Archiwa kategorii: A to Polska właśnie

Traktat o fałszowaniu wyborów

Szerzące się przeświadczenie, że z wyborami samorządowymi było „coś nie tak” to symptom kryzysu zaufania obywateli nie tylko do władzy, ale w ogóle do państwa. Zwróćmy uwagę na niemal powszechną krytyczną ocenę fundamentalnych instytucji państwa: patologii w funkcjonowaniu mechanizmów demokracji, zabetonowania sceny politycznej, opieszałości i nieskuteczności wymiaru sprawiedliwości, nadgorliwości urzędów skarbowych, biurokracji i braku empatii na każdym szczeblu administracji, niewydolności publicznej opieki zdrowotnej itd. W konsekwencji zachodzą wszelkie okoliczności sprzyjające z jednej strony ekstremizmom grupek aktywistów, a z drugiej zaś – ogólnemu marazmowi obywatelskiemu, wynikającemu z niewiary w zmiany na lepsze.

Taki stan emocji społecznych w historii owocował rozmaitym fermentem: był pożywką dla mniej lub bardziej gwałtownych rewolucji oraz umacniał rządy autokratyczne. Dziś odwrót od demokracji w sercu Europy wydaje się niemożliwy, choć równie nieprawdopodobny przed paroma laty wydawał się scenariusz wojny we wschodniej Ukrainie czy aneksji Krymu przez Rosję. Wiek XXI też umie zaskakiwać negatywnie. Elity polityczne współczesnej Polski powinny to brać pod uwagę.

Polskie tradycje „liberum conspiro” niejako wypaczyły model „dobrego obywatela”, bo przecież przez dwadzieścia dekad trzeba było w jakimś sensie oszukiwać władzę – w dobrze pojętym interesie nie tylko własnym, ale narodowym. I tak właśnie, siłą rozpędu, w wolnej już Polsce konspiracja stała się jakby sportem narodowym, a myślenie w kategoriach konspiracyjnych – głównym źródłem objaśniania codzienności. Wielka w tym zasługa wszelkich wynaturzeń życia publicznego, mezaliansów polityczno-biznesowych i wszelkiej maści afer ujawnionych i niewykrytych. Po 25 latach wolności w umyśle przeciętnego Polaka elita polityczna nabrała kształtów systemu kanalizacyjnego: wiadomo, że jest, ale lepiej tam nie zaglądać. Co więcej, ustabilizował się potworny znak równości między tą ucudzysłowioną elitą a państwem – z niekorzyścią dla państwa, rzecz jasna. Czy w tym kontekście dziwi nas jeszcze skłonność do kontestowania państwa w imię odrodzenia Państwa?

Politycy nie odzyskają wiarygodności, jeśli nadal będą wyznawać filozofię – tu cytat z wicepremiera Piechocińskiego – „kolejności dziobania”. Obleganie koryta przestało być czynnością dyskretną. Hasła wyborcze, choć wypolerowane przez drogich specjalistów od PR, stały się mniej wiarygodne i bardziej ośmieszające system niż te wymalowywane na czerwono w latach rządów Władysława Gomułki i Edwarda Gierka. Tu już nie chodzi o te nieszczęsne wybory; tu chodzi o autorytet państwa! Za chwilę miejsce patriotyzmu zajmie skomercjalizowany kosmopolityzm. I coraz trudniej winić za to obywateli, bo ich poziom rozczarowań i frustracji jest dla rządzących w koalicji i opozycji raczej niewyobrażalny.

Co się stało z projektem głębokich reform aparatu władzy, dzięki któremu obecnie rządząca partia sięgnęła po władzę przed siedmioma laty? Dlaczego nie urzeczywistniono idei jednomandatowych okręgów wyborczych, które dałyby realne prawo wyborcze obywatelom, a nie kierownictwom partii? Gdyby w wyborach do sejmików województw obowiązywał system jednomandatowych okręgów nie byłoby tej powyborczej czkawki. Fakty są jednak takie, że upraszczanie czegokolwiek jest dla polityków nieopłacalne, a może i autodestrukcyjne. Z szumnych deklaracji (obietnic???) nic nie zostało. Okazuje się, że wybory można zafałszować wyłącznie przy pomocy haseł.

Jak zostać dyrektorem

Dziś inaugurujemy poradnikowy cykl „zrób to sam”, W pierwszym odcinku przedstawię Państwu prostą receptę na zrobienie zawrotnej kariery dyrektora szkoły podstawowej lub gimnazjum. Pierwszym krokiem będzie zostanie dyrektorem. To jest oczywiście banalnie łatwe. Po pierwsze, sprawdzamy w internecie lub lokalnej prasie (bo przecież nie w oficjalnym obwieszczeniu PKW, którego nadal nie ma…), kto został wójtem, burmistrzem lub prezydentem. Jeśli jest to kandydat partyjny należy niezwłocznie, najlepiej biegiem, udać się do gminnej siedziby partii i poprosić o kwestionariusz członkowski. Jeśli kandydat nie ma szyldu partyjnego, sprawdzamy, z jakim ugrupowaniem musi się sprzymierzyć w radzie gminy, by skutecznie rządzić. Po identyfikacji właściwej opcji stosujemy procedurę jak wyżej: im szybciej, tym lepiej. Analogicznie postępujemy, jeśli chcemy sobie dyrektorować w jakiejś szkole ponadgimnazjalnej, ale w tym przypadku musimy wyczekać na ułożenie konstelacji w radzie powiatu (uwaga – nie dotyczy miast na prawach powiatu!). Po zapisaniu się do partii cierpliwie czekamy na ogłoszenie konkursów na dyrektorów szkół, by natychmiast zgłosić swoją kandydaturę. Nasze szanse przekreślić może jedynie krewny włodarza, ale czasami włodarz nie ma tylu krewnych, by obsadzić wszystkie szkoły. I gotowe. Reszta zależy już od naszych autentycznych zdolności.

Nasza kariera może trwać cztery lata, ale przy założeniu, że elektorat będzie konserwatywny, leniwy lub łatwowierny okres ten może być wielokrotnością liczby „4”. W trakcie naszej kariery trzeba być na bieżąco z lokalną propagandą i naśladować we wszystkim naszego pana feudalnego. W żadnym wypadku nie należy spoufalać się z opozycją, np. zapraszając na uroczystości kogoś „niewłaściwego”. W ogóle wszystkie decyzje najlepiej uzgadniać z jakimś komisarzem politycznym, wtedy ryzyko wdepnięcia na minę przeciwdyrektorską będzie stosunkowo nikłe. W gabinecie można zawiesić okolicznościową fotografię, np. selfie z wójtem lub obraz wójta udzielającego personelowi pedagogicznemu wskazówek na temat poprawy wydajności (taki obraz można zamówić za pośrednictwem ambasady Korei Północnej, tylko Kim Dzong Unowi trzeba wymienić głowę na podobiznę wójta, zaczerpniętą np. z facebook’a). A gdy będą nadchodziły kolejne wybory, przyjmijmy pod swoje gościnne strzechy ze trzy tuziny kuzynów i ciotek, którzy pójdą zagłosować na naszego wójta. Wdzięczność murowana.

I to by było na tyle. Wszelkie podobieństwa do postaci rzeczywistych są nieprzypadkowe.

To nie jest wina komputera

    Recenzja wyborów samorządowych miała wyglądać inaczej. Przypadkowymi „bohaterami” okazali się jednak jurorzy tych wyborów w osobach członków PKW. Nieudolność systemu komputerowego, który nie pozwolił na sprawne podliczenie głosów, obnaża słabość kluczowych struktur państwa, które nie powinny przenigdy skompromitować się ani wzbudzać podejrzeń co do profesjonalizmu. Najsłabszym ogniwem nie okazał się jednak program komputerowy, lecz po raz kolejny – tzw. czynnik ludzki. Programistom zabrakło może czasu, może doświadczenia, a może wyobraźni. Decydentom zabrakło logiki w posługiwaniu się kalendarzem. Tłumaczenie się brakiem pieniędzy jest wybitnie żenujące w świetle informacji o podwyżce wynagrodzeń członków PKW o… „skromne” 100 procent. Ogólny poziom kontaktu PKW z mediami, a za pośrednictwem tychże – z obywatelami, pozostawia wiele do życzenia. Wizerunkowo jest tragicznie. Delikatnie uśpione grono smutnych panów, raz po raz prostujących własne wypowiedzi, staje się metaforą jakiejś niewytłumaczalnej nieskuteczności organów państwowych.

Krzyk ciszy (wyborczej)

Dawno, dawno temu, w czasach propagandy sukcesu – by zacytować mojego ulubionego XX-wiecznego filozofa Stanisława Bareję, jesień w Polsce była bardziej złota. Może w ten sposób dziejowa Sprawiedliwość wyrównywała atrakcje żywota między kapitalistycznym Zachodem i bardziej humanistyczną resztą świata. Prawdziwie złota jesień pozostaje więc wspomnieniem dzieciństwa, niemal tak wyraźnym jak kozaki marki „Relax” i niepodobna w smaku do niczego oranżada marki „Oranżada”.

Tegoroczna jesień znowu jest bardziej kolorowa dzięki przebogatej pstrokaciźnie materiałów wyborczych, wrastających w krajobrazy miast i wsi niczym kleszcz w skórę nieszczęsnego żywiciela. Powiewające radośnie płachty celulozy i plastiku zwiastują niechybnie to, co nas czeka w najbliższą niedzielę. Podziały w narodzie są tak głębokie, że cudem można nazwać fakt, iż po ulicach nie biegają szalikowcy poszczególnych kandydatów.

A propos kandydatów… Gdyby istniała partia ludzi, będących na bakier z ortografią i interpunkcją, to na podstawie samych tylko ulotek wyborczych można zaryzykować stwierdzenie, że skupiałaby zdecydowaną większość amatorów samorządowych apanaży. Zdziwił mnie fakt, że pewien kandydat-nauczyciel zapisał nazwę swojej „alma mater” małą literą. Pewna kandydatka też poszła tą drogą, ale dla odmiany nazwę kierunku studiów zapisała wielką literą – tak dla kontrastu. Kandydat na prezydenta napisał o sobie, że jest „Zgierzaninem”, bo „zgierzanin” to widocznie dla niego zbyt mało. Kandydatka do rady powiatu ułożyła o sobie rymowankę – szkoda, że koszmarną.

Niektórzy kandydaci przyjęli kurs na politykę prorodzinną. Chyba niepotrzebnie, bo na szczeblu samorządu kojarzy się to głównie z nepotyzmem. Prezentacje członków rodziny z imienia i wieku w żaden sposób nie obrazują kompetencji do zasilenia stanu osobowego danego gremium lub zasiadania w fotelu wójta, burmistrza czy prezydenta. Maniera podkreślania „cudowności” własnego potomstwa to strzał w stopę i dokładka w kolano, gdyż każdy człowiek jest przeświadczony o wyjątkowości swoich pociech. Aż dziw, że kandydaci nie dodają, że są jeszcze najlepszymi kierowcami.

Zdjęcie. Czasami bywa tak, że zaczyna się od wykonania kandydatowi fotografii, a na ulotce / plakacie / banerze widzimy już tylko obrazek. Dzieje się tak, gdyż po drodze do podobizny kandydata dobiera się grafik, często łączący swoje umiejętności obsługi komputera ze złudnym mniemaniem bycia ekspertem do PR. Miałem szczerą nieprzyjemność rozmowy z takim indywiduum, a konkluzja jego wywodów była następująca: partia przegrywa wybory, bo kandydat nie chce się retuszować „fotoszopem”… Szkoda, że taki „wszechwiedzący” mistrz marketingu politycznego nie zdaje sobie sprawy, że manipulowanie przy zdjęciach kandydata czyni go w oczach wyborców mniej wiarygodnym. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z upływu czasu, co maluje się na naszych obliczach. Ale przecież wybory samorządowe to nie wciskanie kremu odmładzającego. Tymczasem w skali kraju mamy ewenement; pewna pani kandydatka na prezydenta dużego miasta na billboardach przestała być podobna do siebie. Ot, ciekawy przypadek Benjamina Buttona po polsku i z kobietą w roli głównej: z kampanii na kampanię robi się coraz młodsza…

Niezależnie od tych wszystkich mniej lub bardziej odstręczających barw kampanii – idźmy na wybory i nie pozostawiajmy szansy dziwnym przypadkom.

PS. Niewtajemniczonych (są tacy???) uprzejmie informuję, iż tytuł dzisiejszego wpisu jest inspirowany odcinkiem serialu „Zmiennicy”, kiedy to Kasia alias Marian Koniuszko i pani sekretarka z wydawnictwa usiłują (bohatersko i jakże genderowo) ratować doceniony (w końcu!) rękopis umarłego dla świata, lecz żyjącego dla bliskich pisarza Oborniaka.

Morfologia Polski: wstydliwy odcień błękitu

Kanwą dzisiejszych rozważań jest lektura nekrologów. W obliczu rzeczy ostatecznych ludzie odczuwają zrozumiałą potrzebę dokonania bilansu osiągnięć. Często przybiera ona kształt listy tytułów i stanowisk, co wydaje się w pełni uzasadnione. Ostatnio miałem jednak sposobność przeczytania nekrologu akcentującego arystokratyczne pochodzenie Zmarłego i jego krewnych, którzy podpisali epitafium. Konkretnie chodziło o tytuł hrabiowski.

Wszelkie tytuły szlacheckie (dalej będzie zastrzeżenie do tego sformułowania) zostały formalnie zniesione u zarania Drugiej Rzeczypospolitej. Mimo to nieoficjalnie utrzymała się tytulatura rozmaitych „hrabiów”, „baronowych”, „księżnych” etc., zwłaszcza w życiu towarzyskim polskich elit międzywojnia. W Polsce Ludowej było to nie do pomyślenia, więc arystokraci „wymarli” w sensie tytularnym, tudzież obnosili się tytułami na emigracji. W latach 90. ubiegłego wieku nastąpił jednak renesans tytułomanii i odżyły tęsknoty neomagnackich dziedziców.

Tymczasem używanie wspomnianych przykładowo tytułów arystokratycznych w Polsce to – pardon za plebejskie określenie – obciach. W Polsce nie było zwyczaju nadawania tytułów szlacheckich, a jedynym wyjątkiem – poza książętami piastowskimi, „rozmnożonymi” ponad standardy linii panującej w okresie rozbicia dzielnicowego – stanowią kniaziowie litewscy, którzy podpisali się pod aktem unii lubelskiej (1569), i niejako w nagrodę (lub rekompensatę) uzyskali dziedzicznie tytuły książęce. Przykład: Radziwiłłowie. Inne tytuły (hrabiów, baronów etc.) to nadania OBCYCH WŁADCÓW. Za jakież to zasługi nadawali obcy władcy polskim rodom takie tytuły – to już inna sprawa. Czasem nawet wstydliwa i niepatriotyczna, zwłaszcza, że większość nadań przypadła na okres upadku Rzeczypospolitej w XVIII stuleciu oraz na czasy niewoli narodowej. Aha, jest jeszcze inna duża grupa utytułowanych – arystokratów nowobogackich, którzy kupili tytuły wraz z majątkami lub nawet bez nich, niekiedy w okazyjnej wręcz cenie.

Tytuły szlacheckie w XXI w. są żenującym reliktem ciemnoty i pamiątką po czasach apoteozy społecznej krzywdy. Jedyną zasługą współczesnych ich posiadaczy jest fakt, że się urodzili. Inaczej rzecz się ma z tytułami, które człowiek uzyskuje bezpośrednio za sprawą swojej pracy i aktywności, np. na polu nauki. Naturalnie w wielu współczesnych monarchiach kontynuuje się ową snobistyczną manierę ze słusznie minionych epok, choć staje się ona coraz bardziej częścią folkloru. Osobliwe znaczenie mają brytyjskie tytuły szlacheckie, przyznawane przez królową za konkretne zasługi i dokonania, co z kolei bardziej odpowiada idei odznaczeń państwowych.

Balansowanie na krawędzi śmieszności na ogół jest nieszkodliwe, ale w pewnych sytuacjach komizm bywa niestosowny.

Bigos informacyjny

Efekt motyla

Motyle należą do tych stworzeń, które przykuwają uwagę człowieka. Ich niezaprzeczalne walory estetyczne i wdzięk, z jakim się poruszają, oddziałują nie tylko na wzrok, ale i na umysł, skłaniając do refleksji nad pięknem otaczającej nas przyrody. Efekt ten jest tym silniejszy, że widok motyla jest zjawiskiem ograniczonym w czasie i praktycznie niemożliwym do uzyskania w warunkach sztucznych – nie da się przecież zamknąć motyla w klatce, a kolekcjonowanie tych stworzeń przy pomocy szpilek i szklanych gablotek zakrawa na barbarzyństwo i osobliwy turpizm. Trochę podobny do motyla jest żywot tzw. „niusa”, czyli informacji w medium pod tytułem telewizja. „Niusy” pojawiają się niczym motyle: znienacka. Przykuwają uwagę. I żyją stosunkowo krótko. Różnica polega jedynie na tym, że motyl jest dziełem natury, a informacja – wytworem umysłów.

Krzywe zwierciadło

Jestem daleki od snucia teorii spiskowych na jakikolwiek temat, ale doświadczenie przekonuje mnie, że jedną z największych przypadłości gatunku homo sapiens jest niekompetencja oraz skłonność do manipulowania bliźnimi. Z tych powodów moje zaufanie do mediów, a zwłaszcza – telewizji tzw. informacyjnych – stopniowo się kurczy. Powód ? Świat, przedstawiony w tych starannie wyselekcjonowanych „niusach” jest w dużym stopniu kreacją redaktorów, a nie obiektywnym odzwierciedleniem rzeczywistości. Gros interesujących i z różnych przyczyn ważnych informacji nie ujrzy świateł telewizyjnego studia, gdyż decydenci wałkują kilka wątków, „urabiając” umysły widzów. Zatrważa mnie izolacja redakcji na istotne sprawy międzynarodowe, a jednocześnie chorobliwa fascynacja tematyką wręcz tabloidową. „Niusy” muszą spełniać kryterium sensacyjności, a najlepiej wyczerpywać znamiona tragedii. Musi ich być mało, za to uporczywa powtarzalność – obrazów i faktów – ma zakodować w głowach widzów kierunek myślenia i zainteresowania. Nie przypisuję redakcjom złej woli. Może ich badania wskazują, że opłaca się adresować ofertę do widza intelektualnie biernego ? Może tak jest po prostu taniej, ponieważ nie trzeba płacić pieniędzy za korzystanie z materiałów zagranicznych agencji prasowych i stacji telewizyjnych ?

Ile jest faktów w faktach

Przed laty zadawałem swoim uczniom pracę domową z wiedzy o społeczeństwie: mieli przez określony czas śledzić programy informacyjne, wynotowując na zasadzie haseł najważniejsze wydarzenia z poszczególnych dziedzin i obszarów geograficznych, a następnie układać ich rankingi – z punktu widzenia wpływu na nasze życie. Dziś to ćwiczenie należałoby zmodyfikować, analizując DOBÓR prezentowanych informacji oraz zestawiając je z tymi, które „nie przebiły się” przez sufity umysłów dziennikarskich VIP-ów.

Można się zastanawiać, co jest naprawdę ważne w katalogu setek informacji, jakie przynosi każdy dzień. Proporcje i hierarchie „niusów”, jakie tworzą redakcje, wydają się niekiedy zupełnie nieuzasadnione. Informacje „śmieciowe”, ale za to sensacyjne i budujące silne emocje, wypierają te istotne, ale „nudne”. Czy dobór tzw. contentu, czyli treści programu informacyjnego, zawsze jest obiektywny, wolny od lobbingu lub nacisku takiej czy innej grupy interesu ?

Niektóre redakcje opanowała nieznośna maniera małpowania amerykańskich wzorców, jednak z uwagi na różnice kulturowe i mentalne oraz nieudolność naśladownictwa efekt jest opłakany. Jeszcze bardziej frustrującą przypadłością jest rozterka twórców, którzy są zatrudnieni przy produkcji informacji, ale strasznie chcieliby „robić” rozrywkę, więc silą się na info-kabareciarstwo ku uciesze gromadki gawiedzi.

W związku z powyższym nie chce mi się śledzić programów informacyjnych w poszczególnych stacjach telewizyjnych – wolę polegać na mediach elektronicznych i na ich ogromnym pluralizmie – dzięki powszechnemu dostępowi do dowolnego serwisu na świecie. Nie akceptuję sytuacji, kiedy to ktoś inny, mniej lub bardziej kompetentny, decyduje, o czym dziś się dowiem i jak zostanie to naświetlone. Nie chcę korzystać z tych informacyjnych fast foodów – wolę sam przyrządzać swoją wiedzę o Polsce i świecie z elementarnych składników, ale za to najlepszej jakości. Co więcej, nie interesuje mnie zbytnio to, co jest na medialnych „paskach”, ale to, co jest naprawdę ważne.

Dwa minusy dają plus, czyli zbiór zadań budżetowych

Znalazłem dziś trochę pieniędzy na oświatę. W zasadzie niechcący jam to uczynił, ale skoro już się stało, to przyznam się. Nie jest tych pieniędzy dużo, raptem kilkadziesiąt milionów rocznie, ale – jak to mówią – piechotą nie chodzi…

Jak podaje „Rzeczpospolita”, w latach 1999-2012 zabezpieczenie meczów piłki nożnej kosztowało budżet państwa 330 mln zł. Wychodzi średnio po ponad 25 mln zł rocznie. Oznacza to, że każdego roku budżet państwa mógłby zakupić np. 25 tysięcy rzutników multimedialnych dla szkół, dzięki czemu każda szkoła w Polsce mogła otrzymać taki sprzęt – co rok! Niby drobiazg, ale jakże przydatny. Nie jestem przeciwnikiem imprez sportowych, wręcz przeciwnie, ale trudno zaakceptować fakt, że wszyscy musimy finansować nie do końca skuteczną walkę z pseudokibicowskim terrorem. Ochrona imprez masowych powinna  być finansowana przez organizatorów, co można uwzględnić w kosztach biletów wstępu, praw transmisji telewizyjnych czy wreszcie przez konsekwentne egzekwowanie kar finansowych bezpośrednio od osób winnych zakłócania porządku publicznego lub podmiotów odpowiedzialnych za pseudoochronę. Kolejny „kwiatek”: większość obiektów wojskowych, nie wyłączając samych jednostek, jest chroniona przez komercyjne firmy ochroniarskie. Ochroniarze chronią wojsko… Patrząc na nadmiar energii niektórych fanów futbolu oraz niedobór sił pilnujących koszar, lotnisk i poligonów – można to łatwo pogodzić.. A i na ulicy będzie spokojniej.

I Ty, Szanowny Czytelniku, możesz znaleźć trochę pieniędzy na oświatę. Wystarczy rozejrzeć się wokół… Czekam na pomysły. Minister finansów chyba też.