Miesięczne archiwum: Listopad 2014

MEN dokłada nauczycielom

Żeby nikogo nie rozczarować, na wstępie ogłaszam: w tytule nie chodzi o pieniądze. „Wybierzmy wspólnie lektury najmłodszym uczniom” – zachęca MEN, udostępniając na stronie internetowej ankietę, w której można zgłosić kilka propozycji lektur dla szkoły podstawowej. Nie wiadomo, czy o ostatecznym kształcie nowego kanonu ma zadecydować ów plebiscyt, czy też może jest to jedynie giełda pomysłów, z której będą czerpać decydenci.

Czy taka ankieta ma sens? Osobiście wolałbym, aby kanon lektur szkolnych był dziełem ekspertów z dziedziny pedagogiki i dydaktyki. Kryteria doboru literatury dla najmłodszych muszą uwzględniać nie tylko atrakcyjność przekazu, ale i inne walory: językowe, kształcące, wychowawcze. Naturalnie należy ocenić pozytywnie każdy rodzaj konsultacji społecznych, nawet jeśli posiadają one cechy kampanii wizerunkowej. Opisywana ankieta umożliwia zabranie głosu obywatelom – nawet tym jeszcze nieletnim. Niestety, przy okazji MEN publikuje wybitnie płytką „diagnozę” problemów z czytelnictwem, zwalając na nauczycieli winę za nieczytanie przez Polaków książek – bez odesłania do jakichkolwiek badań naukowych w tym zakresie.

Wprowadzenie do ankiety po prostu jest krzywdzące i obraźliwe dla nauczycieli. Czytamy w nim: „To, co obecnie czytają uczniowie podstawówek, nie sprawdza się. Wybierane przez część nauczycieli książki nie rozbudzają ciekawości ucznia, opisują nieznaną dziecku rzeczywistość sprzed kilkudziesięciu lat. Efekt? Nasze nastolatki nie czytają. Dorośli podobnie”.

Po pierwsze, zwróćmy uwagę na złożoność przyczyn kryzysu czytelnictwa, który dla każdego inteligentnego człowieka jest bardziej oczywisty niż dla autora cytowanego przekazu. Dzieci są epatowane różnorodnymi atrakcjami: od telewizji (do wyboru około 10 kanałów!!!) po zaawansowane technologicznie gry komputerowe. Z tych właśnie przyczyn analogiczny kryzys przeżywa wychowanie fizyczne: dzieci zamiast realnej piłki wolą grać w FIFA’14… Dodajmy jeszcze problem zapracowanych rodziców i drogich książek, na które składa się m.in. państwowy VAT… Komentarze zbędne, ale chyba nie dla urzędników resortu edukacji.

Czy można odpowiedzialnie powiedzieć, że obecne lektury „nie sprawdzają się”? To dlaczego Polska znalazła się w światowej czołówce wyników nauczania? Wszak na dorobek edukacyjny chwalonych polskich nastolatków składają się wszystkie etapy kształcenia. Widać tu zasadniczą niespójność, szafowanie hasłami, miałkość obserwacji.

Co złego jest w opisywaniu przez literaturę „nieznanej dziecku rzeczywistości”? A czy odrealniony Harry Potter jest osadzony w tejże rzeczywistości? Każdy, kto ma jakieś pojęcie o pedagogice, docenia nie tylko potęgę wyobraźni dziecka, ale i potencjał kreatywnego myślenia, jaki stwarza posługiwanie się tą właśnie wyobraźnią. W sensie formalnym każdy nauczyciel, dobierający lektury, posiada KWALIFIKACJE PEDAGOGICZNE, czego nie da się powiedzieć o armii urzędników, ani też – podkreślam z ubolewaniem – o Pani Minister Edukacji. Wygląda na to, że wykwalifikowany nauczyciel jest bardziej kompetentny do wybierania lektur niż ktoś, kto przygotowania pedagogicznego nie posiada. Niech więc resort edukacji nie upowszechniania poglądu, że Polacy nie czytają z winy nauczycieli, bo jest to demagogia.

Na zakończenie jeszcze jedna uwaga: zachęta do wypełnienia ankiety kończy się zdaniem: „Liczymy na uczniów i Państwa” (ortografia oryginalna). Dlaczego uczniowie nie zostali potraktowani na równi z „Państwem” (w domyśle: dorosłymi)? Pisownia wielką literą to symbol. Myślę, że uczeń zasługuje na taki sam szacunek, jak osoba dorosła. Nauczyciel by o tym pamiętał.

Przysłowiowe wrzucanie kamyczków do nauczycielskiego ogródka staje się na tyle częstą praktyką, że resort pewnie niebawem ogłosi przetarg na katapultę.

Ile jest państwa w oświacie

Edukacja ujęta w ramy zorganizowanego przez państwo systemu kształcenia zrodziła się jako  instrument socjalizacji obywatelskiej, czyli przygotowania młodych ludzi do roli obywatela. W tym systemie nauczyciel był de iure i de facto urzędnikiem państwowym. W dawnych czasach dodawało to profesji nauczycielskiej niewątpliwego splendoru.

Obecnie status pedagoga, choć jeszcze chroniony Kartą Nauczyciela, zbliża się do modelu „wolnego najmity” na służbie wójta/burmistrza/prezydenta lub starosty. Samorządowy garnuszek, nie dość, że niewielki, i tak coraz bardziej ciąży włodarzom gmin i powiatów. Można się spodziewać, że niebawem zacznie się w wielu gminach tumult antyedukacyjny, polegający na zawoalowanej prywatyzacji placówek oświatowych. Zazwyczaj pierwszy i drugi rok po wyborach to okres realizacji niepopularnych bądź kontrowersyjnych decyzji, a więc nowe samorządy spróbują tu i ówdzie pozbyć się „balastu” w postaci szkół.

Źródłem patologicznych zjawisk wokół utrzymywania szkolnictwa stało się przekazanie szkół jednostkom samorządu terytorialnego. Mimo, że od reformy minęło kilkanaście lat, w większości przypadków nie są one przygotowane do tej roli pod względem ekonomicznym i intelektualnym. Brakuje nie tylko kompetencji, ale i elementarnego zrozumienia dla potrzeb szkolnictwa. Można odnieść wrażenie, że część samorządowców tkwi w jakimś mentalnym średniowieczu, o czym świadczy kompromitujący poziom dyskusji na forum rad gminnych i miejskich oraz nonszalancja w posługiwaniu się przepisami prawa.

Abdykacja państwa w dziedzinie oświaty jest po prostu groźna dla całego systemu. Szkolnictwo prywatne może być równie dobre jak publiczne, a nawet i lepsze, zarówno w wymiarze efektywności procesu dydaktycznego i wychowawczego, jak i warunków pracy dla nauczycieli, ale pod niezbędnym warunkiem: szkoła musi być prowadzona przez podmiot, który nastawiony jest nie na zysk, ale na osiągnięcia. Problem w tym, że szkolnictwo niepubliczne w zdecydowanej większości przypadków jest traktowane jako biznes jak każdy inny, który ma generować zysk dla właściciela. Przekształcanie przez samorządy szkół publicznych w inny rodzaj – faktycznie prywatny – niemal zawsze oznacza poważne problemy, bo szkoła niedoinwestowana w ostatecznym rozrachunku zawsze wypadnie słabo. Pod pojęciem inwestycji należy rozumieć zarówno bazę materialną, jak i kadrową, a na tej oszczędza się najłatwiej.

Pozornie duży wpływ państwa na system kształcenia wcale nie jest taki oczywisty. Redukcja znaczenia kuratoriów oświaty stała się faktem. Samorządy kreują własną politykę kadrową, a obsada stanowisk dyrektorskich, mimo procedur konkursowych, coraz częściej nosi znamiona politycznego podziału łupów powyborczych. Lokalne wydziały edukacji w samorządach, zamiast skoncentrowania na sprawach czysto administracyjnych, oddziałują na kształt merytoryczny pracy szkół. Przykładem niebotycznego kuriozum jest deklaracja pewnej radnej z terenu województwa łódzkiego, że będzie „podnosić poziom kształcenia” w miejscowym zespole szkolno-gimnazjalnym. W jaki sposób??? Może wymieniając nauczycieli na politycznie „właściwszych”? Państwo nie może oddawać tak strategicznej dziedziny życia publicznego jak oświata w ręce domorosłych „reformatorów”!

Związkowcy, uczestniczący w 41. Krajowym Zjeździe Delegatów ZNP, zaapelowali do rządu i parlamentarzystów o wdrożenie regulacji, pozwalających zachować państwu nadzór nad polityką oświatową samorządów. Jest to odpowiedni moment, zanim zacznie się gorączka likwidowania szkolnictwa publicznego.

Traktat o fałszowaniu wyborów

Szerzące się przeświadczenie, że z wyborami samorządowymi było „coś nie tak” to symptom kryzysu zaufania obywateli nie tylko do władzy, ale w ogóle do państwa. Zwróćmy uwagę na niemal powszechną krytyczną ocenę fundamentalnych instytucji państwa: patologii w funkcjonowaniu mechanizmów demokracji, zabetonowania sceny politycznej, opieszałości i nieskuteczności wymiaru sprawiedliwości, nadgorliwości urzędów skarbowych, biurokracji i braku empatii na każdym szczeblu administracji, niewydolności publicznej opieki zdrowotnej itd. W konsekwencji zachodzą wszelkie okoliczności sprzyjające z jednej strony ekstremizmom grupek aktywistów, a z drugiej zaś – ogólnemu marazmowi obywatelskiemu, wynikającemu z niewiary w zmiany na lepsze.

Taki stan emocji społecznych w historii owocował rozmaitym fermentem: był pożywką dla mniej lub bardziej gwałtownych rewolucji oraz umacniał rządy autokratyczne. Dziś odwrót od demokracji w sercu Europy wydaje się niemożliwy, choć równie nieprawdopodobny przed paroma laty wydawał się scenariusz wojny we wschodniej Ukrainie czy aneksji Krymu przez Rosję. Wiek XXI też umie zaskakiwać negatywnie. Elity polityczne współczesnej Polski powinny to brać pod uwagę.

Polskie tradycje „liberum conspiro” niejako wypaczyły model „dobrego obywatela”, bo przecież przez dwadzieścia dekad trzeba było w jakimś sensie oszukiwać władzę – w dobrze pojętym interesie nie tylko własnym, ale narodowym. I tak właśnie, siłą rozpędu, w wolnej już Polsce konspiracja stała się jakby sportem narodowym, a myślenie w kategoriach konspiracyjnych – głównym źródłem objaśniania codzienności. Wielka w tym zasługa wszelkich wynaturzeń życia publicznego, mezaliansów polityczno-biznesowych i wszelkiej maści afer ujawnionych i niewykrytych. Po 25 latach wolności w umyśle przeciętnego Polaka elita polityczna nabrała kształtów systemu kanalizacyjnego: wiadomo, że jest, ale lepiej tam nie zaglądać. Co więcej, ustabilizował się potworny znak równości między tą ucudzysłowioną elitą a państwem – z niekorzyścią dla państwa, rzecz jasna. Czy w tym kontekście dziwi nas jeszcze skłonność do kontestowania państwa w imię odrodzenia Państwa?

Politycy nie odzyskają wiarygodności, jeśli nadal będą wyznawać filozofię – tu cytat z wicepremiera Piechocińskiego – „kolejności dziobania”. Obleganie koryta przestało być czynnością dyskretną. Hasła wyborcze, choć wypolerowane przez drogich specjalistów od PR, stały się mniej wiarygodne i bardziej ośmieszające system niż te wymalowywane na czerwono w latach rządów Władysława Gomułki i Edwarda Gierka. Tu już nie chodzi o te nieszczęsne wybory; tu chodzi o autorytet państwa! Za chwilę miejsce patriotyzmu zajmie skomercjalizowany kosmopolityzm. I coraz trudniej winić za to obywateli, bo ich poziom rozczarowań i frustracji jest dla rządzących w koalicji i opozycji raczej niewyobrażalny.

Co się stało z projektem głębokich reform aparatu władzy, dzięki któremu obecnie rządząca partia sięgnęła po władzę przed siedmioma laty? Dlaczego nie urzeczywistniono idei jednomandatowych okręgów wyborczych, które dałyby realne prawo wyborcze obywatelom, a nie kierownictwom partii? Gdyby w wyborach do sejmików województw obowiązywał system jednomandatowych okręgów nie byłoby tej powyborczej czkawki. Fakty są jednak takie, że upraszczanie czegokolwiek jest dla polityków nieopłacalne, a może i autodestrukcyjne. Z szumnych deklaracji (obietnic???) nic nie zostało. Okazuje się, że wybory można zafałszować wyłącznie przy pomocy haseł.

Jak zostać dyrektorem

Dziś inaugurujemy poradnikowy cykl „zrób to sam”, W pierwszym odcinku przedstawię Państwu prostą receptę na zrobienie zawrotnej kariery dyrektora szkoły podstawowej lub gimnazjum. Pierwszym krokiem będzie zostanie dyrektorem. To jest oczywiście banalnie łatwe. Po pierwsze, sprawdzamy w internecie lub lokalnej prasie (bo przecież nie w oficjalnym obwieszczeniu PKW, którego nadal nie ma…), kto został wójtem, burmistrzem lub prezydentem. Jeśli jest to kandydat partyjny należy niezwłocznie, najlepiej biegiem, udać się do gminnej siedziby partii i poprosić o kwestionariusz członkowski. Jeśli kandydat nie ma szyldu partyjnego, sprawdzamy, z jakim ugrupowaniem musi się sprzymierzyć w radzie gminy, by skutecznie rządzić. Po identyfikacji właściwej opcji stosujemy procedurę jak wyżej: im szybciej, tym lepiej. Analogicznie postępujemy, jeśli chcemy sobie dyrektorować w jakiejś szkole ponadgimnazjalnej, ale w tym przypadku musimy wyczekać na ułożenie konstelacji w radzie powiatu (uwaga – nie dotyczy miast na prawach powiatu!). Po zapisaniu się do partii cierpliwie czekamy na ogłoszenie konkursów na dyrektorów szkół, by natychmiast zgłosić swoją kandydaturę. Nasze szanse przekreślić może jedynie krewny włodarza, ale czasami włodarz nie ma tylu krewnych, by obsadzić wszystkie szkoły. I gotowe. Reszta zależy już od naszych autentycznych zdolności.

Nasza kariera może trwać cztery lata, ale przy założeniu, że elektorat będzie konserwatywny, leniwy lub łatwowierny okres ten może być wielokrotnością liczby „4”. W trakcie naszej kariery trzeba być na bieżąco z lokalną propagandą i naśladować we wszystkim naszego pana feudalnego. W żadnym wypadku nie należy spoufalać się z opozycją, np. zapraszając na uroczystości kogoś „niewłaściwego”. W ogóle wszystkie decyzje najlepiej uzgadniać z jakimś komisarzem politycznym, wtedy ryzyko wdepnięcia na minę przeciwdyrektorską będzie stosunkowo nikłe. W gabinecie można zawiesić okolicznościową fotografię, np. selfie z wójtem lub obraz wójta udzielającego personelowi pedagogicznemu wskazówek na temat poprawy wydajności (taki obraz można zamówić za pośrednictwem ambasady Korei Północnej, tylko Kim Dzong Unowi trzeba wymienić głowę na podobiznę wójta, zaczerpniętą np. z facebook’a). A gdy będą nadchodziły kolejne wybory, przyjmijmy pod swoje gościnne strzechy ze trzy tuziny kuzynów i ciotek, którzy pójdą zagłosować na naszego wójta. Wdzięczność murowana.

I to by było na tyle. Wszelkie podobieństwa do postaci rzeczywistych są nieprzypadkowe.

To nie jest wina komputera

    Recenzja wyborów samorządowych miała wyglądać inaczej. Przypadkowymi „bohaterami” okazali się jednak jurorzy tych wyborów w osobach członków PKW. Nieudolność systemu komputerowego, który nie pozwolił na sprawne podliczenie głosów, obnaża słabość kluczowych struktur państwa, które nie powinny przenigdy skompromitować się ani wzbudzać podejrzeń co do profesjonalizmu. Najsłabszym ogniwem nie okazał się jednak program komputerowy, lecz po raz kolejny – tzw. czynnik ludzki. Programistom zabrakło może czasu, może doświadczenia, a może wyobraźni. Decydentom zabrakło logiki w posługiwaniu się kalendarzem. Tłumaczenie się brakiem pieniędzy jest wybitnie żenujące w świetle informacji o podwyżce wynagrodzeń członków PKW o… „skromne” 100 procent. Ogólny poziom kontaktu PKW z mediami, a za pośrednictwem tychże – z obywatelami, pozostawia wiele do życzenia. Wizerunkowo jest tragicznie. Delikatnie uśpione grono smutnych panów, raz po raz prostujących własne wypowiedzi, staje się metaforą jakiejś niewytłumaczalnej nieskuteczności organów państwowych.

Krzyk ciszy (wyborczej)

Dawno, dawno temu, w czasach propagandy sukcesu – by zacytować mojego ulubionego XX-wiecznego filozofa Stanisława Bareję, jesień w Polsce była bardziej złota. Może w ten sposób dziejowa Sprawiedliwość wyrównywała atrakcje żywota między kapitalistycznym Zachodem i bardziej humanistyczną resztą świata. Prawdziwie złota jesień pozostaje więc wspomnieniem dzieciństwa, niemal tak wyraźnym jak kozaki marki „Relax” i niepodobna w smaku do niczego oranżada marki „Oranżada”.

Tegoroczna jesień znowu jest bardziej kolorowa dzięki przebogatej pstrokaciźnie materiałów wyborczych, wrastających w krajobrazy miast i wsi niczym kleszcz w skórę nieszczęsnego żywiciela. Powiewające radośnie płachty celulozy i plastiku zwiastują niechybnie to, co nas czeka w najbliższą niedzielę. Podziały w narodzie są tak głębokie, że cudem można nazwać fakt, iż po ulicach nie biegają szalikowcy poszczególnych kandydatów.

A propos kandydatów… Gdyby istniała partia ludzi, będących na bakier z ortografią i interpunkcją, to na podstawie samych tylko ulotek wyborczych można zaryzykować stwierdzenie, że skupiałaby zdecydowaną większość amatorów samorządowych apanaży. Zdziwił mnie fakt, że pewien kandydat-nauczyciel zapisał nazwę swojej „alma mater” małą literą. Pewna kandydatka też poszła tą drogą, ale dla odmiany nazwę kierunku studiów zapisała wielką literą – tak dla kontrastu. Kandydat na prezydenta napisał o sobie, że jest „Zgierzaninem”, bo „zgierzanin” to widocznie dla niego zbyt mało. Kandydatka do rady powiatu ułożyła o sobie rymowankę – szkoda, że koszmarną.

Niektórzy kandydaci przyjęli kurs na politykę prorodzinną. Chyba niepotrzebnie, bo na szczeblu samorządu kojarzy się to głównie z nepotyzmem. Prezentacje członków rodziny z imienia i wieku w żaden sposób nie obrazują kompetencji do zasilenia stanu osobowego danego gremium lub zasiadania w fotelu wójta, burmistrza czy prezydenta. Maniera podkreślania „cudowności” własnego potomstwa to strzał w stopę i dokładka w kolano, gdyż każdy człowiek jest przeświadczony o wyjątkowości swoich pociech. Aż dziw, że kandydaci nie dodają, że są jeszcze najlepszymi kierowcami.

Zdjęcie. Czasami bywa tak, że zaczyna się od wykonania kandydatowi fotografii, a na ulotce / plakacie / banerze widzimy już tylko obrazek. Dzieje się tak, gdyż po drodze do podobizny kandydata dobiera się grafik, często łączący swoje umiejętności obsługi komputera ze złudnym mniemaniem bycia ekspertem do PR. Miałem szczerą nieprzyjemność rozmowy z takim indywiduum, a konkluzja jego wywodów była następująca: partia przegrywa wybory, bo kandydat nie chce się retuszować „fotoszopem”… Szkoda, że taki „wszechwiedzący” mistrz marketingu politycznego nie zdaje sobie sprawy, że manipulowanie przy zdjęciach kandydata czyni go w oczach wyborców mniej wiarygodnym. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z upływu czasu, co maluje się na naszych obliczach. Ale przecież wybory samorządowe to nie wciskanie kremu odmładzającego. Tymczasem w skali kraju mamy ewenement; pewna pani kandydatka na prezydenta dużego miasta na billboardach przestała być podobna do siebie. Ot, ciekawy przypadek Benjamina Buttona po polsku i z kobietą w roli głównej: z kampanii na kampanię robi się coraz młodsza…

Niezależnie od tych wszystkich mniej lub bardziej odstręczających barw kampanii – idźmy na wybory i nie pozostawiajmy szansy dziwnym przypadkom.

PS. Niewtajemniczonych (są tacy???) uprzejmie informuję, iż tytuł dzisiejszego wpisu jest inspirowany odcinkiem serialu „Zmiennicy”, kiedy to Kasia alias Marian Koniuszko i pani sekretarka z wydawnictwa usiłują (bohatersko i jakże genderowo) ratować doceniony (w końcu!) rękopis umarłego dla świata, lecz żyjącego dla bliskich pisarza Oborniaka.

Wpis, którego nie powinno być

Można ubolewać, że Święto Niepodległości powoli zaczyna kojarzyć się z zadymą w Warszawie. To właśnie chuligańskie popisy zdominowały obraz tego dnia. Może nawet należy powiedzieć, że go zepsuły. Uliczne awanturnictwo kompromituje Polskę poza granicami i bez wątpienia napawa radością tych, którzy nam źle życzą. Nie ma powodów, dla których można choć odrobinę pobłażać tego rodzaju ekscesom.

Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz wyznała, że gdyby prawo jej na to pozwalało. to zakazałaby Marszu Niepodległości. Czy taka prewencja rodem z byłego systemu przystoi jednemu z liderów partii rządzącej demokratycznym krajem? Byłby to klasyczny przykład wylewania dziecka z kąpielą. Na podobnej zasadzie można zakazać ruchu pojazdów, gdyż biorą one udział w wypadkach. Trudno doprawdy zrozumieć, dlaczego rządzący demonstrują kompletną bezsilność. Może to taktyka nazywana zarządzaniem kryzysem, kiedy ów kryzys jest sprzymierzeńcem rządzących, bo pozwala odwracać uwagę społeczeństwa od ważniejszych spraw? Czy tak trudno wyegzekwować prawne konsekwencje od winowajców – prowodyrów i czynnych uczestników zamieszek? Niech płacą za wyrządzone przez siebie szkody i pokrywają koszty asysty policji, pogotowia i innych służb. Byłby to zarazem odstraszający innych przykład skuteczności prawa: nie takiej czy innej koalicji rządzącej, ale powszechnego PRAWA.

Można być w opozycji, mieć odmienne poglądy i oceny rzeczywistości, a jednocześnie okazywać szacunek SWOJEMU państwu. Jeśli ktoś uważa, że krytycyzm wobec władzy zwalnia go od powinności obywatelskich, respektowania prawa, troski o dobro publiczne, to idzie drogą do Targowicy.

Minister w krainie czarów

„Im dłużej jestem ministrem tym lepiej wiem, że z naszą edukacją jest bardzo dobrze” – powiedziała dziś Joanna Kluzik-Rostkowska (cytat za www.glos.pl). Bardzo dobrze. Dostatecznie.

Jak to bardzo dobrze być ministrem, który wie, że jest bardzo dobrze. Dzięki temu ów minister może skupić się tylko na tym, żeby nie było gorzej, więc ma mniej pracy od tych ministrów, którzy mają dostatecznie lub tylko dobrze. Taki minister może być prymusem wśród innych, a w swoim tornistrze to może znaleźć jeszcze buławę marszałkowską, jak minister Sikorski. Choć precyzyjnie rzecz ujmując, w przypadku tego ostatniego chodzi o laskę marszałkowską.

Jest tak bardzo dobrze, że nie ma mowy o podwyżkach dla nauczycieli w przyszłym roku. Po co dawać im podwyżki, skoro i tak jest już bardzo dobrze? Przecież są dostatecznie zmotywowani perspektywą bezrobocia. Chyba, że jest w tym jakieś drugie dno, bo to pierwsze wszyscy widzą. Drugie dno może być podszyte pi-arem. Może będzie to klasyczny wątek dobrego i złego gliniarza? Złym byłaby – pardon – Pani Minister, a dobrym – Pani Premier, która w ostatniej chwili przed przyszłorocznymi wyborami zapowiedziałaby szczerą chęć podwyżek w 2016 roku, jeżeli… Pani Premier uśmiechnie się przy tym dobrodusznie, a Pani Minister pomyśli: „nu pagadi!”, patrząc ukradkiem na Kartę Nauczyciela.

A zatem: w edukacji jest bardzo dobrze. Tak przynajmniej twierdzi dwór, spoglądając na krzątaninę poddanych z perspektywy pałacowych okien.

Coś strasznego

W kalendarzu imprez niektórych polskich szkół i przedszkoli pojawiło się wydarzenie pod tytułem Halloween (z jęz. ang. – wigilia Wszystkich Świętych). Ilekroć o tym słyszę, zasmuca mnie kondycja intelektualna inicjatorów tego rodzaju przedsięwzięć. Nie rozumiem tego przeszczepiania nieadekwatnych kulturowo wzorców i niemądrej propagandy obcej popkultury. Mam wrażenie, że organizatorzy na siłę szukają punktów rzekomo uatrakcyjniających rok szkolny. O ile nie dziwi mnie temat Halloween na zajęciach języka angielskiego, bo wpisuje się on w poznawanie kultury – w tym przypadku głównie amerykańskiej, to już przesadą są ogólnoszkolne „przebierańce” czy ozdabianie sal rozmaitymi gadżetami, podpatrzonymi z amerykańskich filmów i seriali. A to, niestety, ma miejsce…

Wybitnie rozrywkowy Halloween na polskim gruncie (to określenie samo w sobie jest już śmieszne) wchodzi w silną kolizję z tradycją kultywowania dnia Wszystkich Świętych i Zaduszek jako czasu pamięci, refleksji, wyciszenia, hołdu dla Nieobecnych, jakiejś uniwersalnej lekcji pokory wobec nieuchronności przemijania. Taki styl celebracji dni 1 i 2 listopada jest głęboko zakorzeniony w naszym kręgu cywilizacyjnym, a w naszym kraju w sposób szczególny. Generalnie Polakom nie przychodzi do głowy naśladowanie w tym względzie np. mieszkańców Meksyku, którzy groby bliskich zamieniają w tym czasie w biesiadny stół. Może dlatego, że Meksyk nie ma instrumentu globalnej propagandy w postaci Hollywood.

O ile mogę zrozumieć podatność dzieci czy nawet młodzieży na sięganie po ikony popkultury „made in USA”, to postawa pedagogów animujących Halloween jest nie do obronienia. Ciekawe, czemu ci sami nauczyciele nie urządzają w szkołach obchodów świąt kalendarza chińskiego. Podejrzewam, że mniejszość amerykańska i chińska w polskich placówkach jest porównywalna co do wielkości.

Nie oprę się pokusie, by nie przeciwstawić niemądrym pomysłom miłośników Halloween wzorców godnych naśladowania. W ostatnich dniach dało się zauważyć szkolne wycieczki na cmentarze i do miejsc pamięci. To budujące świadectwo wartościowej pracy wychowawczej. Na naszych nekropoliach nie brakuje nagrobków całkowicie zapomnianych, a gest jednorazowej choćby w skali roku pamięci i bezinteresownej troski jest głęboko humanistyczny. Jest też wiele mogił żołnierskich, często bezimiennych, także skrywających szczątki Niemców, Rosjan i innych narodowości; te miejsca zachowują się niejednokrotnie dzięki pracy społecznej. Warto o nich pamiętać, choćby dlatego, że mogą być scenografią niepowtarzalnej lekcji historii i tolerancji.

Halloween łączy w sobie elementy obecne w naszej kulturze i folklorze, ale coraz intensywniej wypierane, a mianowicie wieczory andrzejkowe, karnawałowe maskarady i ostatkowe korowody przebierańców. Może zatem warto postawić w szkołach na rodzime tradycje, a nie bezrefleksyjny import cudzych?