Miesięczne archiwum: Maj 2014

Anatomia frekwencji

Dziś będzie o frekwencji – ale nie w ławach szkolnych. Na początek krótka rekapitulacja z najnowszych dziejów demokracji w Polsce przez pryzmat frekwencji wyborczej.

Wybory do Sejmu Ustawodawczego w 1919 r. – pierwsze powszechne w dziejach państwa polskiego –  od 60 do 90 % (w zależności od terytorium).

Wybory parlamentarne 1922 r. – 67,7 %.

Wybory parlamentarne 1928 – 78,3 %.

O wyborach niedemokratycznych z okresu dyktatury sanacyjnej oraz pseudowyborczych fars Polski Ludowej nie ma sensu pisać, gdyż oficjalne dane nie odzwierciedlają rzeczywistości.

Wybory do sejmu „kontraktowego” – częściowo wolne – 4 czerwca 1989 r. – 62 %.

Pierwsze w pełni demokratyczne (od 1928 r.) wybory parlamentarne 27 X 1991 r. – 43,2 %.

Wybory prezydenckie 1990 r. – 60,6 % (I tura) i 54,4 % (L. Wałęsa kontra S. Tymiński).

Wybory parlamentarne 1993 (zwycięstwo SLD i PSL) – 52 %.

Wybory prezydenckie 1995 r. – 64,7 % (I tura) i 68,2 % (A. Kwaśniewski kontra L. Wałęsa).

Wybory parlamentarne 1997 (zwycięstwo AWS) – 42,9 %.

Wybory prezydenckie 2000 r. – 61,1 % (zwycięstwo A. Kwaśniewskiego).

Wybory parlamentarne 2001 r. (zwycięstwo SLD) – 46,3 %.

Referendum w sprawie przystąpienia Polski do UE w 2003 r. – 58,9 %.

Wybory do Parlamentu Europejskiego 2004 r. – 20,9 %.

Wybory parlamentarne 2005 r. (zwycięstwo PiS i zawiązanie koalicji z LPR i Samoobroną) – 40,6 %.

Wybory prezydenckie 2005 r. – 49,7 % (I tura) i 51 % (L. Kaczyński kontra D. Tusk).

Wybory parlamentarne 2007 r. (zwycięstwo PO) – 53,9 %.

Wybory do Parlamentu Europejskiego 2009 r. – 24,5 %.

Wybory prezydenckie 2010 r. – 54,9 %(I tura) i 55,3 % (B. Komorowski kontra J. Kaczyński).

Wybory parlamentarne 2011 r. (ponowne zwycięstwo PO) – 48,9 %.

Jakie wnioski płyną z powyższego zestawienia ?

Po pierwsze, społeczeństwo II Rzeczypospolitej, mimo braku tradycji demokratycznych, przejawiało bardziej obywatelską postawę niż współcześni Polacy. Przyczyn tego zjawiska można upatrywać zarówno w propaństwowej mentalności naszych przodków, być może bardziej doceniających wolność i suwerenność, a także w swoistej demoralizacji obywatelskiej, uprawianej przez sanacyjnych pułkowników, a później komunistów, którzy z aktu wyborczego uczynili propagandowy spektakl ze starannie napisanym epilogiem. W efekcie upowszechniła się spiskowa teoria ukartowanych wyborów, w których nie warto brać udziału, bo wynik jest przesądzony przez polityczny establishment.

Po drugie, większą uwagę elektoratu przykuwają jedynie spektakularne starcia wybranych adwersarzy. W tych wyborczych zmaganiach elektorat nie zawsze utożsamia się z którąś ze stron; czasami, obserwując walki tytanów, wybiera po prostu mniejsze zło. Tak właśnie myśli duża część wyborców, o czym politycy nie zawsze zdają się pamiętać. Sukcesy i porażki to nie tylko efekt popularności Iksa czy Igreka, ale w pewnym sensie owoc nienawiści do takiej czy innej opcji. Im większe emocje, zwłaszcza te negatywne, tym większa mobilizacja elektoratu. Społeczeństwo gniewne jest w stanie zmobilizować się do działania. Ale społeczeństwo zmęczone – nie bardzo. Tymczasem obserwujemy stan zmęczenia klasą polityczną. Czy jednak jest to już stan gniewu ?

Po trzecie, na wybory do Parlamentu Europejskiego generalnie nie opłaca się wydawać pieniędzy. Statystyki pokazują, że tylko nieliczni wyborcy uczestniczą w tym głosowaniu. Można założyć, że jest to tzw. żelazny elektorat poszczególnych sił politycznych, który tak czy inaczej pójdzie zagłosować. Z tego powodu kampania wyborcza sprawia wrażenie wybitnie leniwej, by nie wspomnieć o jej gruntownej naiwności i niewielkim związku z kompetencjami Parlamentu Europejskiego. Jest to klasyczna kampania wizerunkowa, preludium do ważniejszych dla partii wyborów samorządowych i parlamentarnych. Niestety dla wyborców.

Jedynym do tej pory materiałem wyborczym, jaki znalazłem w swojej skrzynce pocztowej, była okazała objętościowo gazetka jednej z partii, walczącej o przekroczenie progu wyborczego. Miło z ich strony, że zadali sobie trochę trudu o pozyskanie wyborców, gdyż czołowi gracze, pewni swoich sukcesów, przemawiają do maluczkich jedynie z ekranów telewizyjnych. Po lekturze gazetki zwątpiłem jednak w jej moc przekonywania ludzi. Dlaczego? Oto cytat (w oryginale): „Urodziłam się (…) w Bydgoszczy w rodzinie inteligenckiej. (…) W wieku 7 lat rozpoczęłam naukę w Państwowej Szkole Muzycznej, w klasie fortepianu. Następnie 4-letnie Liceum Ogólnokształcące w Bydgoszczy, uzyskując dyplom najlepiej zdanej matury. Jestem mężatką od 1963 roku. Mam 6 wykształconych dzieci, pracujących zawodowo i odnoszących sukcesy”. A jaki ma to związek z Parlamentem Europejskim??? Kandydaci nie pokazują swoich kompetencji, a niekiedy w swoich wypowiedziach balansują na granicy komizmu – być może nieświadomie. Wolałbym wiedzieć, czy znają języki obce, jakie mają doświadczenie zawodowe – a nie polityczne, co mogą wnieść swoją obecnością do mechanizmów legislacyjnych UE. W kontekście cytowanego materiału wyborczego widać, że nawet biogramy bywają wybiórcze. Kandydaci chyba wstydzą się niektórych swoich „osiągnięć” i nieaktualnych legitymacji.

Wyborcy czują się ignorowani, manipulowani, uprzedmiotowieni i oszukiwani przez klasę polityczną. To tłumaczy popularność happeningów i osobliwości na scenie politycznej, które – mimo kompletnej bylejakości – zyskują poklask. Z tych samych powodów wskaźnik frekwencji należy interpretować jako deklarację nieufności części nieobecnych, którzy nie głosują, ponieważ uważają, że żadna z partii i żaden z kandydatów nie zasłużyli na ich cenny głos. Nie jest to tożsame z totalnym „desinteresement” wobec spraw publicznych. Tylko czy polityków tak naprawdę to obchodzi? Oni wolą hodować bezkrytycznych „kiboli wyborczych”.