalnie chybiony. Diagnoza przyczyn problemów jest fałszywa, a wskazywany sposób ich rozwiązania – wybitnie naiwny. Tak w ogóle to uważam też, że w edukacji rewolucja sprawdza się zdecydowanie gorzej niż ewolucja.

Wyklęci i zapomniani

Dziś obchodzimy – po raz piąty – Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, upamiętniający członków konspiracji niepodległościowej, represjonowanych przez władze komunistyczne w mrocznych latach stalinizmu. Termin obchodów nawiązuje do daty śmierci siedmiu przywódców organizacji „Wolność i Niezawisłość”, skazanych na śmierć i straconych w 1951 r. więzieniu na warszawskim Mokotowie. Ranga święta państwowego – ustanowionego na mocy ustawy w 2011 r. – zobowiązuje do popularyzacji w społeczeństwie tematu „żołnierzy wyklętych”: ich bohaterstwa, tragizmu losów, sensu ofiary. Niestety, edukacja historyczna w aktualnym kształcie programowym nie ułatwia tego zadania. Pamiętajmy, że przedstawiciele najmłodszego pokolenia Polaków są de facto pozbawieni możliwości poznawania tej tematyki na lekcjach historii. Optymalnym czasem do kształtowania świadomości historycznej – z uwagi na proces rozwoju intelektualnego – jest okres nauki w gimnazjum, a tu edukacja historyczna „kończy się” wbrew logice na roku 1918… W szkole ponadgimnazjalnej status historii przypomina przysłowiowe piąte koło u równie przysłowiowego wozu, gdyż sprofilowanie zainteresowań pod kątem egzaminu maturalnego prowadzi do nieuchronnych konsekwencji marginalizacji treści niektórych zajęć w umysłach młodych ludzi. W ten sposób „żołnierze wyklęci”, na których w okresie stalinizmu wydawano nie tylko wyroki śmierci, ale i wyroki powszechnego ZAPOMNIENIA, w dalszym ciągu pozostają w cieniu… Tak być nie powinno.

Kalendarium okrągłych rocznic: luty

Drugi miesiąc tego roku dobiega końca. Czas na „bardzo historyczną” retrospekcję, czyli przypomnijmy sobie, co zdarzyło się w lutym roku…

1455 – niemiecki rzemieślnik Johannes Gutenberg wydrukował pierwszą w dziejach Europy książkę w technologii druku przemysłowego. Jak przystało na wydawcę, wybrał bestseller wszechczasów, czyli Biblię. Druk przemysłowy oznaczał możliwość produkcji wydawnictw wysokonakładowych jak na owe czasy, co uczyniło książkę bardziej dostępną. Pierwsza edycja Biblii Gutenberga liczyła ok. 200 egzemplarzy, z czego do naszych czasów przetrwało w różnym stanie 48. Jeden z nich znajduje się w Polsce – w muzeum diecezjalnym w Pelpinie. Wynalazek, który zrewolucjonizował świat nie zapewnił Gutenbergowi dostatku. Drukarz zmarł w biedzie, nie przeczuwając, że trafi do podręczników historii jako projektant jednej z najdłużej stosowanych technologii w dziejach ludzkości.

1855 – niewyjaśnione dotąd zdarzenie w hrabstwie Devon w Anglii; w nocy z 8 na 9 II pojawił się na śniegu ślad tajemniczej istoty, ciągnący się na odcinku ok. 170 kilometrów. Trop nie pasował do śladów żadnego znanego przyrodzie zwierzęcia. Każdy odcisk „stopy” w kształcie odwróconej litery „U” mierzył około 20 cm. Ślady urywały się w pewnych miejscach i pojawiały dalej, tworząc krętą ścieżkę. Wielu ludzi uwierzyło w ich nadprzyrodzone pochodzenie, a prasa okrzyknęła niewytłumaczalne zjawisko mianem „odcisków stóp diabła”. Sceptycy sądzili, że to dzieło żartownisiów, jednak do jego powstania trzeba by zaangażować kilkudziesięciu akrobatów, co wydaje się po prostu nieprawdopodobne. Minęło 160 lat, a zagadka pozostała aktualna…

1895 (9 II) – w amerykańskim miasteczku Holyoke odbył się pierwszy mecz siatkówki. Pomysłodawcą tej gry i twórcą obowiązujących do dziś reguł był nauczyciel wychowania fizycznego William Morgan. Od początku promotorami siatkówki byli członkowie Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej (ang. Young Men’s Christian Association – YMCA). Do Polski siatkówka trafiła dopiero ćwierć wieku później – również za sprawą organizacji YMCA. Pierwszy pokazowy mecz odbył się w Warszawie w 1919 r. Zmagania drużyn na boisku przedzielonym siatką spodobały się Polakom. Już rok później w Łodzi zorganizowano turniej zespołów szkolnych. Na premierowe mistrzostwa Polski w tej dyscyplinie trzeba było poczekać do 1929 r.

1925 – działalność rozpoczęła rozgłośnia Polskiego Radia (1 II).

1935 – amerykański chemik Wallace Carothers z laboratorium koncernu DuPont wynalazł nylon – sztuczne włókno o bardzo dużej elastyczności i wytrzymałości na rozciąganie. Trudno dziś wyobrazić sobie świat bez nylonu. Jednym z pierwszych jego zastosowań była szczoteczka do zębów w znanej nam współcześnie postaci, opatentowana w 1938 r. Prawdziwym hitem okazały się jednak pończochy, wprowadzone na rynek w 1940 r. Od tamtych czasów, mimo postępu i wynalezienia nowych włókien, nylon w wielu dziedzinach pozostaje niezastąpiony.

1940 (10 II) – rozpoczęła się masowa wywózka Polaków z terenów wschodniej Rzeczypospolitej, zajętej we wrześniu 1939 r. przez Sowietów. Polacy byli wywożeni w głąb Związku Radzieckiego, m.in. do Kazachstanu i na Syberię. Wiele tysięcy ludzi trafiło do łagrów – radzieckich odpowiedników niemieckich obozów koncentracyjnych. Deportacje objęły przede wszystkim rodziny przedwojennych urzędników państwowych, wojskowych i właścicieli ziemskich. Oblicza się, że do czerwca 1941 r., czyli do chwili ataku Niemiec na ZSRR, ofiarami przymusowych „przesiedleń” padło ponad 200 tysięcy Polaków. Potomkowie wielu z nich do dziś żyją na terytorium Federacji Rosyjskiej i w sąsiednich krajach.

1945 – w Jałcie na Krymie odbyła się konferencja przywódców Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego. Prezydent USA Franklin D. Roosevelt, brytyjski premier Winston Churchill oraz Józef Stalin zadecydowali o podziale Europy na strefy wpływów. W następstwie tego porozumienia Polska, podobnie jak inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej, znalazła się po wschodniej stronie „żelaznej kurtyny” – pod kontrolą ZSRR (4-11 II).

1945 – po zaciekłej walce z Japończykami amerykańscy żołnierze zatknęli gwiaździsty sztandar na wyspie Iwo Jima (23 II). Kosztowało to życie blisko 7 tysięcy Amerykanów, podczas gdy straty japońskie były nieporównywalnie małe: do niewoli dostało się 1083 żołnierzy. Wulkaniczna wyspa na Pacyfiku, leżąca w połowie drogi między Japonią a Marianami, miała służyć Amerykanom jako baza wypadowa bombowców nad japońskie miasta. Tymczasem okazało się, że dystans 1200 km przekreśla realne znaczenie tych planów. Propaganda wojskowa musiała jednak nadać sens ofierze życia tysięcy młodych ludzi, poległych w walkach o Iwo Jimę. Ukuto więc mit, że zdobycie wyspy uratowało życie 25 tysiącom amerykańskich lotników. Jak to możliwe? Pomnożono liczbę lądowań na tamtejszym lotnisku przez 11 (tylu ludzi stanowiło załogę bombowca B-29). Przemilczano przy tym fakt, że większość lądowań stanowiły loty szkoleniowe oraz tankowanie paliwa, które można było przeprowadzać w inny sposób. Potwierdza się reguła, że historię piszą zwycięzcy…

1955 (8 II) – Nauczycielka Ludwika Wawrzyńska uratowała czworo dzieci, wynosząc je z płonącego baraku mieszkalnego przy ul. Włościańskiej w Warszawie. Sama, dotkliwie poparzona, zmarła dziesięć dni później w szpitalu. Miała 47 lat. Na jej cześć pisała w wierszu Wisława Szymborska: „A ty dokąd / tam już tylko dym i płomień!/ – Tam jest czworo cudzych dzieci. / Idę po nie!”. Z tego właśnie utworu – „Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej” – pochodzi słynna, często cytowana myśl: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”…

2005 (14 I) – uruchomiono serwis internetowy YouTube, pozwalający na bezpłatne umieszczanie i oglądanie materiałów video. Właścicielem serwisu jest koncern Google Inc. Od 2007 r. internauci mogą korzystać z wielu wersji językowych (w tym polskiej), a także umieszczać własne komentarze. Wpływ serwisu na rzeczywistość docenił tygodnik „Time”, nadając mu tytuł… „Człowieka roku 2006”. Z tym „człowiekiem” to może przesada, ale z wpływem – na pewno nie…

Co ma Queen do Mrożka?

Piątkowy poranek. Na antenie radia TOK FM gospodarzem audycji jest Jacek Żakowski. Gościem – Jan Antony Vincent-Rostowski (znany nad Wisłą jako Jacek Rostowski) – były minister finansów, a od kilku dni szef doradców politycznych premier Ewy Kopacz. Redaktor Żakowski „puszcza muzykę” – fragment kultowej „We are the champions”. Minister Rostowski nie kojarzy utworu: wykonawcy, tytułu… Jest wyraźnie zdziwiony. Prowadzący audycję cytuje fragment biogramu gościa, zaczerpnięty ze strony internetowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów: „prywatnie wielbiciel Queen”… Minister tłumaczy się jak nieprzygotowany uczeń zbyt wczesną porą. Dziennikarz trafnie diagnozuje: a może te hobbystyczne zwierzenia autobiograficzne to tylko „ocieplenie wizerunku” autorstwa speców od PR? Ja dodałbym: a może tłumacz źle wykonał robotę i minister miał na myśli nie zespół muzyczny, lecz królową Elżbietę II? Cóż, w tym samym biogramie możemy przeczytać jeszcze, że Jacek Rostowski jest też „wielbicielem” Szekspira i Sławomira Mrożka. Nie wiadomo, czy minister zna dzieła wspomnianych klasyków tak dobrze jak twórczość zespołu Queen, ale jedno jest pewne: cała historia jest w stylu Mrożka.

Puenta: człowiek uczy się przez całe życie. Nie tylko historii muzyki rozrywkowej. Także wiarygodności.

Współczynnik aktywności

Klub literacki. Wieczory brydżowe. Ogólnopolski turniej siatkówki i tenisa stołowego. Plenery i wystawy malarskie. Zawody szachowe. Rajdy motorowe. „Spotkania pokoleń”. Dni Kobiet, Dni Dziecka. Rezerwowane spektakle w teatrach. Festiwale twórczości artystycznej. To tylko mały wycinek aktywności nauczycieli związkowców. Tyle, że w świetle kronik…

Zanik społecznych form życia rozpoczął się w latach 90. ubiegłego, jeszcze nie tak odległego przecież, stulecia. Paradoksalnie w warunkach nieskrępowanej wolności ludziom się odechciało aktywności społecznej. Trudno wyjaśniać ten „antyfenomen” krachem systemu społeczno-politycznego, opartego na przewodniej roli wiadomej partii (mam obiekcje przed użyciem słowa „komunizm”, bo nie do końca oddaje sens i nonsens realiów Polski Ludowej). Teoretycznie w warunkach demokracji (nie mylić z „demokracją ludową”) powinno rozwijać się społeczeństwo obywatelskie, którego istotną cechą jest popularność organizacji pozarządowych.

Na pozór (albo statystycznie rzecz ujmując) wygląda to nie tak źle. Jeśli jednak bliżej przyjrzymy się życiu tych organizacji to wnioski okazują się niewesołe. Gros z nich bazuje na aktywności pokolenia emerytów i nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że nie widać następców. Widocznie młodzi ludzie są zbyt zajęci pracą na umowach śmieciowych, współczesną „walką o ogień” oraz stylizowaniem swoich „ego” na „fejsie”… Bo przecież chyba nie da się tego tłumaczyć wychowywaniem potomstwa, skoro kiedyś potomstwo – liczniejsze niż dziś – nie przeszkadzało… Kiedyś też trzeba było gotować obiady, robić pranie, sprzątać mieszkania itp., a jednak organizacje żyły…

Ktoś powie: związek zawodowy nie jest od organizowania partyjek brydża, plenerów i festiwali. Być może. Ale nie samym chlebem żyje człowiek. Zwłaszcza taki, który z definicji swojego zawodu przynależy do intelektualnej elity, której z całą pewnością nie da się pomylić z elitą finansową. Noblesse oblige. I to nawet w warunkach pauperyzacji. A może zwłaszcza w takich warunkach. Są przecież wartości inne niż stan konta. To, co napisałem, przy odrobinie złej woli można nazwać krytyką, ale tak nie jest. To apel o powrót do korzeni. O reintegrację naszego środowiska zawodowego.