Miesięczne archiwum: Sierpień 2014

Los Karty Nauczyciela uzależniony od wyniku wyborów

Dziś w porannej audycji radia TOK FM minister edukacji narodowej nazwała Kartę Nauczyciela „dokumentem stanu wojennego”. Gdyby pani minister posiadała przydatne na swoim stanowisku kwalifikacje pedagogiczne być może nie prezentowałaby takiej ignorancji i lekceważenia dla obowiązującego aktu prawnego. Trzeba jednak zrozumieć zagubienie człowieka, który dostał polityczny przydział do zarządzania obcą dla siebie dziedziną aparatu państwowego. Nieszczęściem polskiej edukacji jest upolitycznienie jej kierownictwa zamiast wyczekiwanej profesjonalizacji. Czy na czele armii można postawić kogoś, kto nawet przez jeden dzień nie był żołnierzem? Okazuje się, że w przypadku oświaty można mianować za przeproszeniem kogokolwiek.

Pani minister nie potrafiła rzeczowo przedstawić koncepcji modernizacji egzaminu maturalnego. Stwierdzenie, że jeśli jakiś nauczyciel nie wie, jak będzie wyglądała matura po zmianach, to może zadzwonić do ministerstwa i zapytać, nie wymaga komentowania. Czy to nie dziwne, że dopiero na skutek sugestii dziennikarki minister wpada na pomysł, że komunikaty na temat zmian w egzaminie maturalnym należy umieścić na stronie internetowej resortu tak, żeby były zauważalne? Ba, by dały się odszukać bez konieczności wertowania bogatego archiwum treści, z których kilkadziesiąt procent niepotrzebnie zajmuje ministerialne serwery? Czy w ministerstwie nie ma nikogo, kto by sensownie doradzał w tak prozaicznych sprawach?

Z wypowiedzi pani minister wynika, że w tej kadencji Karta Nauczyciela jest bezpieczna. Powód znamy wszyscy: w okresie kampanii wyborczej takie niepopularne decyzje mogłyby pogrążyć szanse rządzących na utrzymanie status quo. Ale pani minister zapowiedziała, że jeśli Platforma Obywatelska wygra przyszłoroczne wybory parlamentarne, a ona ponownie uzyska ministerialną tekę, to unicestwi Kartę Nauczyciela. Wnioski wyciągnijmy sami.

Scena z Williamsem

Przypomniał mi się pewien epizod sprzed lat. Na zajęciach chciałem moim uczniom uświadomić, że po pierwsze – podręcznik nie jest „świętą księgą”, na której opiera się cała edukacja historyczna, zaś po drugie – najważniejsze jest samodzielne myślenie. Jak przekazać tę nieortodoksyjną prawdę? Pokazałem krótki fragment filmu „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” Petera Weira; scenę, w której bohater – nauczyciel języka angielskiego John Keating (fenomenalnie zagrany przez Robina Williamsa) poleca swoim uczniom podrzeć podręczniki…

Ja, co prawda, nie zdobyłem się na tak daleki krok, sprzeczny z kultywowanym szacunkiem dla książki, ale uczniowie zrozumieli, o co mi mniej więcej chodziło. Przejawili też wyjątkowo silną inicjatywę, by symbolicznie zniszczyć ograniczenia swoich myśli. Robin Williams okazał się więc bardziej przekonującym nauczycielem. Tak zapamiętamy aktora, który opuścił dziś ziemską scenę.

Gloria Victis

Nasze narodowe zamiłowanie do martyrologii jest fenomenem w skali świata. Gdyby opierało się ono wyłącznie na solidnych podstawach historycznego poznania i obiektywnej refleksji – można by je uznać za cenny przejaw zbiorowej pamięci. Często jednak pojawia się skłonność do ahistorycznych mitologizacji i radykalnych uproszczeń. Im bardziej kontrowersyjny temat, tym większa doza iście Matejkowskiej fantazji w obrazowaniu dziejów narodu i państwa polskiego.

Obchody 70. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego stały się słuszną okazją do wyrażenia hołdu i wdzięczności wobec Tych, którzy w imię najwyższych wartości poszli do nierównej walki. Pamięć o poległych i weteranach powstańczego boju o wolną Warszawę jest świadectwem najwyższego szacunku, na jaki niezaprzeczalnie zasługują. Są bohaterami narodowymi. Zupełnie inną kwestią pozostaje jednak ocena powstania w kategoriach decyzji politycznej i militarnej, której nie podejmowały tysiące żołnierzy rzuconych niczym „kamienie na szaniec”, ani tym bardziej setki tysięcy cywilnych mieszkańców okupowanej stolicy, ale wąskie grono ludzi, którzy przyjęli dobrowolnie odpowiedzialność za kierowanie podziemnym państwem.

Na temat powstania napisano tyle książek i artykułów, że zgłębianie tematu wymaga sporo czasu i uwagi. Warto poznać kilka prac, a nie opierać się na ocenach jednego tylko autora, by móc rozstrzygać pewne wątpliwości we własnym zakresie. Moje rozważania koncentrują się zatem tylko wokół jednego wątku: okoliczności podjęcia decyzji o rozpoczęciu walk. Ze zrozumiałych względów jest to tylko skrótowy szkic, pokazujący nieudolnie kilka problemów. I tak mamy ambitnych oficerów – planistów, krańcowo różne prognozy wydarzeń na froncie, osamotnienie rządu emigracyjnego i jego fragmentaryczną jedynie świadomość sytuacji w kraju. Jest w tym dużo tragizmu antycznego – bez „dobrego” wyjścia z dramatycznego położenia. Jest sporo optymizmu i nadziei, ale czy to są przesłanki wystarczające dla dyplomowanych dowódców, absolwentów szkół oficerskich i akademii wojskowych?

Oto zestawienie kilku faktów i ich autorska interpretacja, która jednak nie zastąpi podręcznika do historii.

3 lipca 1944, Londyn. Narada premiera Stanisława Mikołajczyka z ministrem obrony narodowej gen. Marianem Kukielem i naczelnym wodzem wojsk polskich gen. Kazimierzem Sosnkowskim. Gen. Kukiel proponuje rozważenie, czy wobec natarcia Armii Czerwonej i stopniowo słabnącego oporu Wehrmachtu nie należałoby ogłosić na określonym terytorium powstania, a w razie przejęcia nad nim kontroli – przerzucenia tam rządu emigracyjnego. Gen. Sosnkowski powątpiewa w „słabość” Niemców, spodziewa się, że rzucą na front wschodni 100 dywizji, by stawić opór Rosjanom. Mówi: „nieuniknionym skutkiem podobnej próby byłaby powszechna rzeź ludności polskiej”; „poza ustaloną formułę o wzmożonej akcji dywersyjnej wyjść w danych warunkach nie można”. Komfortowa jest dyskusja o tak poważnych sprawach w zaciszu wytwornych gabinetów z kryształowymi żyrandolami. Ale taki już wątpliwy urok wojny; konsekwencje ustaleń na szczeblu VIP przybierają obraz piekła, w jakie przemienia się życie tzw. zwykłych ludzi. Chodzi tu o wojnę w ogóle: w każdym czasie i każdym miejscu.

4 lipca. Premier Mikołajczyk wysyła do Delegata Rządu (przedstawiciela władz emigracyjnych na terenach okupowanych) J. S. Jankowskiego zapytanie, czy w kraju rozważają zmasowaną akcję przeciw Niemcom. Równocześnie naczelny wódz pisze do dowódcy AK, że nie widzi szans na powszechne powstanie, a maksimum możliwości to zdobycie jakiegoś większego miasta „przez szczęśliwy zbieg okoliczności”, w trakcie odwrotu Niemców, a przed przybyciem Rosjan. Trudno uchwycić tak subtelny „moment” na linii frontu…

22 lipca. Gen. Komorowski raportuje do Londynu, że Niemcy nie utrzymają się długo. Snuje rozważania, że ogłoszenie powstania jest konieczne ze względu na duchową mobilizację ludności do… przewidywanej w niedalekiej przyszłości „walki z Rosją”. Trzy dni później wysyła kolejną depeszę: „Jesteśmy w każdej chwili gotowi do walki o Warszawę”.  Po latach ciśnie się pytanie: gotowi, ale czy przygotowani? Dowódca AK miał na myśli morale podwładnych, ale przecież wyłącznie siłą woli nie wygrywa się bitew. Optymistyczne wizje gen. Komorowskiego zniekształciły obraz sytuacji, jaki mieli premier Mikołajczyk i jego polityczny gabinet. De facto – bardziej gabinet doradców, niż ministrów, skoro ich teki w zasadzie były puste. Owa Rada Ministrów 25 lipca upoważniła Delegata Rządu do „powzięcia wszystkich decyzji” w kwestii ogłoszenia powstania. Następnego dnia w Warszawie ukonstytuowała się Krajowa Rada Ministrów z Delegatem Rządu na czele, która… antydatowała swoje sformowanie na dzień 3 maja. W świetle powagi sytuacji – dziecinna zabawa dorosłych facetów w tytuły „ministrów”. To oni mieli decydować o ogłoszeniu powstania. „Jeśli to możliwe, uwiadomcie nasz wcześniej” – prosił Londyn.

27 lipca, w Wilczym Szańcu, wojennej kwaterze A. Hitlera, przywódca Trzeciej Rzeszy wydał rozkaz: za wszelką cenę utrzymać Warszawę. Hitler sądził, że jego wojska będą się bronić przed atakiem radzieckim. Dowództwo AK obserwowało przygotowania Niemców; gen. Komorowski szacował, że na przedpolach Warszawy znalazło się 10 związków taktycznych Wehmachtu. W rzeczywistości było ich 18, a kolejne znajdowały się w drodze. Następnego dnia w Londynie ambasador polski Raczyński usłyszał od szefa brytyjskiej dyplomacji, że „rząd Jego Królewskiej Mości nic nie może zrobić”, by wspomóc militarnie ewentualny wybuch walki w Warszawie. Paradoksalnie, ostatnią nadzieją na wsparcie mógł być tylko… Stalin. Chichot historii.

29 lipca. Dowództwo AK ustaliło, że godzina „W” – wybuchu akcji powstańczej – przypadnie na 17.00, w porze największego ruchu w mieście, by żołnierze AK „wtopili się” w tłumy przechodniów i znienacka zaatakowali niemieckie pozycje. W tym samym dniu, o godz. 20.15, moskiewska rozgłośnia radiowa wzywa warszawiaków do podjęcia walk z Niemcami, co „przyspieszy chwilę wyzwolenia” (Armia Czerwona jest już na przedmieściach Warszawy).

31 lipca, pod wrażeniem zbliżających się czołgów radzickich, o których meldował płk Antoni Chruściel, Delegat Rządy J.S. Jankowski mówi do gen. Komorowskiego: „Niech pan zaczyna”. Komorowski wydaje rozkazy wszycia walk nazajutrz o ustalonej porze. Dochodzi godzina 18. Później docierają na miejsce narady inni członkowie Komendy Głównej AK. Wśród nich jest szef wywiadu płk. Iranek-Osmecki, który informuje, że Niemcy rozpoczynają kontrofensywę. Najgorszy moment na rozpoczęcie powstania. Ale na wycofanie rozkazów jest już za późno. Dalszy bieg wydarzeń już znamy.

Powstanie pochłonęło – według różnych źródeł – od 170 do 200 TYSIĘCY istnień ludzkich. Kolejne 60 tysięcy ludzi wywieziono do obozów koncentracyjnych, a 165 tysięcy – na roboty przymusowe. Miasto zmieniono w gruzowisko. Przepadło wiele skarbów kultury i ogromna ilość archiwaliów. Powstańcy mimowolnie pomogli Armii Czerwonej forsować linię obrony Wehrmachtu na innych odcinkach frontu, wiążąc przez dwa miesiące siły równe dziesięciu dywizjom piechoty. Pytanie „czy było warto?” jest kompletnie bezsensowne. Trzeba PAMIĘTAĆ i wyciągać wnioski.