Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Klauzula sumienia

Na fali dyskusji nad lekarską klauzulą sumienia i deklaracją wiary wypłynął pomysł stworzenia analogicznego instrumentu w odniesieniu do nauczycieli. W zasadzie komentowanie absurdalnych (może prowokacyjnych?) pomysłów jest niepoważne, ale skoro już głos zabiera nawet minister edukacji – trudno uznać, że tematu nie ma.

W moim przekonaniu najbardziej skuteczną deklaracją wiary jest codzienne życie w zgodzie z nauką moralną, płynącą wprost z religii. Wypada jednak zaznaczyć, że mam tu na myśli oryginalny przekaz religii, a nie jego „twórczą” interpretację, w ramach której nierzadko zaprzecza się prawdom objawionym i dogmatom. Jak trafnie zauważył Piotr Kozak, nauczyciel etyki w warszawskim liceum, bierze się to z pospolitej nieświadomości wielu wyznawców w zakresie norm, jakie stwarza ich religia. W efekcie nie jeden katolik próbuje być „świętszy” od papieża, nie jeden muzułmanin – „świętszy” od ajatollaha itd. Drugi problem to notoryczne mieszanie racji sumienia z zagadnieniami typowo naukowymi, które w istocie nie są sprzeczne z religią, choć nie wszyscy to rozumieją. Przykład, którym często posługiwałem się na zajęciach: teoria ewolucji Darwina nie koliduje wcale z przekazem Księgi Rodzaju, ze swej natury metaforycznym. Ludziom, którzy uważają, iż religii i nauki nie da się pogodzić, przypominam pierwsze słowa z encykliki Jana Pawła II „Fides et ratio”: „Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy…”. W tym mądrym zdaniu zasadza się koegzystencja, która powinna rozwiewać wszelkie dylematy.

Czy nauczyciel doświadcza w swojej pracy „konfliktów sumienia”? Mam wątpliwości. Podstawa programowa jest wolna od tego rodzaju kontrowersji. Co do samego procesu wychowawczego, gdyby w istocie opierał się on na najważniejszym imperatywie chrześcijaństwa – przykazaniu miłości – świat byłby o niebo lepszy.

Nie wiem, jakimi intencjami tak naprawdę kierował się autor pomysłu nauczycielskiej deklaracji wiary, ale bez wątpienia powinien jeszcze trochę postudiować nauki społeczne Kościoła. Człowiek wiary nie potrzebuje papierowej deklaracji.

Patologia w statystyce: NIK o polskich szkołach

Najwyższa Izba Kontroli ogłosiła dziś raport o zapobieganiu patologiom w szkołach. Ocena jest miażdżąca. Według NIK, polskie szkoły to zagłębia agresji fizycznej i werbalnej, narkomanii, cyberprzemocy i zła wszelakiego. Dyrektorzy i nauczyciele kompletnie sobie nie radzą, samorządy nie dają kasy, a rząd ponosi fiasko z programem „Bezpieczna i przyjazna szkoła”. Jednym słowem Sodoma, w w dwóch: Sodoma i Gomora. Albo Gomorra w wersji dla nastolatków.

Zamiast opłakiwać rzekomą degrengoladę i nędzę moralną w polskim szkolnictwie, postanowiłem przyjrzeć się narzędziom badawczym, którymi posłużyła się NIK. Naturalnie mowa o wszechpotężnej ankiecie. Nie znam treści kwestionariusza, ale pytania, odtworzone na podstawie zapisów w raporcie, już na pierwszy rzut oka pozostawiają wiele do życzenia. Uczniów zapytano, „czy byli świadkami wymienionych zachowań wśród (…) koleżanek/kolegów lub słyszeli o takich sytuacjach od rówieśników, którym wierzą”. Genialne, przyznacie Państwo! W odpowiedzi można było powiedzieć: „nigdy”, „czasami”, „często”. I tutaj pytanie: jeśli często „słyszy się” o jakimś zdarzeniu, to czy jest to równoznaczne z częstotliwością jego występowania? Np. często opinia publiczna słyszała o zegarku pewnego ministra, a zakup zegarka był tylko wydarzeniem jednostkowym.

Katalog występków, o jakie pytała NIK, wydaje się przebogaty, biorąc pod uwagę uwzględnienie w nim „rozpowszechniania plotek” i „uprawiania seksu”. Zadziwia mnie, że mało uczniów było świadkami „przymuszania do czynności”, wszak to codzienność pracy pedagogicznej, gdy nauczyciel musi przymuszać przynajmniej jednego ucznia do odrobienia pracy domowej, nie mówiąc o pisaniu sprawdzianu. Szkoda, że nie zapytano o kilka kwestii, które nie pozostają bez wpływu na bezpieczeństwo uczniów, np. łamanie przepisów ruchu drogowego (przechodzenie przez jezdnię w niedozwolonych miejscach, na czerwonym świetle itp.), lub też o zjawisko piractwa (nielegalne pozyskiwanie filmów, gier, muzyki). Nie do końca też jest jasne, czy respondenci opisywali zjawiska występujące bezpośrednio na terenie szkoły.

NIK krytycznie oceniła stan programów profilaktycznych w szkołach, które w 1/3 ankietowanych placówek określono jako „nierzetelnie przygotowane”. Cóż, takie życie. Kogo obchodzi fakt trudnej i owocnej pracy pedagogicznej, skoro podstawą musi być umiejętnie zredagowany papier, przechowywany z namaszczeniem w najważniejszym szkolnym segregatorze? A propos, zauważyłem literówkę w raporcie NIK – oj, nie godzi się… („niekorzystne” zamiast „niekorzystnie”). Głównym zarzutem, jaki stawia się szkołom, jest brak wiarygodnej diagnozy problemów lub częściej BRAK należycie udokumentowanej diagnozy. Biada wybrakowanym szkołom, które odważą się wyrzucić jakiś papier – jedyny dla urzędników dowód aktywności… Gorsze jest jedynie „niemanie” czegoś z powodu zaniechania lub dla zasady – 5 szkół nie potrafiło okazać „strategii działań wychowawczych i zapobiegawczych oraz interwencyjnych wobec dzieci i młodzieży zagrożonych uzależnieniem”. Im dłużej słucham o programach, strategiach i działaniach naprawczych tym słabiej wierzę w ich sens. Osobiście wolałbym usłyszeć pytanie „co zrobiliście, żeby…” niż polecenie: „a teraz pokażcie załącznik numer…”.

Osobną kwestię stanowią zarzuty NIK wobec samorządów – jako organów prowadzących szkoły. I tak w latach 2011-2013 Łódź nie wykorzystała „w pełni” wpływów z opłat za wydane zezwolenia na sprzedaż alkoholu zgodnie z ustawowym obowiązkiem, tj. na cele profilaktyczne. W efekcie 625 tys. zł, zamiast „rozwiązywać problemy” związane z alkoholem, poszło na inne cele budżetowe.

Zakładam, że w NIK pracują eksperci od psychometrii i ankiet, ale zastanawia mnie kilka kwestii: w skontrolowanych placówkach uczyło się w sumie ponad 11,5 tys. uczniów, tymczasem zebrano jedynie 2359 ankiet uczniowskich. Co dziwne, nie zbadano opinii rodziców, a ta mogłaby okazać się cenną wskazówką do rozważań. Zupełnie nie rozumiem, czemu NIK wrzuciła do „jednego worka” (czyli zsumowała w opisywanym raporcie) dane ze szkół podstawowych, gimnazjów i ponadgimnazjalnych. Wszak to jednak inne światy – z uwagi na specyfikę problemów wychowawczych. Wreszcie brakuje ukazania szerszego kontekstu statystyki i komentarza socjologicznego: skoro zauważamy wzrost form tzw. „cyberprzemocy”, należałoby fakt ten skonfrontować z upowszechnieniem technologii cyfrowych i dostępu do internetu.

Raport NIK, choć brzmi sensacyjnie – media ten styl narracji podchwyciły – nie wnosi niczego nowego do obrazu sytuacji. Zachowania agresywne, definiowane w sposób niezwykle pojemny, są wpisane w funkcjonowanie społeczności. Dysfunkcyjna społecznie jednostka w dużej grupie sprawia, że cała grupa doświadcza zachowań negatywnych, ale przecież żaden pedagog nie powie odpowiedzialnie, że te „trudne” pod względem wychowawczym jednostki należy całkowicie izolować. Nie ma gorszego pomysłu niż opisywanie efektywności pracy wychowawczej przez pryzmat statystyki. Moim skromnym zdaniem, NIK ma przed sobą większe wyzwania.

Medialność ofiary

Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka „Spektakle masowej śmierci” Johna Abertha. Tytuł wydał mi się kontrowersyjny z powodu połączenia pojęć, które tworzą dziwaczną, antyhumanistyczną hybrydę. Niestety, okazuje się, że zwrot ten jest jednak nader trafny: ludzie patrzą na tragedie innych jak na swoisty spektakl. Ale czy wynika z tego „podglądania” jakaś głębsza refleksja?

Najnowszym „spektaklem masowej śmierci” stał się dramatyczny los pasażerów malezyjskiego boeinga, roztrzaskanego na terytorium (nad terytorium?) wschodniej Ukrainy – prawdopodobnie w wyniku zestrzelenia rakietą ziemia-powietrze. Mnożą się hipotezy przyczyn i scenariusze przebiegu tej tragedii. Zanim poznamy – jeśli w ogóle poznamy – prawdę o tym, co się stało, świat zdąży zapomnieć widok spalonych szczątków na spalonej ziemi.

Przywódcy tego świata nie radzą sobie zupełnie – lub też nie chcą sobie radzić – ze współczesnymi problemami geopolitycznymi. Jednym z poważniejszych staje się konflikt we wschodniej Ukrainie, gdzie pospolici bandyci i rosyjscy najemnicy skutecznie odgrywają rolę „separatystów”. Jakkolwiek okoliczności zniszczenia samolotu Malaysia Airlines na tę chwilę nie są znane, jedno jest pewne: nie należy wierzyć Rosji. Państwo to utraciło mandat domyślnej wiarygodności wraz z zajęciem Krymu. Agresja na teren Ukrainy, oparta na metodologii iście stalinowskiej, był popisem kłamstwa na skalę niespotykaną we współczesnym świecie. Władze Rosji nie są już wiarygodnym partnerem do dialogu, a tym bardziej wyjaśniania czegokolwiek. Szkoda, że nie jest to powszechny pogląd w Unii. Popatrzmy na Francuzów: jak oni przebierają nóżkami, żeby sprzedać Putinowi okręty wojenne… Zaprosili go nawet na rocznicowe obchody lądowania aliantów w Normandii, formalnie utrzymując zakazy wizowe dla niższych funkcjonariuszy „caratu”.

Trudno przypuszczać, by śmierć 298 pasażerów lotu MH17 wpłynęła na ustabilizowanie sytuacji na Ukrainie. Temat żyje – jak każdy news – przez określoną jednostkę czasu, by zostać wypartym innymi doniesieniami. Być może o kolejnych „spektaklach masowej śmierci”… Na podobnej zasadzie nie słyszymy już o wciąż ginących mieszkańcach Strefy Gazy, o ofiarach zamachów w Iraku, krwawych walkach w Syrii czy Afganistanie. Dlaczego media nie poświęcają uwagi tym wydarzeniom? Widocznie serwują to, na co jest zapotrzebowanie. Liczy się spektakl. Roztrzaskany boeing jest bardziej „widowiskowy” niż setki mieszkańców Afryki Północnej, umierających na gorączkę krwotoczną. Właściwości medialnych nie posiada też prawdopodobnie śmierć tysiąca Afrykańczyków z powodu niedożywienia – TYSIĄCA KAŻDEGO DNIA! Może taki temat zepsułby apetyt Europejczyków i Amerykanów, gapiących się w swoje plazmy w porze kolacji. To się nazywa mainstream. Albo polityka. Albo jeszcze inaczej: biznes. Kanclerz Merkel następnego dnia po tragedii malezyjskiego samolotu zabłysła na konferencji prasowej płynnym przejściem w narracji z tematu „katastrofy” do tego, jak to szczęśliwie w Niemczech jest pokój, jak się dobrze żyje, jak się obniża wiek emerytalny i ustanawia płacę minimalną.

Tymczasem natura rządzi się swoimi prawami. Sępy już zataczają kręgi, wypatrując ofiar.