Archiwa kategorii: Wydarzenia

Jak przegrać wybory II: requiem dla lewicy

Zacznijmy od tego, że nie jest prawdą, że lewica przez najbliższe cztery lata nie będzie reprezentowana w polskim parlamencie. Aktualna reprezentacja lewicy nazywa się Platforma Obywatelska, a ściślej rzecz biorąc, tworzy ją socjaldemokratyczno-liberalne skrzydło tej partii. Z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie się ono wzmacniać na zasadzie przeciwwagi (a może i politycznej przekory) dla konserwatywnego obozu Prawa i Sprawiedliwości.

Największym przegranym wyborów parlamentarnych jest niewątpliwie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Oczywiście poza parlamentem istnieje życie polityczne, ale nie łudźmy się – w trzeciej lidze. Ostatnią deską ratunku pozostaje dla SLD obecność we władzach samorządowych tu i ówdzie – z Łodzią na czele. Samorząd dla SLD jest jednak jak przydomowy basen dla schwytanego w oceanie delfina. Stopniowo redukowana obecność SLD w krajowej polityce osiągnęła wartość matematyczną, której Leszek Miller użył w odniesieniu do Zbigniewa Ziobro. Co takiego się stało, że polityczny kapitał tej partii podzielił losy oszczędności w Amber Gold?

Generalnie SLD – przynajmniej w wydaniu ogólnopolskim – na przestrzeni ćwierćwiecza nie zdołał odmłodzić kadr. Pojedyncze wyjątki – jak np. Dariusz Joński – potwierdzają regułę, że „seniorzy” zbyt długo trzymali stery w swoich rękach. Bogate doświadczenie polityczne to za mało, by przyciągnąć wyborców. A w lewicowej formacji bywało przecież różnie. Kto pamięta Leszka Millera w biało-czerwonym krawacie członka drużyny Andrzeja Leppera, ten rozumie istotę kryzysu. Wycięcie „młodych” konkurentów do przywództwa w partii (W. Olejniczak, G. Napieralski, znakomita Katarzyna Piekarska) w długofalowej perspektywie okazało się krokiem samobójczym. Dlaczego w telewizji nie ma „Koła fortuny” czy „Czaru par”? Bo te formaty były dobre w latach 90., a później po prostu się zużyły. Twarze polityków również – przepraszam za dosadność – zużywają się. Zrozumiał to Jarosław Kaczyński, wyłuskując w gronie działaczy PiS Andrzeja Dudę i Beatę Szydło. Leszek Miller przeprowadził, co prawda, casting na Magdalenę Ogórek, ale nie była to koncepcja politycznego zastępstwa/następstwa i realnej walki o wysoką stawkę, tylko chęć uniknięcia wizerunkowej porażki. Czy Joanna Senyszyn lub Jerzy Wenderlich (który wątpliwie zabłysnął lewicową wrażliwością przy okazji oddawania słynnych nagród dla wicemarszłków) mogą przyciągnąć NOWYCH wyborców?

Przymiotnik „nowi” ma kluczowe znaczenie. Minione sukcesy SLD zawdzięczał elektoratowi, dla którego ważne były sentymenty. Po okresie szoku postbalcerowiczowskiego wspomnienia socjalu i „małej stabilizacji” Polski Ludowej prezentowały się nawet atrakcyjnie. Pokolenia, które najwięcej osiągnęły w czasach budowy blokowisk i rozdawania przydziałów na maluchy były skłonne poprzeć ekipę polityczną, uosabiającą zdemokratyzowane ideały państwa opiekuńczego. Problem SLD polega jednak na tym, że czasy się diametralnie zmieniły i sentymenty dotyczą tylko starszych generacji wyborców. Elektorat w naturalny sposób się skurczył.

Poważnym przedwyborczym błędem SLD był mariaż (związek partnerski???) z ugrupowaniem Janusza Palikota. Właściwie słowo „ugrupowanie” można zastąpić słowem „efemeryda”, biorąc pod uwagę, że Rucha Palikota skupiał zbieraninę różnych ludzi o tylko jednym wyraźnie zarysowanym wspólnym mianowniku w postaci antyklerykalizmu. Finisz klubu parlamentarnego tej partii obrazuje jej rzeczywistą jakość. Zaskakująca decyzja liderów SLD o stworzeniu koalicji wyborczej z topniejącym „Ruchem” przesądziła o katastrofie. Gdyby Leszek Miller pozostał konsekwentny w ocenie tej siły – zachowałby zapewne i poselski fotel, i rolę przywódcy lewicy. Pakt z Palikotem obniżył wiarygodność socjalną SLD. Być może działacze Sojuszu zapomnieli o tym, że Palikot i jego ludzie przesądzili o podwyższeniu wieku emerytalnego; lewicowy elektorat tego nie zapomniał. Socjaldemokracja to nieco inna bajka niż liberalizm.

Lewica w ostatnim czasie nie potrafiła wyartykułować priorytetów bliskim potrzebom „zwykłych ludzi”. Zamiast eksponowania na pierwszym planie spraw pracowniczych i postulatów socjalnych, lewica roztrwoniła czas na reprezentowanie niszowej mniejszości, skupionej wokół zagadnień typowo obyczajowych. Nie chodzi o słuszność lub niesłuszność takiej postawy, ale o jej wybitną niepragmatyczność. Polityka to brutalna gra. Arytmetyka pokazuje, że bardziej opłaca się walczyć o miliony głosów związkowców, emerytów czy osób zatrudnionych na „umowach śmieciowych” niż zabiegać jedynie o tysiące głosów feministek, środowisk LGBT, antyklerykałów czy zwolenników legalizacji marihuany. Co więcej, prawdopodobnie nie doceniono faktu, że społeczeństwo polskie w gruncie rzeczy jest bardziej konserwatywne, niż to wynika z przekazów medialnych i nadreprezentacji „postępowych” komentatorów rzeczywistości. W efekcie błędnie oceniono wielkość grupy docelowej, do której adresowano ofertę polityczną.

Jak potoczą się losy SLD – pokażą najbliższe trzy lata, czas do wyborów samorządowych. Z dużą dozą prawdopodobieństwa młodzi zdolni zasilą szeregi PO, widząc tam lepsze perspektywy zaistnienia. Wielu „starych” odejdzie na polityczną emeryturę. Czy nie za późno dla SLD? Z kolei dla innych ugrupowań, zabiegających o wyborców, jest to lekcja pokory: warto od czasu do czasu przewietrzyć salę, a czasami nawet zrobić odświeżający przeciąg…

Kalendarium okrągłych rocznic: luty

Drugi miesiąc tego roku dobiega końca. Czas na „bardzo historyczną” retrospekcję, czyli przypomnijmy sobie, co zdarzyło się w lutym roku…

1455 – niemiecki rzemieślnik Johannes Gutenberg wydrukował pierwszą w dziejach Europy książkę w technologii druku przemysłowego. Jak przystało na wydawcę, wybrał bestseller wszechczasów, czyli Biblię. Druk przemysłowy oznaczał możliwość produkcji wydawnictw wysokonakładowych jak na owe czasy, co uczyniło książkę bardziej dostępną. Pierwsza edycja Biblii Gutenberga liczyła ok. 200 egzemplarzy, z czego do naszych czasów przetrwało w różnym stanie 48. Jeden z nich znajduje się w Polsce – w muzeum diecezjalnym w Pelpinie. Wynalazek, który zrewolucjonizował świat nie zapewnił Gutenbergowi dostatku. Drukarz zmarł w biedzie, nie przeczuwając, że trafi do podręczników historii jako projektant jednej z najdłużej stosowanych technologii w dziejach ludzkości.

1855 – niewyjaśnione dotąd zdarzenie w hrabstwie Devon w Anglii; w nocy z 8 na 9 II pojawił się na śniegu ślad tajemniczej istoty, ciągnący się na odcinku ok. 170 kilometrów. Trop nie pasował do śladów żadnego znanego przyrodzie zwierzęcia. Każdy odcisk „stopy” w kształcie odwróconej litery „U” mierzył około 20 cm. Ślady urywały się w pewnych miejscach i pojawiały dalej, tworząc krętą ścieżkę. Wielu ludzi uwierzyło w ich nadprzyrodzone pochodzenie, a prasa okrzyknęła niewytłumaczalne zjawisko mianem „odcisków stóp diabła”. Sceptycy sądzili, że to dzieło żartownisiów, jednak do jego powstania trzeba by zaangażować kilkudziesięciu akrobatów, co wydaje się po prostu nieprawdopodobne. Minęło 160 lat, a zagadka pozostała aktualna…

1895 (9 II) – w amerykańskim miasteczku Holyoke odbył się pierwszy mecz siatkówki. Pomysłodawcą tej gry i twórcą obowiązujących do dziś reguł był nauczyciel wychowania fizycznego William Morgan. Od początku promotorami siatkówki byli członkowie Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej (ang. Young Men’s Christian Association – YMCA). Do Polski siatkówka trafiła dopiero ćwierć wieku później – również za sprawą organizacji YMCA. Pierwszy pokazowy mecz odbył się w Warszawie w 1919 r. Zmagania drużyn na boisku przedzielonym siatką spodobały się Polakom. Już rok później w Łodzi zorganizowano turniej zespołów szkolnych. Na premierowe mistrzostwa Polski w tej dyscyplinie trzeba było poczekać do 1929 r.

1925 – działalność rozpoczęła rozgłośnia Polskiego Radia (1 II).

1935 – amerykański chemik Wallace Carothers z laboratorium koncernu DuPont wynalazł nylon – sztuczne włókno o bardzo dużej elastyczności i wytrzymałości na rozciąganie. Trudno dziś wyobrazić sobie świat bez nylonu. Jednym z pierwszych jego zastosowań była szczoteczka do zębów w znanej nam współcześnie postaci, opatentowana w 1938 r. Prawdziwym hitem okazały się jednak pończochy, wprowadzone na rynek w 1940 r. Od tamtych czasów, mimo postępu i wynalezienia nowych włókien, nylon w wielu dziedzinach pozostaje niezastąpiony.

1940 (10 II) – rozpoczęła się masowa wywózka Polaków z terenów wschodniej Rzeczypospolitej, zajętej we wrześniu 1939 r. przez Sowietów. Polacy byli wywożeni w głąb Związku Radzieckiego, m.in. do Kazachstanu i na Syberię. Wiele tysięcy ludzi trafiło do łagrów – radzieckich odpowiedników niemieckich obozów koncentracyjnych. Deportacje objęły przede wszystkim rodziny przedwojennych urzędników państwowych, wojskowych i właścicieli ziemskich. Oblicza się, że do czerwca 1941 r., czyli do chwili ataku Niemiec na ZSRR, ofiarami przymusowych „przesiedleń” padło ponad 200 tysięcy Polaków. Potomkowie wielu z nich do dziś żyją na terytorium Federacji Rosyjskiej i w sąsiednich krajach.

1945 – w Jałcie na Krymie odbyła się konferencja przywódców Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego. Prezydent USA Franklin D. Roosevelt, brytyjski premier Winston Churchill oraz Józef Stalin zadecydowali o podziale Europy na strefy wpływów. W następstwie tego porozumienia Polska, podobnie jak inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej, znalazła się po wschodniej stronie „żelaznej kurtyny” – pod kontrolą ZSRR (4-11 II).

1945 – po zaciekłej walce z Japończykami amerykańscy żołnierze zatknęli gwiaździsty sztandar na wyspie Iwo Jima (23 II). Kosztowało to życie blisko 7 tysięcy Amerykanów, podczas gdy straty japońskie były nieporównywalnie małe: do niewoli dostało się 1083 żołnierzy. Wulkaniczna wyspa na Pacyfiku, leżąca w połowie drogi między Japonią a Marianami, miała służyć Amerykanom jako baza wypadowa bombowców nad japońskie miasta. Tymczasem okazało się, że dystans 1200 km przekreśla realne znaczenie tych planów. Propaganda wojskowa musiała jednak nadać sens ofierze życia tysięcy młodych ludzi, poległych w walkach o Iwo Jimę. Ukuto więc mit, że zdobycie wyspy uratowało życie 25 tysiącom amerykańskich lotników. Jak to możliwe? Pomnożono liczbę lądowań na tamtejszym lotnisku przez 11 (tylu ludzi stanowiło załogę bombowca B-29). Przemilczano przy tym fakt, że większość lądowań stanowiły loty szkoleniowe oraz tankowanie paliwa, które można było przeprowadzać w inny sposób. Potwierdza się reguła, że historię piszą zwycięzcy…

1955 (8 II) – Nauczycielka Ludwika Wawrzyńska uratowała czworo dzieci, wynosząc je z płonącego baraku mieszkalnego przy ul. Włościańskiej w Warszawie. Sama, dotkliwie poparzona, zmarła dziesięć dni później w szpitalu. Miała 47 lat. Na jej cześć pisała w wierszu Wisława Szymborska: „A ty dokąd / tam już tylko dym i płomień!/ – Tam jest czworo cudzych dzieci. / Idę po nie!”. Z tego właśnie utworu – „Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej” – pochodzi słynna, często cytowana myśl: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”…

2005 (14 I) – uruchomiono serwis internetowy YouTube, pozwalający na bezpłatne umieszczanie i oglądanie materiałów video. Właścicielem serwisu jest koncern Google Inc. Od 2007 r. internauci mogą korzystać z wielu wersji językowych (w tym polskiej), a także umieszczać własne komentarze. Wpływ serwisu na rzeczywistość docenił tygodnik „Time”, nadając mu tytuł… „Człowieka roku 2006”. Z tym „człowiekiem” to może przesada, ale z wpływem – na pewno nie…

Co ma Queen do Mrożka?

Piątkowy poranek. Na antenie radia TOK FM gospodarzem audycji jest Jacek Żakowski. Gościem – Jan Antony Vincent-Rostowski (znany nad Wisłą jako Jacek Rostowski) – były minister finansów, a od kilku dni szef doradców politycznych premier Ewy Kopacz. Redaktor Żakowski „puszcza muzykę” – fragment kultowej „We are the champions”. Minister Rostowski nie kojarzy utworu: wykonawcy, tytułu… Jest wyraźnie zdziwiony. Prowadzący audycję cytuje fragment biogramu gościa, zaczerpnięty ze strony internetowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów: „prywatnie wielbiciel Queen”… Minister tłumaczy się jak nieprzygotowany uczeń zbyt wczesną porą. Dziennikarz trafnie diagnozuje: a może te hobbystyczne zwierzenia autobiograficzne to tylko „ocieplenie wizerunku” autorstwa speców od PR? Ja dodałbym: a może tłumacz źle wykonał robotę i minister miał na myśli nie zespół muzyczny, lecz królową Elżbietę II? Cóż, w tym samym biogramie możemy przeczytać jeszcze, że Jacek Rostowski jest też „wielbicielem” Szekspira i Sławomira Mrożka. Nie wiadomo, czy minister zna dzieła wspomnianych klasyków tak dobrze jak twórczość zespołu Queen, ale jedno jest pewne: cała historia jest w stylu Mrożka.

Puenta: człowiek uczy się przez całe życie. Nie tylko historii muzyki rozrywkowej. Także wiarygodności.

Minister Bez Kultury

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego PROFESOR socjologii Lena Kolarska-Bobińska opublikowała na Twitterze wpis: „W trosce o zdrowie dziennikarzy w 2015 cala Polska odchudza red. Semke” (pisownia oryginalna). W sumie polityczna dżungla rzadko kiedy zaskakuje: jesteśmy przyzwyczajeni do niekulturalnego, by nie powiedzieć dosadniej – chamskiego – języka, ale operowanie nim przez kobietę i człowieka nauki w jednej osobie wydaje się kolejnym kamieniem milowym na drodze donikąd.

Niewybredne uwagi na temat czyjegoś wyglądu – być może nawet stanu zdrowia – najgorzej świadczą o autorze takich publicznych przemyśleń. Prawdziwy problem stanowi jednak nie sam obraźliwy tekst, ale to, z czego on wynika, a mianowicie prymitywna złośliwość oraz brak klasy i empatii. Trudno pogodzić rolę mentora naukowców i administratora polskiej nauki z harcowniczym stylem konwersacji a la Stefan Niesiołowski. Jak widać, można być profesorem, ale to nie oznacza, że posiada się elementarne poczucie kultury słowa. Czy polityka odbiera ludziom władzę nad intelektem? Jaki przykład płynie z góry? Można kogoś nie lubić, ale żeby zniżać się do konwencji podwórkowego prześmiewcy, będąc profesorem nauk humanistycznych – to jest żenujący chwyt.

Dziś autorytety upadają z hukiem – na Twitterze. Wstyd, Pani Profesor.

Próbna matura: Spokojnie, to tylko przeciek

Warszawska Okręgowa Komisja Egzaminacyjna umieściła na swoich serwerach arkusze próbnej matury kilka dni przed przeprowadzeniem ogólnopolskiej próby. Nie zostały one w żaden sposób zabezpieczone przed nieuprawnionym (czytaj: powszechnym) dostępem. Komisja bagatelizuje niedopatrzenie, tłumacząc, że próbne arkusze nie mają statusu materiałów chronionych. Mimo to pokusa zajrzenia do nich – zwłaszcza w perspektywie przekładania próbnych wyników na oceny cząstkowe, co przecież jest szeroko praktykowane – była niewątpliwa. Błądzić jest rzeczą ludzką, a co dopiero urzędniczą, jednak niektóre błędy wykazują właściwości wybitnie kompromitujące instytucje, którym się one przytrafiają. Okręgowe Komisje Egzaminacyjne w całym kraju zasadniczo funkcjonują niemal jak permanentne twierdze, ściśle strzeżone zamkami szyfrowymi i ochroną (przypomina mi się w tym miejscu zabawna scena ze szkolenia w gmachu jednej z OKE, kiedy to koleżanka utknęła na klatce schodowej między szczelnie zamkniętymi piętrami…). Brakuje tylko na korytarzach plakatów z napisem „Cisza! Wróg nasłuchuje”, ale atmosfera i tak oddaje klimat pola walki. Tymczasem ktoś wpada na „genialny” pomysł, by umieścić poufne – jeśli nie de iure, to de facto – materiały w… internecie, czyli najbezpieczniejszym sejfie świata… Najbezpieczniejszym, bo z niego nic nie zginie – za to skopiuje się po wielokroć… W takich chwilach ogarnia mnie zwątpienie, czy przypadkiem uczniowie nie wyprzedzają w logicznym myśleniu i informatycznych umiejętnościach swoich teoretycznych mistrzów…

Hekatomba w Peszawarze

Świat obiegła dziś wiadomość o makabrycznym akcie terroru, do jakiego doszło w półtoramilionowym mieście Peszawar na północy Pakistanu. Talibowie dokonali mordu na uczniach i nauczycielach miejscowej szkoły, przypisując tej bestialskiej zbrodni znaczenie polityczne i odwetowe. Bilans ofiar – ponad stu uczniów oraz kilkudziesięciu innych osób – napawa przerażeniem. Zdumiewać może nas fakt, że w imię takiej czy innej ideologii popełnia się czyny najbardziej haniebne, wybierając za „przeciwnika” ludzi, którzy nie mogą się bronić – w tym przypadku dzieci. Terroryzm nie zna granic, czego przykładem po wsze czasy pozostanie atak na wieże World Trade Center (11 IX 2001) w sercu wolnego świata… Peszawar, pozornie odległy, jest jak memento dla szczęśliwego Zachodu – szczęśliwego, bo kultywującego demokrację, prawa człowieka, rozbudowany system opieki państwa nad obywatelem.

Powiedzmy jutro naszym uczniom, jak wielkie mają szczęście, żyjąc w wolnym świecie. Ale przecież ten „nasz” świat istnieje tuż obok świata, w którym każdego dnia wybuchają bomby, przypadkowi ludzie giną na ulicach, a dzieci doświadczają głodu i nieustannego lęku. Po prostu mieliśmy trochę więcej niezasłużonego szczęścia… Nie wystarczy myśleć o budowaniu murów, oddzielających te dwa światy, by być bezpiecznym. Żaden mur nie powstrzyma zła, nienawiści, terroryzmu. Porozmawiajmy o tym z naszymi uczniami.

List jak tabloid

W nawiązaniu do opublikowanego kilka dni temu TABLOIDALNEGO „listu otwartego” ministra edukacji  do rodziców i opiekunów uczniów, przypominającego o obowiązkach szkół w zakresie organizacji opieki w okresie świątecznym, proponuję wydanie następnego listu otwartego o takiej mniej więcej treści:

„Drodzy Rodzice i Opiekunowie, przypominam, że macie prawo oczekiwać od nauczycieli wystawiania ocen celujących oraz świadectw z wyróżnieniem. Jeśli nauczyciel nie postawi szóstki to znaczy, że nie umie uczyć w taki sposób, żeby Wasze dziecko mogło tę ocenę uzyskać. Piszcie i dzwońcie, gdyby były jakieś problemy. Pozdro”.

Przed kolejnymi wyborami można jeszcze wydać bezpłatny przewodnik dla obywateli, ukazujący prawdę o próżniaczej klasie pedagogicznej, która pracuje tylko dlatego, że słyszy świst ministerialnego bata ponad wypełnionymi wodą sodową głowami.

MEN dokłada nauczycielom

Żeby nikogo nie rozczarować, na wstępie ogłaszam: w tytule nie chodzi o pieniądze. „Wybierzmy wspólnie lektury najmłodszym uczniom” – zachęca MEN, udostępniając na stronie internetowej ankietę, w której można zgłosić kilka propozycji lektur dla szkoły podstawowej. Nie wiadomo, czy o ostatecznym kształcie nowego kanonu ma zadecydować ów plebiscyt, czy też może jest to jedynie giełda pomysłów, z której będą czerpać decydenci.

Czy taka ankieta ma sens? Osobiście wolałbym, aby kanon lektur szkolnych był dziełem ekspertów z dziedziny pedagogiki i dydaktyki. Kryteria doboru literatury dla najmłodszych muszą uwzględniać nie tylko atrakcyjność przekazu, ale i inne walory: językowe, kształcące, wychowawcze. Naturalnie należy ocenić pozytywnie każdy rodzaj konsultacji społecznych, nawet jeśli posiadają one cechy kampanii wizerunkowej. Opisywana ankieta umożliwia zabranie głosu obywatelom – nawet tym jeszcze nieletnim. Niestety, przy okazji MEN publikuje wybitnie płytką „diagnozę” problemów z czytelnictwem, zwalając na nauczycieli winę za nieczytanie przez Polaków książek – bez odesłania do jakichkolwiek badań naukowych w tym zakresie.

Wprowadzenie do ankiety po prostu jest krzywdzące i obraźliwe dla nauczycieli. Czytamy w nim: „To, co obecnie czytają uczniowie podstawówek, nie sprawdza się. Wybierane przez część nauczycieli książki nie rozbudzają ciekawości ucznia, opisują nieznaną dziecku rzeczywistość sprzed kilkudziesięciu lat. Efekt? Nasze nastolatki nie czytają. Dorośli podobnie”.

Po pierwsze, zwróćmy uwagę na złożoność przyczyn kryzysu czytelnictwa, który dla każdego inteligentnego człowieka jest bardziej oczywisty niż dla autora cytowanego przekazu. Dzieci są epatowane różnorodnymi atrakcjami: od telewizji (do wyboru około 10 kanałów!!!) po zaawansowane technologicznie gry komputerowe. Z tych właśnie przyczyn analogiczny kryzys przeżywa wychowanie fizyczne: dzieci zamiast realnej piłki wolą grać w FIFA’14… Dodajmy jeszcze problem zapracowanych rodziców i drogich książek, na które składa się m.in. państwowy VAT… Komentarze zbędne, ale chyba nie dla urzędników resortu edukacji.

Czy można odpowiedzialnie powiedzieć, że obecne lektury „nie sprawdzają się”? To dlaczego Polska znalazła się w światowej czołówce wyników nauczania? Wszak na dorobek edukacyjny chwalonych polskich nastolatków składają się wszystkie etapy kształcenia. Widać tu zasadniczą niespójność, szafowanie hasłami, miałkość obserwacji.

Co złego jest w opisywaniu przez literaturę „nieznanej dziecku rzeczywistości”? A czy odrealniony Harry Potter jest osadzony w tejże rzeczywistości? Każdy, kto ma jakieś pojęcie o pedagogice, docenia nie tylko potęgę wyobraźni dziecka, ale i potencjał kreatywnego myślenia, jaki stwarza posługiwanie się tą właśnie wyobraźnią. W sensie formalnym każdy nauczyciel, dobierający lektury, posiada KWALIFIKACJE PEDAGOGICZNE, czego nie da się powiedzieć o armii urzędników, ani też – podkreślam z ubolewaniem – o Pani Minister Edukacji. Wygląda na to, że wykwalifikowany nauczyciel jest bardziej kompetentny do wybierania lektur niż ktoś, kto przygotowania pedagogicznego nie posiada. Niech więc resort edukacji nie upowszechniania poglądu, że Polacy nie czytają z winy nauczycieli, bo jest to demagogia.

Na zakończenie jeszcze jedna uwaga: zachęta do wypełnienia ankiety kończy się zdaniem: „Liczymy na uczniów i Państwa” (ortografia oryginalna). Dlaczego uczniowie nie zostali potraktowani na równi z „Państwem” (w domyśle: dorosłymi)? Pisownia wielką literą to symbol. Myślę, że uczeń zasługuje na taki sam szacunek, jak osoba dorosła. Nauczyciel by o tym pamiętał.

Przysłowiowe wrzucanie kamyczków do nauczycielskiego ogródka staje się na tyle częstą praktyką, że resort pewnie niebawem ogłosi przetarg na katapultę.

Ile jest państwa w oświacie

Edukacja ujęta w ramy zorganizowanego przez państwo systemu kształcenia zrodziła się jako  instrument socjalizacji obywatelskiej, czyli przygotowania młodych ludzi do roli obywatela. W tym systemie nauczyciel był de iure i de facto urzędnikiem państwowym. W dawnych czasach dodawało to profesji nauczycielskiej niewątpliwego splendoru.

Obecnie status pedagoga, choć jeszcze chroniony Kartą Nauczyciela, zbliża się do modelu „wolnego najmity” na służbie wójta/burmistrza/prezydenta lub starosty. Samorządowy garnuszek, nie dość, że niewielki, i tak coraz bardziej ciąży włodarzom gmin i powiatów. Można się spodziewać, że niebawem zacznie się w wielu gminach tumult antyedukacyjny, polegający na zawoalowanej prywatyzacji placówek oświatowych. Zazwyczaj pierwszy i drugi rok po wyborach to okres realizacji niepopularnych bądź kontrowersyjnych decyzji, a więc nowe samorządy spróbują tu i ówdzie pozbyć się „balastu” w postaci szkół.

Źródłem patologicznych zjawisk wokół utrzymywania szkolnictwa stało się przekazanie szkół jednostkom samorządu terytorialnego. Mimo, że od reformy minęło kilkanaście lat, w większości przypadków nie są one przygotowane do tej roli pod względem ekonomicznym i intelektualnym. Brakuje nie tylko kompetencji, ale i elementarnego zrozumienia dla potrzeb szkolnictwa. Można odnieść wrażenie, że część samorządowców tkwi w jakimś mentalnym średniowieczu, o czym świadczy kompromitujący poziom dyskusji na forum rad gminnych i miejskich oraz nonszalancja w posługiwaniu się przepisami prawa.

Abdykacja państwa w dziedzinie oświaty jest po prostu groźna dla całego systemu. Szkolnictwo prywatne może być równie dobre jak publiczne, a nawet i lepsze, zarówno w wymiarze efektywności procesu dydaktycznego i wychowawczego, jak i warunków pracy dla nauczycieli, ale pod niezbędnym warunkiem: szkoła musi być prowadzona przez podmiot, który nastawiony jest nie na zysk, ale na osiągnięcia. Problem w tym, że szkolnictwo niepubliczne w zdecydowanej większości przypadków jest traktowane jako biznes jak każdy inny, który ma generować zysk dla właściciela. Przekształcanie przez samorządy szkół publicznych w inny rodzaj – faktycznie prywatny – niemal zawsze oznacza poważne problemy, bo szkoła niedoinwestowana w ostatecznym rozrachunku zawsze wypadnie słabo. Pod pojęciem inwestycji należy rozumieć zarówno bazę materialną, jak i kadrową, a na tej oszczędza się najłatwiej.

Pozornie duży wpływ państwa na system kształcenia wcale nie jest taki oczywisty. Redukcja znaczenia kuratoriów oświaty stała się faktem. Samorządy kreują własną politykę kadrową, a obsada stanowisk dyrektorskich, mimo procedur konkursowych, coraz częściej nosi znamiona politycznego podziału łupów powyborczych. Lokalne wydziały edukacji w samorządach, zamiast skoncentrowania na sprawach czysto administracyjnych, oddziałują na kształt merytoryczny pracy szkół. Przykładem niebotycznego kuriozum jest deklaracja pewnej radnej z terenu województwa łódzkiego, że będzie „podnosić poziom kształcenia” w miejscowym zespole szkolno-gimnazjalnym. W jaki sposób??? Może wymieniając nauczycieli na politycznie „właściwszych”? Państwo nie może oddawać tak strategicznej dziedziny życia publicznego jak oświata w ręce domorosłych „reformatorów”!

Związkowcy, uczestniczący w 41. Krajowym Zjeździe Delegatów ZNP, zaapelowali do rządu i parlamentarzystów o wdrożenie regulacji, pozwalających zachować państwu nadzór nad polityką oświatową samorządów. Jest to odpowiedni moment, zanim zacznie się gorączka likwidowania szkolnictwa publicznego.

Wpis, którego nie powinno być

Można ubolewać, że Święto Niepodległości powoli zaczyna kojarzyć się z zadymą w Warszawie. To właśnie chuligańskie popisy zdominowały obraz tego dnia. Może nawet należy powiedzieć, że go zepsuły. Uliczne awanturnictwo kompromituje Polskę poza granicami i bez wątpienia napawa radością tych, którzy nam źle życzą. Nie ma powodów, dla których można choć odrobinę pobłażać tego rodzaju ekscesom.

Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz wyznała, że gdyby prawo jej na to pozwalało. to zakazałaby Marszu Niepodległości. Czy taka prewencja rodem z byłego systemu przystoi jednemu z liderów partii rządzącej demokratycznym krajem? Byłby to klasyczny przykład wylewania dziecka z kąpielą. Na podobnej zasadzie można zakazać ruchu pojazdów, gdyż biorą one udział w wypadkach. Trudno doprawdy zrozumieć, dlaczego rządzący demonstrują kompletną bezsilność. Może to taktyka nazywana zarządzaniem kryzysem, kiedy ów kryzys jest sprzymierzeńcem rządzących, bo pozwala odwracać uwagę społeczeństwa od ważniejszych spraw? Czy tak trudno wyegzekwować prawne konsekwencje od winowajców – prowodyrów i czynnych uczestników zamieszek? Niech płacą za wyrządzone przez siebie szkody i pokrywają koszty asysty policji, pogotowia i innych służb. Byłby to zarazem odstraszający innych przykład skuteczności prawa: nie takiej czy innej koalicji rządzącej, ale powszechnego PRAWA.

Można być w opozycji, mieć odmienne poglądy i oceny rzeczywistości, a jednocześnie okazywać szacunek SWOJEMU państwu. Jeśli ktoś uważa, że krytycyzm wobec władzy zwalnia go od powinności obywatelskich, respektowania prawa, troski o dobro publiczne, to idzie drogą do Targowicy.