Miesięczne archiwum: Październik 2014

Memento…

Jutro dzień Wszystkich Świętych. Dzień refleksji, zadumy, pamięci… Niech wprowadzeniem do tej chwili skupienia w nieustannym biegu będzie wiersz Zygmunta Lorentza…

 

POŻEGNANIE Z SOBĄ

 

Więc żegnam, pana, żegnam,

Szanowny panie X.

Pomiędzy mną a tobą

Niebawem popłynie Styks.

 

I ty się będziesz wspinał

Na tęcze i promienie,

A ja znużony wpełznę

Pod grudę i kamienie.

 

I ty pozornie grać będziesz

Z nieśmiertelnymi w palanta,

A ze mnie wtedy wyrośnie

Zwykła zielona Planta.

 

I ciebie kiedyś ktoś młody

Wyłuska z rytmicznych oznak,

A ja będę zwykłym kwiatkiem

I nikt mnie w tym odzieniu

                     Nie pozna…

 

O AUTORZE. Zygmunt Lorentz (1894-1943) – historyk i pedagog, wychowawca, nauczyciel w Gimnazjum Miejskim im. Józefa Piłsudskiego w Łodzi, wykładowca Wolnej Wszechnicy Polskiej, założyciel i pierwszy prezes Oddziału Łódzkiego Polskiego Towarzystwa Historycznego, inicjator „Rocznika Łódzkiego”, członek Zarządu Okręgu Łódzkiego Związku Nauczycielstwa Polskiego. Społecznik. Prekursor edukacji regionalnej. Zamęczony przez hitlerowców w więzieniu – jako konspiracyjny kurator – szef wojewódzkiej Komisji Oświaty i Wychowania w strukturach podległych Delegaturze Rządu na Kraj.

W zbiorach Muzeum Oświaty Ziemi Łódzkiej znajduje się unikatowa kolekcja niemal nikomu nieznanych i niepublikowanych wierszy Z. Lorentza z lat 20. XX w. Niewiele brakowało, żeby nikt Lorentza w tych słowach nie poznał…

Morfologia Polski: wstydliwy odcień błękitu

Kanwą dzisiejszych rozważań jest lektura nekrologów. W obliczu rzeczy ostatecznych ludzie odczuwają zrozumiałą potrzebę dokonania bilansu osiągnięć. Często przybiera ona kształt listy tytułów i stanowisk, co wydaje się w pełni uzasadnione. Ostatnio miałem jednak sposobność przeczytania nekrologu akcentującego arystokratyczne pochodzenie Zmarłego i jego krewnych, którzy podpisali epitafium. Konkretnie chodziło o tytuł hrabiowski.

Wszelkie tytuły szlacheckie (dalej będzie zastrzeżenie do tego sformułowania) zostały formalnie zniesione u zarania Drugiej Rzeczypospolitej. Mimo to nieoficjalnie utrzymała się tytulatura rozmaitych „hrabiów”, „baronowych”, „księżnych” etc., zwłaszcza w życiu towarzyskim polskich elit międzywojnia. W Polsce Ludowej było to nie do pomyślenia, więc arystokraci „wymarli” w sensie tytularnym, tudzież obnosili się tytułami na emigracji. W latach 90. ubiegłego wieku nastąpił jednak renesans tytułomanii i odżyły tęsknoty neomagnackich dziedziców.

Tymczasem używanie wspomnianych przykładowo tytułów arystokratycznych w Polsce to – pardon za plebejskie określenie – obciach. W Polsce nie było zwyczaju nadawania tytułów szlacheckich, a jedynym wyjątkiem – poza książętami piastowskimi, „rozmnożonymi” ponad standardy linii panującej w okresie rozbicia dzielnicowego – stanowią kniaziowie litewscy, którzy podpisali się pod aktem unii lubelskiej (1569), i niejako w nagrodę (lub rekompensatę) uzyskali dziedzicznie tytuły książęce. Przykład: Radziwiłłowie. Inne tytuły (hrabiów, baronów etc.) to nadania OBCYCH WŁADCÓW. Za jakież to zasługi nadawali obcy władcy polskim rodom takie tytuły – to już inna sprawa. Czasem nawet wstydliwa i niepatriotyczna, zwłaszcza, że większość nadań przypadła na okres upadku Rzeczypospolitej w XVIII stuleciu oraz na czasy niewoli narodowej. Aha, jest jeszcze inna duża grupa utytułowanych – arystokratów nowobogackich, którzy kupili tytuły wraz z majątkami lub nawet bez nich, niekiedy w okazyjnej wręcz cenie.

Tytuły szlacheckie w XXI w. są żenującym reliktem ciemnoty i pamiątką po czasach apoteozy społecznej krzywdy. Jedyną zasługą współczesnych ich posiadaczy jest fakt, że się urodzili. Inaczej rzecz się ma z tytułami, które człowiek uzyskuje bezpośrednio za sprawą swojej pracy i aktywności, np. na polu nauki. Naturalnie w wielu współczesnych monarchiach kontynuuje się ową snobistyczną manierę ze słusznie minionych epok, choć staje się ona coraz bardziej częścią folkloru. Osobliwe znaczenie mają brytyjskie tytuły szlacheckie, przyznawane przez królową za konkretne zasługi i dokonania, co z kolei bardziej odpowiada idei odznaczeń państwowych.

Balansowanie na krawędzi śmieszności na ogół jest nieszkodliwe, ale w pewnych sytuacjach komizm bywa niestosowny.

W hołdzie Nauczycielom 1939-1945

Dziś w Łodzi miały miejsce ogólnopolskie obchody 75. rocznicy powstania Tajnej Organizacji Nauczycielskiej, zorganizowane przez Zarząd Główny Związku Nauczycielstwa Polskiego i Zarząd Okręgu Łódzkiego ZNP. W tej niezwykłej uroczystości szczególnie poruszający okazał się przekaz świadków historii. Na zgromadzonych wielkie wrażenie wywarły wspomnienia Pani Brygidy Fiszer z Łasku, nauczycielki tajnego nauczania, która zaszczyciła organizatorów swoją obecnością. Z kolei z archiwalnego nagrania rozbrzmiał raz jeszcze głos Pani Zofii Skalskiej, wspominającej swoją pracę pedagogiczną w obozie koncentracyjnym.

Zainspirowany refleksjami mojego bardziej doświadczonego w sztuce blogowania Kolegi Dariusza Chętkowskiego (tutaj: link) pozwalam sobie zaprezentować obszerne fragmenty referatu, który miałem zaszczyt wygłosić.

75. ROCZNICA POWSTANIA TAJNEJ ORGANIZACJI NAUCZYCIELSKIEJ

Edukacja jest fundamentem cywilizacji i warunkiem rozwoju społeczeństw. Wszystkie osiągnięcia człowieka na przestrzeni dziejów są następstwem procesu poznawczego, polegającego na międzypokoleniowej wymianie doświadczeń i wiedzy. Najefektywniej dokonuje się to za sprawą szkolnictwa. To właśnie z tych oczywistych powodów edukacja stała się jednym z pól bitewnych II wojny światowej.

W dniu 1 września 1939 r. w większości polskich szkół odbyły się zaplanowane wcześniej posiedzenia rad pedagogicznych. Dzień ten przypadł w piątek, więc rozpoczęcie roku szkolnego miało nastąpić dopiero w poniedziałek 4 września. Na ten moment czekało ponad 5 milionów uczniów i słuchaczy oraz ponad 100 tysięcy nauczycieli wszystkich typów szkół. Jednak rok szkolny 1939/1940 oficjalnie nigdy się nie rozpoczął.

Odroczenie rozpoczęcia zajęć z powodu napaści hitlerowskiej nie było dla nikogo zaskoczeniem. Zaskoczeniem było natomiast tempo pochodu armii niemieckiej, niewypełnienie zobowiązań sojuszniczych przez Francję i Wielką Brytanię, wkroczenie Armii Czerwonej 17 września i wreszcie ucieczka konstytucyjnych władz Rzeczypospolitej Polskiej tej samej nocy.

Miarą barbarzyństwa agresorów było prowadzenie wojny przeciw ludności cywilnej. Nie zakończyła się ona z chwilą ustania regularnych działań zbrojnych. Co więcej, przyjęła kształt planu metodycznej eksterminacji elit społeczeństwa polskiego. Masowe aresztowania przedstawicieli inteligencji oraz ich izolacja bądź likwidacja miały ułatwić okupantom degradację ludności zajętego przez nich państwa. Ofiarami tego planu stali się także nauczyciele – najliczniejsza grupa zawodowa polskiej inteligencji, zwłaszcza ci łączący pracę zawodową z działalnością społeczną, polityczną, kulturalną. W gronie aresztowanych, a następnie rozstrzelanych jesienią 1939 r. znalazł się prezes Okręgu Łódzkiego ZNP senator Tomasz Wasilewski.

Już w pierwszym zarządzeniu władz niemieckich z września 1939 r. zawarty był nakaz „dalszego pełnienia służby” przez polskich urzędników, a do kategorii funkcjonariuszy państwowych należeli także nauczyciele. W istocie była to pułapka, zastawiona na polskie elity, pozwalająca Niemcom na przeprowadzenie bez większego wysiłku masowych aresztowań, takich jak akcja zatrzymania 183 krakowskich profesorów w dniu 6 listopada 1939 r.

Tereny okupowane przez Niemców zostały zorganizowane dwojako: część ziem włączono do granic Trzeciej Rzeszy, a pozostałą część – nazwaną Generalnym Gubernatorstwem – objęto odrębnym statusem. Ziemie przyłączone w nieodległej perspektywie czasowej miały być zupełnie oczyszczone z ludności polskiej, a jej miejsce mieli zająć niemieccy osadnicy. Wiązało się to z bardziej bezwzględną polityką wobec Polaków. Z kolei Generalne Gubernatorstwo miało być rezerwuarem taniej, niewykwalifikowanej siły roboczej, całkowicie podporządkowanej „rasie panów”. Te dwie wizje przyszłości dla terenów okupowanych różnicowały modele szkolnictwa, stworzone przez nazistów. Odrębny temat stanowi okupacja radziecka, nie mniej destrukcyjna, w której szkoły przekształcono w instrument propagandy komunizmu i – jak pisał Czesław Miłosz – zniewalania umysłów.

Jesienią 1939 r. na terenie Kraju Warty nauczyciele otwierali szkoły powszechne wszędzie tam, gdzie było to możliwe (pamiętajmy, że budynki szkolne masowo zajmowało wojsko). Działały one tylko do marca 1940 r., kiedy decyzją władz zostały formalnie zamknięte. W ich miejsce pojawiły się Szkoły ludowe dla polskich dzieci, naturalnie z niemieckim językiem nauczania. Głównym celem tych placówek była germanizacja i przysposobienie do roli, jaką przewidziano w hitlerowskim imperium dla narodów podbitych. Dzieci miały się uczyć podstaw języka niemieckiego, pozwalających na rozumienie ustnych i pisemnych poleceń i instrukcji toku pracy, czterech podstawowych działań arytmetycznych oraz znajomości wag i sposobu ich zapisywania. Nauka w wymiarze 6-12 godzin tygodniowo trwała przez okres 3-5 lat. Kadrę stanowili Niemcy bez kwalifikacji pedagogicznych, a często i ogólnego wykształcenia, przedstawiciele różnych zawodów (np. rolnicy). Na jednego „nauczyciela” przypadało 150-200 uczniów. Faktycznie naukę zastępowała praca fizyczna w polu (zbieranie owoców, kamieni), wymuszana brutalnymi metodami „wychowawczymi”. Nic dziwnego, że z usług takich „szkół” Polacy nie chcieli korzystać – objęły one ok. 12 % polskich dzieci.

Jeśli chodzi o Generalne Gubernatorstwo, sytuacja była lepsza. Wprawdzie polscy nauczyciele mieli być usunięci ze szkół powszechnych, ale do realizacji tego zadania zabrakło Niemcom kadr. Nawet na terenie właściwej Rzeszy nauczycielami bywali w tym okresie absolwenci gimnazjów bez specjalnego przysposobienia, ale za to z legitymacją NSDAP lub przynajmniej Narodowosocjalistycznego Związku Nauczycieli, który zrzeszał  97 % tamtejszego środowiska zawodowego. Doraźnie więc w szkołach Generalnego Gubernatorstwa następowało ograniczenie liczby godzin zajęć, rewizja programów nauczania pod kątem wyeliminowania niepożądanych zagadnień, np. historii czy literatury polskiej. Mimo to zdarzały się przypadki obchodzenia zakazów i przechytrzania administracji okupacyjnej. Do końca 1939 r. nastąpiła za to całkowita likwidacja szkolnictwa średniego – możliwość kontynuacji nauki straciło ponad 265 tys. gimnazjalistów i licealistów. Podobny los spotkał studentów szkół wyższych.

Władze Trzeciej Rzeszy – jak w każdym reżimie niedemokratycznym – nie promowały wykształcenia nawet wśród własnych obywateli, stawiając na wychowanie w duchu indoktrynacji i bezkrytycznego posłuszeństwa. Ten sam efekt chciano uzyskać w odniesieniu do ludności podbitej, dodatkowo pozbawiając ją poczucia tożsamości narodowej i świadomości historycznej. Na tle masowego terroru, zbrodni i okrucieństw, popełnianych przez okupanta w stosunku do ludności cywilnej, faktyczna likwidacja szkolnictwa jawi się jako dopełnienie metodycznej destrukcji społeczeństwa polskiego. W istocie były to wyrafinowane działania, zmierzające do zatarcia wszelkich śladów polskości tak w wymiarze materialnym, jak i duchowym.

Było to oczywiste dla przedstawicieli środowiska nauczycielskiego, którzy spontanicznie zaczęli organizować z inicjatywy własnej lub zainteresowanych osób tajne komplety lub indywidualne lekcje.

Organizacja tajnego nauczania przebiegała dwutorowo: jako inicjatywy indywidualne, oddolne, oraz z czasem działania skoordynowane w ramach struktur Polskiego Państwa Podziemnego i organizacji konspiracyjnych. W poszczególnych częściach okupowanej Polski w różnym czasie i z różnym powodzeniem kształtowała się siatka konspiracyjna, zhierarchizowana na wzór obowiązującego przed wojną systemu administracji szkolnej i trójstopniowego podziału administracyjnego. Na czele stał Departament Oświaty i Kultury Delegatury Rządu na Kraj, noszący kryptonimy „Pochodnia” i „Tęcza”, a podlegały mu wojewódzkie, powiatowe i gminne komisje oświaty i wychowania. Dyrektorem Departamentu od chwili jego powstania był Czesław Wycech – nauczyciel, działacz ruchu ludowego, członek ścisłego kierownictwa przedwojennego ZNP.

Zasięg konspiracyjnej administracji szkolnej był zróżnicowany. Można uznać, iż sankcjonowała ona niezależną aktywność samych nauczycieli, gwarantując niejako uznanie efektów ich pracy w przyszłej wolnej Polsce.

Swoistym szkieletem konspiracyjnej edukacji stała się natomiast Tajna Organizacja Nauczycielska, czyli działający pod tym kryptonimem od października 1939 r. Związek Nauczycielstwa Polskiego. Przypomnijmy, iż był to największy związek zawodowy nauczycieli, zarazem jedna z największych organizacji związkowych w Drugiej Rzeczypospolitej – najliczniejsze, bo aż ponad 50-tysięczne zrzeszenie polskiej inteligencji. W warunkach okupacji liderzy związkowi błyskawicznie wypracowali koncepcję działania, opartą na dwóch zasadniczych celach: organizacji siatki konspiracyjnej i tajnego nauczania oraz organizowaniu pomocy koleżeńskiej. Działania były prowadzone w oparciu o dotychczasowy model struktur okręgowych, oddziałowych i ogniskowych.

Na czele TON stało pięcioosobowe kierownictwo, funkcjonujące pod kryptonimem „Centralnej Piątki” – byli to członkowie przedwojennego Prezydium Zarządu Głównego ZNP:

prezes Zygmunt Nowicki (1881-1944) – gospodarz zjazdu w Pilaszkowie w 1905 r., który dał początek naszej organizacji, dwukrotnie wybierany do Sejmu II RP – zginął w czasie powstania warszawskiego;

Kazimierz Maj – redaktor „Głosu Nauczycielskiego”; wybrany przez delegatów w 1945 r. na prezesa ZNP;

Wacław Tułodziecki – szef przedwojennego Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, a po wojnie – dyrektor Instytutu Głuchoniemych w Warszawie i minister oświaty w latach 1959-1966;

Teofil Wojeński – dyrektor gimnazjum, współzałożyciel Towarzystwa Oświaty Demokratycznej Nowe Tory; po wojnie – profesor Uniwersytetu Warszawskiego i prezes ZNP w latach 1956-1960;

wreszcie wspomniany wcześniej Czesław Wycech – dyrektor Departamentu Oświaty i Kultury w Delegaturze Rządu na Kraj (1941-1945); pełniący obowiązki szefa TON w latach 1944-1945; po wojnie – minister oświaty w Rządzie Jedności Narodowej, a w latach 1959-1971 marszałek Sejmu.

To właśnie na ogniwach organizacyjnych największego zrzeszenia zawodowego nauczycieli opierały się gminne, powiatowe i wojewódzkie komisje oświaty i wychowania, podległe Delegaturze Rządu na Kraj. Gros lokalnych organizatorów i koordynatorów tajnego nauczania stanowili najaktywniejsi członkowie przedwojennych oddziałów ZNP.

Uosobieniem swoistej symbiozy struktur państwowych i związkowych w zakresie tajnego nauczania, obok przywołanego już Czesława Wycecha, jest postać znamienitego historyka i pedagoga z Łodzi, Zygmunta Lorentza, nauczyciela w Gimnazjum Miejskim i wykładowcy Wolnej Wszechnicy Polskiej, społecznika i regionalisty, członka przedwojennego Zarządu Okręgu Łódzkiego ZNP. W czasie okupacji zajął się on tajnym nauczaniem, a w 1943 r. został mianowany konspiracyjnym kuratorem w Okręgu Łódzkim. W tym samym roku został aresztowany przez gestapo i niebawem w bestialski sposób zamęczony w więzieniu. Biografia tego heroicznego, wiernego do końca swojemu powołaniu pedagoga, jest egzemplifikacją losów tysięcy polskich nauczycieli – ofiar zbrodniczych totalitaryzmów.

W tajnym nauczaniu zaangażowanych było bardzo wiele organizacji konspiracyjnych oraz osób niezrzeszonych; wszyscy oni na równi zasługują na naszą pamięć i hołd. Należy jednak podkreślić, że TON wyróżniała się efektywnością i skalą działania, gdyż praktycznie w każdej gminie istniały ogniwa ZNP – TON. W przeciwieństwie do rozbitej administracji państwowej, która w podziemiu musiała być tworzona praktycznie od nowa, komórki organizacyjne ZNP zachowały aktywność i łączność między sobą. Czynnikiem sprzyjającym temu były wieloletnie kontakty koleżeńskie i dobra znajomość środowiska. Na plan dalszy schodziła kwestia hierarchii, ponieważ nie miała ona realnego przełożenia na działalność TON, która była sumą aktywności członków oraz inicjatyw organów kierowniczych przedwojennego ZNP.

Znaczącą rolę odgrywały osoby, które można określić mianem koordynatorów lub łączników między nauczycielami zaangażowanymi w tajne nauczanie. Były to postaci cieszące się w lokalnym środowisku autorytetem i zaufaniem, jak np. dr Stefania Kuropatwińska – twórczyni i dyrektorka Państwowego Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego w Zgierzu. Do zadań takich osób należało m.in. dystrybuowanie zasiłków pieniężnych w ramach samopomocy koleżeńskiej. Zazwyczaj pochodziły one ze składek, tzw. opodatkowania nauczycieli pracujących na rzecz bezrobotnych i niezdolnych do pracy. W ten sposób przypominamy kolejną płaszczyznę aktywności znacznej części środowiska pedagogicznego, które w obliczu powszechnej biedy potrafiło zdobyć się na jakże wymierną solidarność.

Warto odnotować, że w podziemiu oświatowym znaleźli się też przedstawiciele zupełnie innych – niepedagogicznych – profesji, którzy uczyli z wielkim zaangażowaniem. Trzeba również pamiętać, jak wielka musiała być cywilna odwaga wszystkich nauczycieli tajnego nauczania, którzy podjęli się tej pracy ze świadomością, jak wiele ryzykują – nie tylko losem swoim, ale i swoich bliskich.

Choć tajne nauczanie było jakże ważną i realizowaną na ogromną skalę formą walki z okupantem, społeczna świadomość tego obywatelskiego ruchu oporu wciąż pozostawia niedosyt. ZNP jako strażnik tej pamięci od lat podejmuje liczne inicjatywy, aby ocalić od zapomnienia swoisty testament naszych poprzedników, zapisany bohaterskimi czynami, a nierzadko okupiony życiem. Służą temu m.in. przedsięwzięcia wydawnicze – jak pisał Horacy „exegi monumentum” – wieczny pomnik ludzi utrwalonych na kartach historiografii; najnowszym z nich jest wydana przez Okręg Łódzki ZNP książka przewodniczącej Okręgowej Komisji Historycznej, Jadwigi Czech.

Dzień Edukacji Narodowej

Wszystkim, którzy poczuli moc pedagogicznej kreacji, dedykuję wiersz Kazimierza Wierzyńskiego, opublikowany 95 lat temu, i dołączam życzenia: owocnej pracy i powołania do niej.

 

„Gdzie nie posieją mnie – wyrosnę,

Nigdzie mnie nie ma, jestem wszędzie,

Na białym śniegu sadzę wiosnę

I wciąż śpiewają me łabędzie.

 

Jedyna prawda ma w kaprysie:

Choć ten sam – zawsze jestem inny,

Kocham me każde widzimisię

I żyję sobie wciąż dziecinny.

 

Tak długo w wino zamieniam wodę,

Aż mi się urwie ucho dzbanka;

Wtedy pić będę mą pogodę

Ja: uśmiech, traf i niespodzianka.”

Ocalić od zapomnienia

W dniu 10 października w wypełnionym po brzegi łódzkim Klubie Nauczyciela odbyło się spotkanie autorskie, promujące książkę Jadwigi Czech „Ocalić od zapomnienia. Sylwetki nauczycieli tajnego nauczania w latach 1939-1945″, wydaną przez Zarząd Okręgu Łódzkiego Związku Nauczycielstwa Polskiego. Publikacja prezentuje w zarysie biogramy jedenastu osób: Scholastyki Borowińskiej, Marii Brody, Antoniny Chrzczonowicz, Stanisławy Kabalskiej, Jadwigi Krasickiej, Kazimiery i Jana Marczyńskich, Jadwigi Moniewskiej, Zofii Skalskiej, ks. Jana Warczaka i Anny Zalewskiej. Jest to kolejne opracowanie, poświęcone pedagogom, którzy z narażeniem życia prowadzili konspiracyjnie zajęcia z dziećmi i młodzieżą w czasie II wojny światowej – po serii wydawnictw „W szkołach, których nie było”, przygotowywanych pod kierunkiem Kaziemierza Szeflińskiego. W ten sposób ZNP pielęgnuje pamięć o zapomnianych bohaterach, a przecież ich dzieło było równie ważne dla walki o zachowanie polskości i tak samo ryzykowne, jak walka z bronią w ręku. Trzeba o Nich pamiętać – jesteśmy Im to winni.

Anioły i demony

„Szkoła przetrwania” – pod takim tytułem piątkowa „Gazeta Wyborcza” (3 X 2014, s. 1) opisuje problem przemocy w polskich szkołach. Asumptem do publikacji stała się kolejna uroczysta odsłona rządowego programu „Bezpieczna i przyjazna szkoła”. Programy brzmią pięknie, zwłaszcza ujęte w majestatyczne ramy konspektów i urzędniczej nowomowy.

A propos… Oczekiwane rezultaty realizacji programu to m.in. „zwiększenie liczby działań, potencjału i zasobu szkół na rzecz tworzenia bezpiecznego i przyjaznego środowiska szkoły”. Czy naprawdę liczba działań ma tu kluczowe znaczenie? Istotniejsza wydaje się być efektywność, jakość tej pracy, a nie powielanie działań na kilogramy. Jeśli tak stawiamy sprawę, to efektem programu staje się wytworzenie kolejnych kilometrów dokumentów, które znajdą jedynych czytelników w osobach kontrolerów i wizytatorów. Innym efektem ma być „ustabilizowanie trendów LUB zmniejszenie zakresu i nasilenia problemów oraz zachowań problemowych dzieci i młodzieży”. Mój problem polega na tym, że już sam cytat uważam za „problemowy”. Czy coś pozytywnego płynie z „ustabilizowania trendów problemów”? Trendy przecież nie muszą wcale być dobre, więc po co takowe „stabilizować”?!!! Tymczasem problemy tworzy współczesny świat. Dwie dekady temu nie było sklepów z dopalaczami, pornografii na wyciągnięcie ręki czy urządzeń do filmowania w każdej uczniowskiej kieszeni. Problemy kreuje i modyfikuje otaczająca nas cywilizacja, a w pewnym sensie pozostają one nieprzewidywalne. Dynamika zmian w wymiarze społecznym i technologicznym nie może być sztucznie zahamowana jakimkolwiek rządowym programem. Pedagog jest od tego, żeby problemy błyskawicznie diagnozować i rozwiązywać, i to jest istota wyzwań współczesnego wychowania.

 Programem zajmował się będzie „Zespół Koordynujący”, a w nim przedstawiciele tak wychowawczych instytucji jak… Agencja Rynku Rolnego. Szkoda, że nie zaproszono czynnych pedagogów i ekspertów z organizacji pozarządowych. Wówczas ten „speckomitet” zyskałby na efektywności i wiarygodności. Dobrze jest, kiedy prowadzeniem pociągów zajmują się maszyniści, a nauczaniem i wychowaniem – nauczyciele,a nie na ten przykład dziennikarze czy PR-owcy. Model północnokoreański, w którym „władza wie najlepiej”, średnio pasuje do niedocenianego stanu świadomości naszego środowiska.

Gorąco popieram pomysł podnoszenia poziomu przygotowania pedagogicznego i inwestowania w mądre formy doskonalenia zawodowego. „Przemocowa” infolinia dla nauczycieli raczej nie ma perspektyw, bo rozwiązywanie konkretnych problemów wymaga znajomości indywidualnych przypadków. Nie ma żadnej „złotej recepty”, i do tego jeszcze „na telefon”. W kontekście zakładanego rozmachu programu, który ma status uchwały Rady Ministrów, 6-milionowy budżet na lata 2014-2016 prezentuje się nader skromnie.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ma zafundować szkołom monitoringi. Reanimacja pomysłu ministra Romana Giertycha kojarzy się nie ze szkołą „przyjazną”, ale z obozem ucząco-wychowawczo-świetlicowym dla nieletnich. A recepta na problemy jest taka prosta… Zamiast zamykać szkoły, a uczniów upychać w przepełnionych klasach i tanich w utrzymaniu szkołach-molochach, wystarczy postawić na racjonalną liczebność oddziałów i wielkość szkół. Nie bez przyczyny hasło indywidualizacji znalazło się w cieniu obserwacji, rejestracji, kontroli i gromadzenia materiału dowodowego. A przecież bardziej opłaca się przyzwoita edukacja niż resocjalizacja.

Fanom monitoringu przypominam, że nie da się śledzić ucznia przez 24 godziny na dobę, a przecież wiele zachowań agresywnych rozgrywa się w miejscach i czasie nieuchwytnych dla kamer. Monitoring rejestruje na ogół tylko obraz, i to np. z perspektywy szkolnego korytarza. Wymiana zdań czy sms-ów pozostaje poza możliwością kontroli. Kamera nie zastąpi też dyżurów nauczycielskich, bo reakcja na spontaniczną, wynikającą z afektu, potencjalnie niebezpieczną sytuację  musi być natychmiastowa. Fundamentem wychowania jest więc mozolna, benedyktyńska praca organiczna i u podstaw nad kształtowaniem charakterów młodych ludzi, aby czynnikiem powstrzymującym ich od agresji był system wartości i wyznawanych zasad, a nie kamera. Nie łudźmy się: to jest trudna praca dla profesjonalistów, a nie „odbębnianie” godzin. Jeśli ktoś tego nie rozumie to powinien zmienić zawód, bo mimowolnie staje się szkodliwy społecznie.

Zachowania nacechowane przemocą fizyczną lub psychiczną są wpisane w naturę ludzką. Nie da się ich uniknąć ani też nie doświadczyć choćby incydentalnie. Szkoła to istny poligon. Cała sztuka polega na tym, aby nauczyciele potrafili sobie radzić z tym nieokiełznanym żywiołem, żeby spędzali czas z uczniami, a nie z papierem.