Archiwa autora: znp

Solidarność 2.0

Kuriozalne postępowanie dyscyplinarne w odniesieniu do dziesięciu nauczycielek, które w ramach tzw. „czarnego protestu” przyszły do pracy w czarnych strojach, to ponury znak czasu. Bilety na tę osobliwą „ławę oskarżonych” zafundował swoim koleżankom działacz „Solidarności”, wysyłając donos do śląskiego kuratorium. Jak widać, niektórzy ludzie, noszący znaczek organizacji, która zmieniła historię Polski w XX wieku, nie mają pojęcia o wartościach tego ruchu obywatelskiego sprzeciwu. Sam fakt procedowania komisji dyscyplinarnej nad tego rodzaju sprawą przywodzi na myśl smutne czasy mniej lub bardziej wyrafinowanych antydemokratycznych represji i łamania ludzi. Czy w XXI wieku nauczyciel w polskiej szkole może paść ofiarą nowoczesnej inkwizycji politycznej za to, że ma określone poglądy? Pytam serio, niestety…

Deforma…

W społeczeństwie nie brakuje zwolenników reformy oświaty. Problem w tym, że każdy w inny sposób rozumie to pojęcie. Ja na ten przykład byłem zwolennikiem reformy od dawna i poglądów swoich bynajmniej nie ukrywałem, aczkolwiek w mojej wyobraźni nie mieściło się ani ekspresowe tempo wdrażania zmian, ani likwidacja gimnazjów. Byłem natomiast przekonany o potrzebie reformy programowej, uwspółcześniającej edukację, dopasowującej cele i treści kształcenia i wychowania do potrzeb i wyzwań naszych czasów. Znam wiele osób z branży sprzyjających reformie z powodów osobistych: bo „będzie więcej godzin” w szkole podstawowej czy liceum. Wreszcie są i laicy, którym się wydaje, że likwidacja gimnazjów z automatu rozwiąże wszystkie problemy wieku dojrzewania. O argumentach rządzących nie wspominam, żeby się nie powtarzać.

Błyskawiczna rewolucja odbędzie się kosztem konkretnych grup społecznych. Nauczyciele pozbawieni pracy – najlepsi fachowcy od edukacji nastolatków – nie są jedynymi poszkodowanymi. Mało mówi się o losie uczniów obecnych klas V i VI, którzy w najbliższych latach będą przecierać szlaki jako siódmo- i ósmoklasiści. Dla nich nauka w oparciu o „dosztukowane” ad hoc programy oznaczać będzie określone konsekwencje. Prawo nie powinno działać wstecz również w tak wrażliwej dziedzinie życia jak szkolnictwo. Skoro roczniki rozpoczynały naukę w szkole zaprogramowanej jako 6-letnia, to nagła zmiana koncepcji oznacza zmianę reguł w trakcie gry. Kolejną poszkodowaną grupą są uczniowie szkół wiejskich. Do tej pory ich nauka blisko domu trwała 9 lat, obecnie skrócona zostaje o rok. Oznacza to, że młodzież o rok wcześniej będzie musiała dotrzeć do szkół średnich / zawodowych, a w skali Polski powiatowej to nie jest błahy problem. To konkretny kłopot organizacyjny i finansowy dla rodziców. O sytuacji samorządów wszystko zaś wiemy.

Problemy można było w pewnym stopniu ograniczyć, gdyby reforma we wrześniu 2017 r. rozpoczęła się w logiczny sposób – od początków etapów edukacyjnych, tj. od kl. I i IV jednocześnie, Tak by zapewne było, gdyby o losach edukacji decydowali eksperci, a nie politycy.

Nasz głos

    Główne wydanie „Wiadomości” TVP1 poświęciło 25. finałowi Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy kilkanaście sekund na końcu programu. Rozdźwięk między rzeczywistością pokazywaną w mediach publicznych a życiem kraju budzi niepokojące analogie do historii Polski w XX wieku. Niestety, wygląda na to, że również w sprawach tak fundamentalnych jak reforma oświaty nie można liczyć na uczciwe proporcje narracji. Polacy nie dowiedzą się z telewizji, którą notabene utrzymują, jak naprawdę wygląda rzeczywistość w tej materii: spontaniczne protesty rodziców rozgoryczonych prezydenckim podpisem pod ustawą, wrzenie w szkołach, krytyka ze strony środowisk eksperckich, sceptycyzm samorządowców. W „krzywym zwierciadle” wszystko wygląda inaczej. Czy w czasach mediów elektronicznych uda się zataić prawdę? To jest zwyczajnie niemożliwe.

    Wobec niebywałej stronniczości kontrolowanych środków przekazu Polacy – nie tylko pracujący w branży edukacyjnej – powinni docenić wartość i znaczenie informacyjne niezależnego medium, jakim jest „Głos Nauczycielski”. 100 procent polskiego kapitału. 100 lat tradycji. 100 procent wiarygodności.

Smog

    Minister Anna Zalewska napisała trzy listy: do nauczycieli, samorządowców i rodziców. Żeby zrozumieć, o czym naprawdę traktują, konieczny jest ich „rozbiór logiczny”, co niniejszym czynię, opatrując komentarzem poszczególne fragmenty – na początek pierwszego w nich.

    „Chcemy być blisko Państwa” – tylko czy my, nauczyciele, chcemy takiej „bliskości” polityków? Jesteśmy fachowcami w swojej dziedzinie, wiemy, co i jak należy robić. Zapowiedź „bliskości” kojarzy się z sytuacją, gdy nauczyciel przy tablicy będzie czuł obecność jakiegoś „rewizora” tuż za plecami…

    „Chciałabym zaznaczyć, że w sprawach dotyczących organizacji nowego ustroju szkolnego do Państwa dyspozycji będą Kuratorzy Oświaty. Pragnę podkreślić, że we wszystkich województwach działają powołane przez Kuratorów regionalne zespoły koordynacyjne. (…) Do końca marca Kuratorzy Oświaty i Wojewodowie będą kontynuowali w swoich regionach spotkania z rodzicami, nauczycielami, dyrektorami szkół oraz samorządowcami”. Problem w tym, że ze wspomnianych spotkań kompletnie nic nie wynika, bo i nie może wynikać. Czas szumnie zapowiadanych „konsultacji społecznych” w ekspresowym tempie przeminął. Nie ma rzeczywistego dialogu. Nic, co usłyszą kuratorzy czy wojewodowie, nie wpłynie już na kształt centralnie zaprogramowanych zmian. Stwarzanie pozorów debaty publicznej służy wyłącznie celom wizerunkowym.

    „Również do tego czasu samorządy przygotują uchwały w sprawie nowej sieci szkół. Uchwały te nie będą stanowiły podstawy do likwidacji gimnazjum lub szkół innego typu. Zawierać będą one wyłącznie rozwiązania dotyczące przekształcenia dotychczasowego gimnazjum oraz kształt nowej sieci szkół”. Zastąpienie słowa „likwidacja” słowem „przekształcenie” to zręczny unik, ale tylko retoryczny. Ministerialna nowomowa wypiera słowa o negatywnych skojarzeniach, a przecież prawda jest oczywista i brutalna. „Zamykamy tysiące szkół” – nikt tego oficjalnie nie powie. W sumie to „nie my zamykamy”, tylko samorządy, bo przecież „reforma” jest robiona rękoma samorządów.

    „Aby jak najlepiej przygotować Państwa do realizacji nowej podstawy programowej wypracowaliśmy spójny model doskonalenia nauczycieli. W najbliższym czasie Ośrodek Rozwoju Edukacji w Warszawie przygotuje materiały i przeprowadzi konferencje dla dyrektorów publicznych placówek doskonalenia oraz konsultantów i doradców metodycznych poszczególnych przedmiotów. Publiczne placówki doskonalenia będą miały obowiązek dotarcia z informacją na temat zmian programowych do nauczycieli poszczególnych przedmiotów. To oni zajmą się realizacją zmienionej podstawy programowej. Szkolenia zostaną zrealizowane w województwach przed zakończeniem zajęć edukacyjnych w tym roku szkolnym. Placówki mają za zadanie udostępnienie nauczycielom niezbędnych materiałów dotyczących nowej podstawy programowej”. Nic nie wynika z tej szumnej zapowiedzi, może poza „doniosłym” zadaniem dla ORE pod nowym kierownictwem. Udostępnienie materiałów w dobie internetu nie wymaga angażowania dodatkowych pośredników – z całym szacunkiem dla ośrodków doskonalenia. Nauczyciele – z założenia czytający ze zrozumieniem – są w stanie przyswoić podstawy programowe i zaplanować swoją pracę – chyba, że w tych szkoleniach chodzi o coś innego.

    „Bardzo istotne w procesie zmiany ustroju szkolnego jest dla nas Państwa wsparcie, na które czekają rodzice i uczniowie. W związku z tym uprzejmie proszę o zapoznanie rodziców z Listem Ministra Edukacji Narodowej do Rodziców oraz z założeniami i terminarzem działań związanych z wdrażaniem reformy. Proszę, aby informacje o zmianach znalazły się w gablotach informacyjnych szkół, a wspomniany list został odczytany i przekazany na najbliższych zebraniach z rodzicami”. Cóż, jak to powiadają: pan każe, sługa musi. Do tej pory w swojej pedagogicznej karierze na zebraniu klasowym odczytałem jedynie list w sprawie prewencji tzw. „świńskiej grypy”. Robienie ze szkoły pasa transmisyjnego polityki rządu, a z nauczycieli – lektorów listów ministerialnych, musi wzbudzać niepokojące skojarzenia z czasami słusznie minionymi. Gdyby reforma była wdrażana w tempie adekwatnym do jej znaczenia dla społeczeństwa z pewnością jakość komunikacji byłaby lepsza. Szkoda, że list pani minister nie był gotowy na rozpoczęcie roku szkolnego. Ups, no tak, nie było przecież na to czasu.

    „Przyjęte rozwiązania ustawowe zmieniające ustrój szkolny zabezpieczają dodatkowe miejsca pracy dla nauczycieli. W szkołach podstawowych zwiększy się liczba oddziałów, a tym samym spowoduje to łączny wzrost liczby etatów nauczycielskich o dodatkowe 5,5 tys.”. Te Himalaje hipokryzji wymagają dużo odwagi. Świetna wiadomość: „dodatkowe” 5,5 tysiąca miejsc pracy w szkołach podstawowych! Ale odejmijmy od tej i tak wysoce niepewnej liczby blisko 40 tys. etatów w gimnazjach i wówczas otrzymamy prawdziwy bilans tej niedobrej zmiany. Zastanawiające, że nie wspomina się nic o wzroście liczby etatów w liceach. Czyżby czteroletnie liceum równało się trzyletniemu pod względem ilości godzin poszczególnych przedmiotów?

    „Pragnę również poinformować o podjęciu kolejnych działań na rzecz wzmocnienia warunków funkcjonowania polskiej oświaty” – a zatem to nie koniec niespodzianek.

    „Widząc potrzebę wypracowania zmian przepisów regulujących prawa i obowiązki pracowników oświaty i dostosowania ich do współczesnych warunków pracy szkoły,  w listopadzie 2016 r. powołałam  Zespół do spraw statusu zawodowego pracowników oświaty. (…) Zadaniem Zespołu jest wypracowanie rozwiązań systemowych w dziedzinie edukacji oraz definiowanie długofalowej strategii polityki oświatowej w zakresie praw i obowiązków pracowników oświaty. Szczególny nacisk położony będzie także na kwestie finansowania oświaty, wynagradzania nauczycieli oraz innych pracowników oświaty, awansu zawodowego, czasu i warunków pracy nauczycieli oraz innych pracowników oświaty”. A jednak. Czyżby nadchodził kres Karty Nauczyciela, dyskretnie anonsowany między wierszami? A może szykuje się nowelizacja, która samej ustawy nie uśmierci, ale solidnie ją okroi? Czy aktualne „prawa i obowiązki” pracowników oświaty mają jakieś luki, że trzeba je zapisywać na nowo?

    „Dostrzegam również potrzebę godniejszego uhonorowania Państwa pracy. W budżecie na 2017 r. zaplanowano środki na pierwszą od pięciu lat waloryzację wynagrodzeń nauczycieli. Bardziej satysfakcjonująca podwyżka płac nauczycielskich możliwa będzie po dokonaniu weryfikacji zasad finansowania oświaty i wypracowaniu  efektywnego systemu wynagradzania nauczycieli w ramach Zespołu do spraw statusu zawodowego pracowników oświaty”. Obok kija jest więc i marchewka. Waloryzacja brzmi rewelacyjnie w mediach, ale po dodaniu informacji o ile wzrosną płace – brzmi już tylko śmiesznie. Brak konkretów: nie wiadomo, kiedy „dokonana” zostanie „weryfikacja zasad finansowania oświaty”. Czy to przypadkiem nie słynne gruszki na wierzbie?

Nie dość, że Polskę trapi smog, to atmosferę zatruwa jeszcze propaganda sukcesu.

Ofiara

    Prezydent RP po trzech tygodniach podpisał ustawę, wprowadzającą nowy ustrój szkolny. Stało się to w ostatnim – możliwym konstytucyjnie – terminie. Niektórzy tłumaczyli tę osobliwą zwłokę w podpisie wątpliwościami głowy państwa. Czemu zawdzięczamy to oczekiwanie – zapewne nigdy się nie dowiemy, chociaż z entuzjastycznej prezydenckiej deklaracji wiary w sens zmian w oświacie żadne wątpliwości oficjalnie nie wynikają. Można jednak zastanawiać się, czy o postawie Andrzeja Dudy nie przesądziła… twarda reakcja opozycji, która – jak eksponowały media – „wzywa prezydenta do niepodpisywania”. Czyżby klasyczny „pocałunek śmierci”? PiS nie mógł pozwolić sobie na kolejną wizerunkową porażkę i ustępstwo, aby nie pokazywać podatności na presję. Gdyby prezydent ustawy nie podpisał (kierując ją do Trybunału Konstytucyjnego, bo weto wydawało się jednak nieprawdopodobne), wyszłoby, że posłuchał apelu opozycji.

    Skoro prezydent jest przekonany o tym, że reforma sygnowana nazwiskiem minister Zalewskiej jest dobra, to dlaczego czekaliśmy aż trzy tygodnie na podpis pod ustawą? Trudno oprzeć się wrażeniu, że edukacja padła ofiarą polityki z mniej lub bardziej oczywistych motywów.

Niedobra zmiana w oświacie

Przed tygodniem „czarny protest” uświadomił rządzącym, że społeczeństwo obywatelskie w Polsce – mimo jesiennej aury – ma się nieźle i jest skłonne przypominać o swojej roli suwerena. Jutrzejsza akcja protestacyjna, organizowana przez Związek Nauczycielstwa Polskiego, ma za zadanie uświadomić, że projektowana reforma systemu oświaty wcale nie jest „dobrą zmianą”. I nie jest to, jak w odruchu obronnym twierdzi pani minister Anna Zalewska, kampania polityczna, ale manifestacja stanowiska największego związku zawodowego pracowników oświaty w Polsce, który przeżył dziesiątki partii politycznych. Jest to głos ekspertów – tysięcy nauczycieli, którzy na podstawie swojej wiedzy pedagogicznej i doświadczenia zawodowego krytycznie oceniają założenia reformy. To także głos rodziców, słusznie zaniepokojonych o los swoich dzieci.

Edukacja wymaga ewolucji, a nie rewolucji. Pośpiech w programowaniu oświaty może być jedynie szkodliwy. Budowa systemu szkolnictwa II Rzeczypospolitej trwała 14 lat, a rozpoczęła się od „sejmu nauczycielskiego”. Dziś nowy system ma powstać w rok, a merytorycznej debaty o kształcie reformy nie ma.

Reguły gry nie powinny się zmieniać w jej trakcie. Tymczasem jeszcze rok temu przez myśl nikomu nie przeszło, że ówczesne klasy piąte będą chodzić do „dosztukowanych” programowo klas VII i VIII. Jeśli zmieniamy system, to róbmy do od początku cyklu kształcenia, a nie w jego trakcie. W ten sposób krzywdzi się kilka roczników uczniów.

Likwidacja gimnazjów nie oznacza, że przestaną istnieć naturalne dla okresu dojrzewania problemy wychowawcze, z którymi polska szkoła radzi sobie nie najgorzej. Sentyment za ośmioklasową szkołą podstawową bardzo szybko zweryfikuje życie. Pomysł odseparowania starszych uczniów od młodszych z perspektywy czasu należy ocenić jako skuteczny. Powrót do modelu ośmioletniej podstawówki oznacza regres i eskalację problemów.

Finansowe skutki reformy spoczną na barkach samorządów, które będą musiały ponieść koszty dostosowania budynków i ich wyposażenia. W wielu przypadkach gmachy szkolne w sam raz odpowiadają potrzebom sześcioklasowych szkół, a ośmioklasowych po prostu nie pomieszczą. Analogicznie wygląda sprawa lokali liceów. To są realne problemy każdej gminy i każdego powiatu w Polsce.

Pamiętajmy wreszcie o losie 40 tysięcy nauczycieli oraz pracowników administracji i obsługi. Być może właśnie to oblicze reformy stanowi klucz do jej zrozumienia: wygenerowania na dłuższą metę oszczędności dla budżetu państwa?

Edukacyjny trailer przed oczekiwaną premierą

Minister edukacji narodowej Anna Zalewska zapowiedziała dziś daleko idące (dobre?) zmiany w systemie edukacji w aspekcie dydaktycznym.

Spośród zasygnalizowanych planów kilka zasługuje na uwagę. Po pierwsze, promocja czytelnictwa w szkole, poczynając od codziennej lektury w klasach I-III, w których od wspólnego czytania ma się rozpoczynać dzień. Nie czuję się ekspertem w zakresie edukacji wczesnoszkolnej i nie wiem, na ile pomysł stanowi metodyczne novum, ale deficyt czytania jest bezspornym faktem i ogólnospołecznym problemem, z którym należy się zmierzyć. Wszelkie racjonalne działania, które będą służyły rozwojowi czytelnictwa, są godne pochwały. Trafnie zauważa szefowa resortu, że czytanie jest fundamentem edukacji, podobnie jak niezastąpioną szkołą ortografii. Nieznajomość lektur w oryginale (mało popularna alternatywa streszczeń) to miałkość intelektualna, której nie da się uzupełnić. Dla wielu przedstawicieli wchodzącego w dorosłość pokolenia najdłuższą lekturą bywają esemesy. Dla nich ortografia jest dziedziną kompletnie abstrakcyjną i nieżyciową, którą nie warto zaprzątać sobie głowy. Nieznajomość reguł języka polskiego to już choroba w zaawansowanym stadium – znak edukacyjnej degrengolady. Kilka dekad temu człowiek, który nie znał zasad ortografii, nie był w stanie osiągnąć cenzusu wykształcenia średniego. Dziś ignoranci w opisywanej materii legitymują się dyplomami magistrów i żyją w błogiej nieświadomości. Najwyższy czas coś z tym zrobić!

Druga kwestia, która wywołała we mnie pozytywne emocje, to zapowiedź wprowadzenia szachów do szkół. Nareszcie! Prosta metoda nauki logicznego i strategicznego myślenia, z powodzeniem praktykowana w elitarnych szkołach na całym świecie, ma niesamowity potencjał edukacyjny. Wiem o tym z doświadczenia. Miałem przyjemność pracy w szkole podstawowej, gdzie zajęcia szachowe ujęte były w planie zajęć. Gorąco rekomenduję takie rozwiązanie – oby tylko było praktyką obligatoryjną, a nie tylko „kółkiem” na ósmej godzinie lekcyjnej…

Jako praktykujący humanista, popieram z całej mocy promowanie matematyki na każdym etapie edukacji. Mając poczucie własnej niedoskonałości w tej dziedzinie, rozumiem potrzeby XXI wieku i szerokie zastosowanie dyscypliny w innych naukach – nie wyłączając, notabene, humanistyki! Ważnym wyzwaniem pozostaje również poprawa efektywności nauki języków obcych, jako że rezultaty wieloletniej edukacji bardzo często – mówiąc dyplomatycznie – pozostawiają wiele do życzenia oraz/lub drenują portfele rodziców, inwestujących w dodatkowe zajęcia. Minister Zalewska zapowiedziała również powrót do pluralizmu w kwestii e-podręczników, co ma głęboki sens (prawo wyboru to jednak komfortowe uczucie…). Z niecierpliwością czekam na odsłonę kurtyny i szczegóły: jak resort zamierza te ważne cele zrealizować… Dowiemy się już 27 czerwca.

Jak przegrać wybory II: requiem dla lewicy

Zacznijmy od tego, że nie jest prawdą, że lewica przez najbliższe cztery lata nie będzie reprezentowana w polskim parlamencie. Aktualna reprezentacja lewicy nazywa się Platforma Obywatelska, a ściślej rzecz biorąc, tworzy ją socjaldemokratyczno-liberalne skrzydło tej partii. Z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie się ono wzmacniać na zasadzie przeciwwagi (a może i politycznej przekory) dla konserwatywnego obozu Prawa i Sprawiedliwości.

Największym przegranym wyborów parlamentarnych jest niewątpliwie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Oczywiście poza parlamentem istnieje życie polityczne, ale nie łudźmy się – w trzeciej lidze. Ostatnią deską ratunku pozostaje dla SLD obecność we władzach samorządowych tu i ówdzie – z Łodzią na czele. Samorząd dla SLD jest jednak jak przydomowy basen dla schwytanego w oceanie delfina. Stopniowo redukowana obecność SLD w krajowej polityce osiągnęła wartość matematyczną, której Leszek Miller użył w odniesieniu do Zbigniewa Ziobro. Co takiego się stało, że polityczny kapitał tej partii podzielił losy oszczędności w Amber Gold?

Generalnie SLD – przynajmniej w wydaniu ogólnopolskim – na przestrzeni ćwierćwiecza nie zdołał odmłodzić kadr. Pojedyncze wyjątki – jak np. Dariusz Joński – potwierdzają regułę, że „seniorzy” zbyt długo trzymali stery w swoich rękach. Bogate doświadczenie polityczne to za mało, by przyciągnąć wyborców. A w lewicowej formacji bywało przecież różnie. Kto pamięta Leszka Millera w biało-czerwonym krawacie członka drużyny Andrzeja Leppera, ten rozumie istotę kryzysu. Wycięcie „młodych” konkurentów do przywództwa w partii (W. Olejniczak, G. Napieralski, znakomita Katarzyna Piekarska) w długofalowej perspektywie okazało się krokiem samobójczym. Dlaczego w telewizji nie ma „Koła fortuny” czy „Czaru par”? Bo te formaty były dobre w latach 90., a później po prostu się zużyły. Twarze polityków również – przepraszam za dosadność – zużywają się. Zrozumiał to Jarosław Kaczyński, wyłuskując w gronie działaczy PiS Andrzeja Dudę i Beatę Szydło. Leszek Miller przeprowadził, co prawda, casting na Magdalenę Ogórek, ale nie była to koncepcja politycznego zastępstwa/następstwa i realnej walki o wysoką stawkę, tylko chęć uniknięcia wizerunkowej porażki. Czy Joanna Senyszyn lub Jerzy Wenderlich (który wątpliwie zabłysnął lewicową wrażliwością przy okazji oddawania słynnych nagród dla wicemarszłków) mogą przyciągnąć NOWYCH wyborców?

Przymiotnik „nowi” ma kluczowe znaczenie. Minione sukcesy SLD zawdzięczał elektoratowi, dla którego ważne były sentymenty. Po okresie szoku postbalcerowiczowskiego wspomnienia socjalu i „małej stabilizacji” Polski Ludowej prezentowały się nawet atrakcyjnie. Pokolenia, które najwięcej osiągnęły w czasach budowy blokowisk i rozdawania przydziałów na maluchy były skłonne poprzeć ekipę polityczną, uosabiającą zdemokratyzowane ideały państwa opiekuńczego. Problem SLD polega jednak na tym, że czasy się diametralnie zmieniły i sentymenty dotyczą tylko starszych generacji wyborców. Elektorat w naturalny sposób się skurczył.

Poważnym przedwyborczym błędem SLD był mariaż (związek partnerski???) z ugrupowaniem Janusza Palikota. Właściwie słowo „ugrupowanie” można zastąpić słowem „efemeryda”, biorąc pod uwagę, że Rucha Palikota skupiał zbieraninę różnych ludzi o tylko jednym wyraźnie zarysowanym wspólnym mianowniku w postaci antyklerykalizmu. Finisz klubu parlamentarnego tej partii obrazuje jej rzeczywistą jakość. Zaskakująca decyzja liderów SLD o stworzeniu koalicji wyborczej z topniejącym „Ruchem” przesądziła o katastrofie. Gdyby Leszek Miller pozostał konsekwentny w ocenie tej siły – zachowałby zapewne i poselski fotel, i rolę przywódcy lewicy. Pakt z Palikotem obniżył wiarygodność socjalną SLD. Być może działacze Sojuszu zapomnieli o tym, że Palikot i jego ludzie przesądzili o podwyższeniu wieku emerytalnego; lewicowy elektorat tego nie zapomniał. Socjaldemokracja to nieco inna bajka niż liberalizm.

Lewica w ostatnim czasie nie potrafiła wyartykułować priorytetów bliskim potrzebom „zwykłych ludzi”. Zamiast eksponowania na pierwszym planie spraw pracowniczych i postulatów socjalnych, lewica roztrwoniła czas na reprezentowanie niszowej mniejszości, skupionej wokół zagadnień typowo obyczajowych. Nie chodzi o słuszność lub niesłuszność takiej postawy, ale o jej wybitną niepragmatyczność. Polityka to brutalna gra. Arytmetyka pokazuje, że bardziej opłaca się walczyć o miliony głosów związkowców, emerytów czy osób zatrudnionych na „umowach śmieciowych” niż zabiegać jedynie o tysiące głosów feministek, środowisk LGBT, antyklerykałów czy zwolenników legalizacji marihuany. Co więcej, prawdopodobnie nie doceniono faktu, że społeczeństwo polskie w gruncie rzeczy jest bardziej konserwatywne, niż to wynika z przekazów medialnych i nadreprezentacji „postępowych” komentatorów rzeczywistości. W efekcie błędnie oceniono wielkość grupy docelowej, do której adresowano ofertę polityczną.

Jak potoczą się losy SLD – pokażą najbliższe trzy lata, czas do wyborów samorządowych. Z dużą dozą prawdopodobieństwa młodzi zdolni zasilą szeregi PO, widząc tam lepsze perspektywy zaistnienia. Wielu „starych” odejdzie na polityczną emeryturę. Czy nie za późno dla SLD? Z kolei dla innych ugrupowań, zabiegających o wyborców, jest to lekcja pokory: warto od czasu do czasu przewietrzyć salę, a czasami nawet zrobić odświeżający przeciąg…

Jak przegrać wybory – część I

Jeśli ktoś w Polsce jest zdziwiony porażką wyborczą Platformy Obywatelskiej to prawdopodobnie co najmniej ostatni rok przeżył w stanie hibernacji. PO przegrała wybory na własne życzenie, konsekwentnie uruchamiając lawinę błędów – zarówno decyzyjnych, jak i wizerunkowych. Anatomia tej klęski może być cenną lekcją dla innych – nie tylko polityków.

Po pierwsze, Platforma Obywatelska okazała się za mało obywatelska. Idąc po władzę osiem lat temu z hasłami głębokich przemian systemowych, błyskawicznie zapomniała o genezie sukcesu i odcięła się od swoich nieco „antysystemowych” korzeni. Okazało się, że zamiast redukować aparat biurokratyczny, wzmacniała go do spółki z PSL-em, by znaleźć zaplecze kadrowe dla „swoich”. Partia rządząca pod wodzą Donalda Tuska przeobraziła się w establishment zegarkowo-ośmiorniczkowy, odseparowany mentalnie od społeczeństwa i bez świadomości jego nastrojów. Szereg decyzji w powszechnym odbiorze miał charakter antyspołeczny, by przypomnieć chociażby skazanie obywateli na pracę do 67. roku życia, zredukowanie zasiłków pogrzebowych czy fatalny styl wprowadzenia obowiązku szkolnego dla sześciolatków. Nawet merytorycznie akceptowalne zmiany były wdrażane w sposób wysoce niewłaściwy.

Po drugie, zabrakło ludzi. Ławka kandydatów do najwyższych stanowisk państwowych okazała się na tyle krótka, że newralgiczne dziedziny zarządzania państwem powierzano ludziom rażąco niekompetentnym i nieprzygotowanym, czego dobitnym przykładem jest szefowa resortu edukacji. Dzięki aktywności pani minister, która zapowiedziała likwidację Karty Nauczyciela, od PO odpłynęło kilkaset tysięcy wyborców ze środowisk oświatowych. Twarze Platformy przypominały talię zgranych kart, przy czym najważniejszy as – Donald Tusk – zadbał, by z obiegu wypadły trzy pozostałe asy. „Odstrzelenie” faktycznych i wyimaginowanych rywali/następców do zarządzania partią zemściło się na braku sensownych alternatyw, pozwalających na skuteczną rekonstrukcję rządu. Przypadek B. Arłukowicza i J. Kluzik-Rostkowskiej dowodzi, że PO wypłacała swoiste premie „odszczepieńcom” z konkurencyjnych ugrupowań. W polityce może to i jest trochę normalne, ale w tzw. normalnym świecie wywołuje katastrofalne konsekwencje wizerunkowe.

Po trzecie, główny pomysł PO na siebie polegał na tym, że partia ta miała być „antyPiSem”. Szczególnie było to widoczne w ostatnich odsłonach kampanii, kiedy najważniejszym argumentem PO w walce o głosy było straszenie Polaków faworytem wyborów. Patent na zwycięstwo dzięki takiej strategii okazał się już kompletnie nieaktualny. Liderzy PO do końca wierzyli, że widmo rządów Prawa i Sprawiedliwości cudownie odwróci proporcje sondażowe. Zaklęcia nie zadziałały, mimo że Ewa Kopacz sugerowała w obszernie transmitowanej piątkowej konwencji – tuż przed ciszą wyborczą – że na okoliczność ewentualnego zwycięstwa PiS na Kremlu mrożą szampana. Żenujący poziom autoprezentacji nie uwzględniał obiektywnego faktu: większość Polaków ma dość brutalizacji języka polityki, babrania się błocie i wymachiwania na oślep maczugą. PR musi być jak kompozycja przypraw we właściwych proporcjach,  by danie było perfekcyjne, tymczasem polityczni kucharze nie znali umiaru w ostrych składnikach. Co więcej, brak obiektywizmu w przekazach medialnych też dla społeczeństwa był zbyt oczywisty. Nierówne szanse komitetów wyborczych przypomniały, jak to było w latach 80.: PZPR też „miała” prasę, radio, telewizję i nic z tego specjalnie nie wyszło.

Po czwarte, Platforma pogubiła się w priorytetach programowych, błędnie sądząc, że da się zbić kapitał na liberalnym ustawodawstwie, na dzieleniu społeczeństwa przy pomocy dylematów etycznych i wątków stricte światopoglądowych. Sądząc po tematyce wystąpień polityków, można odnieść wrażenie, że najważniejszym problemem współczesnych Polaków jest… zmiana płci. W kontekście tych partyjnych błędów i wypaczeń, ogólnej arogancji oraz infantylnej kampanii (premier intonująca okrzyk „raz dwa trzy, wygramy my”) przekroczenie dwudziestu procent głosów to nie lada osiągnięcie.

Wniosek? Ludzie nie są tak głupi (czytaj: podatni na manipulację lub swojską „ściemę”), jak się wydaje niektórym politykom. Dobrze, kiedy można się o tym przekonać w akcie wyborczym, a nie poprzez rewolucję.