Miesięczne archiwum: Marzec 2014

Kryzys widziany inaczej

Mówiąc o kryzysie, zazwyczaj mamy na myśli całokształt zjawisk negatywnych w obszarze ekonomicznym. Ale przecież kryzys nie omija innych płaszczyzn życia społecznego. Jedną z nich jest sfera wartości, składających się na świadomość obywatelską.

Od czasów pełnych kontrowersji rządów Romana Giertycha w resorcie edukacji pozostała w pewnej części społeczeństwa alergia na hasło „wychowania patriotycznego”. Być może nadużywanie tego pojęcia przez polityków oraz nieodpowiedzialne „wymachiwanie” nim w walce o władzę wypaczyło nieco pierwotne znaczenie i pedagogiczny potencjał, jaki w nim jest zawarty. Znaleźli się i tacy, którzy na zasadzie automatycznej negacji uznali „wychowanie patriotyczne” za synonim nacjonalistycznej dewocji i mentalnego zacofania, wyrządzając jeszcze większe szkody niż ci, którzy uczynili je punktem w partyjnym programie. Tymczasem wychowanie patriotyczne powinno być apolityczne oraz niekwestionowane przez nikogo, za to programowane przez ekspertów – nie od polityki, ale edukacji. Deficyt postaw patriotycznych z czasem może przerodzić się w kompletny zanik tej części tożsamości każdej jednostki, która decyduje o poczuciu przynależności do państwa jako szczególnej organizacji. Pod maską kosmopolityzmu i rzekomego pragmatyzmu pojawia się tendencja do relatywizowania cech patriotycznych. Nie trudno znaleźć dziś ludzi, którym „wszystko jedno”, jaka flaga będzie powiewać ponad ich głowami, jakie godło będą nosić w paszporcie, byle tylko „żyło się lepiej”. Skłonność wymiany narodowych symboli i impoderabiliów na walutę powoli przestaje być częścią „szarej strefy” i powodem do wstydu. Ostatnio nawet pisze się na ten temat piosenki.

W czasie spotkania premiera Donalda Tuska z protestującymi w sejmie rodzicami dzieci niepełnosprawnych z ust przedstawicielek tych ostatnich padły znamienne słowa – groźby, że zwrócą się o pomoc materialną „do Putina”. Należy zrozumieć desperację i emocje, jakie towarzyszyły temu spotkaniu, jednak są pewne granice, których nie należy przekraczać… Ten gorzki przykład „antypatriotyzmu” nie jest w naszej rzeczywistości odosobniony. Tymczasem na świecie poszczególne kraje wypracowały znakomite mechanizmy wychowania propaństwowego, integrującego obywateli wokół wspólnoty, tworzonej przez organizację państwową. Przykład? Choćby flaga, wpisana w krajobraz Stanów Zjednoczonych, nie od święta, ale na co dzień.

Potrzebujemy wewnętrznej integracji, wzmocnienia świadomości obywatelskiej i patriotycznej, swoistej promocji wartości, których coraz częściej zaczyna brakować…

Nie święci książki piszą

Czy są Państwo skłonni powiedzieć, że Adolf Hitler,  Włodzimierz Lenin i Józef Stalin należeli do „najwybitniejszych postaci” w dziejach świata? Czy to grona „101 najwybitniejszych” z tychże, ale Polaków, zaliczyliby Państwo Bolesława Bieruta? Jeśli mają Państwo wątpliwości, a może wręcz pewność, że o wymienionych nie wypada mówić jako o „najwybitniejszych”, to dobry znak. Niestety, żadnych hamulców nie mieli autorzy książki „101 najwybitniejszych postaci w dziejach Polski i świata”. Umieszczenie pod tym tytułem biogramów największych zbrodniarzy w historii ludzkości jest osobistą kompromitacją i hańbą dla redakcji wydawnictwa. Nie byłoby sprawy, gdyby tytuł – zamiast zaszczytnej superlatywy „najwybitniejszych” – zawierał określenie „najbardziej wpływowych” postaci; przyjęta ostatecznie wersja dyskwalifikuje książkę, aspirującą do roli historycznego kompendium. Choć minęło nieco czasu od jej wydania (2009), publikacja wciąż bywa dostępna na rynku, choć powinna trafić na przemiał. Tego rodzaju produkty uboczne działalności wydawniczej, bardziej świadczące o niemyśleniu, niż myśleniu, mogą wyrządzić niemałą szkodę w umysłach adresatów, którzy zaczną uważać Hitlera czy Stalina za „najwybitniejszych” w dziejach świata. Wniosek: zamiast do koszyka – do kosza (na śmieci).

Analfabeci w sieci

„Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów” – te słowa Stanisława Lema stanowią najlepsze podsumowanie „twórczości” sporej części populacji użytkowników sieci. Obłok bezinteresownej złośliwości, agresji i nienawiści przyjął kształt atomowego grzyba, unoszącego się nad cyberprzestrzenią, a pospolita głupota, którą jedynie ironicznie pochwalał Erazm z Rotterdamu, ogarnęła wirtualny świat niczym toksyczny smog.

Niestety, Internet – fantastyczny w zamyśle – powoli staje się dla cywilizacji tym, czym woda ognista dla Indian. Uzależnienie od internetowej kreacji, począwszy od portali społecznościowych, pozornie tylko zbliżających ludzi, a skończywszy na odmętach rozmaitych patologii, będzie w XXI wieku wyzwaniem większym niż problem nikotyny czy alkoholu. Cyfrowa używka, bez której nie potrafi się obejść ogromna część ludzkości, uderza we wszystkich, ale najbardziej w młode pokolenie.

Internet może być narzędziem edukacji, ale może też pełnić rolę odwrotną – deedukować, i to pod pozorem przyswajania nowych informacji. W najpopularniejszym na świecie, także w Polsce, serwisie wideo, szukałem ostatnio fragmentu ekranizacji „Chłopów” Reymonta w wersji serialowej. Jakież było moje zdziwienie, gdy w komentarzach do zamieszczonego materiału przeczytałem wypowiedź „niech żyje PRL” młodego (zapewne) człowieka, który sądził, że film (o świadomości istnienia powieści nie będę spekulował) pokazuje realia Polski Ludowej…

Mógłbym w tym miejscu przytoczyć setki przykładów ortograficznej i językowej nonszalancji, nie tylko młodzieży (poczytajmy ogłoszenia, np. motoryzacyjne), ale nie jest to przecież egzotyka, lecz fakty ogólnie znane. Najgorsze jest to, że zanika poczucie wstydu z powodu nieuctwa oraz instynkt samozachowawczy, który skłaniałby do sprawdzenia pisowni i poprawy błędów. Czytelnicy tego rodzaju przekazów, zwłaszcza z grupy edukacyjnego „ryzyka”, bezwiednie wchłaniają negatywne wzorce i sami je powielają.

Kultura SMS redukuje język i wyjaławia go. Wypowiedzi uczniów, zarówno ustne, jak i pisemne, coraz bardziej przypominają słynną (choć przecież nie z osiągnięć edukacyjnych) szkołę spartańską, w której lakoniczne odpowiedzi były najbardziej pożądanym efektem. Wynalazek, który miał służyć usprawnieniu komunikacji, paradoksalnie stał się realnym zagrożeniem dla jej prawidłowego charakteru.

Nowe oblicze kryzysu: pytanie o przyszłość UE

Znowu w Europie jesteśmy sami, choć jeszcze o tym nie wiemy… Za zaangażowanie w sprawy na Ukrainie Kreml wystawi nam kilka faktur. Problem w tym, że kiedy Polska stara się obudzić Europę i zapobiec polityce faktów dokonanych, nasi zachodni sprzymierzeńcy (papierowi?) robią świetne interesy z Rosją. Niemiecki koncern sprzedał właśnie Rosjanom spółkę, posiadającą koncesję na poszukiwanie złóż ropy i gazu w Polsce. Włosi razem z Gazpromem będą budować rurociąg, omijający Ukrainę i Polskę, bo potrzebują rosyjskiego surowca. Dodajmy: w dobrej cenie, której Polska nigdy dla siebie nie wynegocjuje. Z kolei Belgowie, Holendrzy i Austriacy po cichu dogadali się z rosyjskimi władzami w przedmiocie oficjalnie niedozwolonego eksportu wieprzowiny do Rosji, z którego Polska została wyeliminowana. To tylko kilka przykładów z ostatnich kilkudziesięciu godzin. Deklaracje zachodnich przywódców i groteskowe „wyrazy zaniepokojenia” przypominają już pewien scenariusz z historii. Czy frazesy o europejskiej wspólnocie, do których nas przekonywano, nie są tak cenne, jak srebrniki? Jeśli tak będzie wyglądał projekt pod tytułem Unia Europejska, jego upadek jest tylko kwestią czasu. A kto gra na taki scenariusz – wiadomo.

Wojna, pokój i pieniądze

Bezpieczeństwo państwa jest niekwestionowanym priorytetem. Orędzie Prezydenta RP w 15. rocznicę wstąpienia Polski do struktur NATO nie jest w gruncie rzeczy kontrowersyjne, choć kontekst czasowy wygłoszonych myśli – w okresie kryzysu ukraińskiego – nadaje im dość szeroki wymiar interpretacyjny. Trudno nie zgodzić się z poglądem, że należy kształtować – jak ujął to Prezydent – „postawy proobronne” (co dotyczyło w dużej mierze szkolnictwa), a także inwestować w nowoczesne technologie defensywne. Można jednak mieć wątpliwości, czy stać nas na swoisty „wyścig zbrojeń” z dość oczywistym potencjalnym przeciwnikiem, lub raczej agresorem. Nie jest tajemnicą wojskową, że ewentualna konfrontacja z armią, dysponującą arsenałem nuklearnym, już na wstępie przesądza o wyniku.

Siłą Polski powinien być Sojusz Północnoatlantycki. „Powinien być”, bo pamięć o wrześniu 1939 r. i biernej, w zasadzie zdradzieckiej postawie zachodnioeuropejskich sojuszników wciąż jest żywa. Brak solidarności i determinacji Zachodu w rozgrywaniu z Moskwą partii szachów o przyszłość wolnej i demokratycznej Ukrainy pokazuje, że nasi partnerzy wyżej cenią swoje interesy z Rosją niż tak zwane wartości. Postawa Rosji nie przeszkadza Francuzom sprzedać na Wschód supernowoczesny okręt wojenny, który dozbroi „nieznanych sprawców”, zajmujących Krym, a w perspektywie czasu może i inne terytoria. Czy zatem NATO na pewno okazałoby się skutecznym gwarantem bezpieczeństwa ?

Historyczne wątpliwości udzieliły się politykom i wybrzmiały także w orędziu Prezydenta, którego konkluzją jest budowanie solidnej armii. Militarne potęgi współczesnego świata można podzielić na dwie kategorie. Pierwsza to kraje zamożne, które finansują zbrojenia dzięki dobrze prosperującej gospodarce, jak choćby USA czy Francja. Drugą kategorię stanowią państwa, które zbroją się kosztem poziomu życia obywateli, np. Pakistan, Indie czy Turcja. Obawiam się, że Polska nie jest gotowa na wejście do elitarnego klubu tych pierwszych. Czy Polacy zechcą budować koszary zamiast szpitali ? Czy ważniejszy okaże się samolot F-16 czy możliwość diagnostyki i leczenia bez kolejek, pieniędzy i upokorzeń ? Ze szczytów władzy czasami nie widać problemów przeciętnego człowieka. Nie jest to w żadnym razie przejaw „braku patriotyzmu”, ale walka o przetrwanie bez przywilejów, jakie daje władza. Dla ludzi ubogich, chorych, bezrobotnych zagrożenia zewnętrzne i geopolityka to abstrakcja; dla nich polem walki staje się każdy dzień.

Histeria jest złym doradcą. Budowanie atmosfery zbiorowego lęku to klasyczny instrument socjotechniki, pozwalający łatwiej sterować ludzkimi umysłami. Nakręcanie spirali zagrożenia powoduje wzrost akceptacji dla niepopularnych projektów. Zwróćmy uwagę na dysproporcje w relacjonowaniu sytuacji na Ukrainie między mediami w Polsce i Niemczech. Casus Krymu i wschodniej Ukrainy nie przystaje do zagrożeń w relacjach Rosja – Unia Europejska. Rosja pogodziła się dość dawno z faktem, że Polska znalazła się w zachodniej strefie wpływów, zaś perspektywy integracji Ukrainy z UE odebrała jako atak na swoją strefę wpływów. W obecnych warunkach scenariuszem lepszym dla Ukrainy i świata byłby jej podział, według woli obywateli, którzy mieliby prawo wyboru, niż wojna domowa. Ukraina historycznie była podzielona; być może eksperyment stworzenia jednolitego państwa po prostu się nie powiódł. Być może rację miał polski minister spraw zagranicznych, próbując doprowadzić do porozumienia między siłami politycznymi na Ukrainie, ale chwilę później sprawy zaszły „o jeden most za daleko” i na tym etapie nazbyt silne polityczne zaangażowanie w konflikt ukraiński nie jest już zgodne z polską racją stanu ? Zwróćmy uwagę, że międzynarodowymi gwarantami suwerenności i integralności Ukrainy są Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Pozwólmy im się wykazać. To będzie test, ile dziś znaczą sojusze.

Wyścig, którego nie ma

Stopniowo wkraczamy w doroczny okres szkolnej „gorączki”, którą zainauguruje sprawdzian szóstoklasistów, podgrzeją egzaminu gimnazjalne i maturalne, a w końcu jej apogeum przyniosą wyniki naboru do szkół. Za chwilę rozpocznie się sezon ogłaszania rankingów w lokalnej prasie, już zresztą sygnalizowanych na stronach internetowych. Lokalna redakcja „Gazety Wyborczej” zachęca rodziców: „sprawdź (…) które szkoły w Łodzi uczą najlepiej”…

W oczekiwaniu na publikacje, wzrasta mój niepokój, czy faktycznie będą one umożliwiały niekiedy kompletnie zdezorientowanym rodzicom podjęcie trafnej decyzji. Mam wątpliwości, czy przez pryzmat statystyki można odpowiedzialnie wartościować tak delikatną materię, jaką stanowi efektywność procesu kształcenia. Można ją rozpatrywać przez pryzmat przynajmniej kilku czynników, przy czym nie zawsze jej istota jest uchwytna w stricte matematycznym opisie.

Budowanie rankingu szkół, uporządkowanych bezpośrednio według wyników osiągniętych na egzaminie zewnętrznym, jest niemiarodajne. Zróżnicowanie poziomu wiadomości i umiejętności uczniów można naturalnie uśrednić, ale czy rzeczywiście odda to atmosferę pracy pedagogicznej w szkole ? Na ile wysoki wynik jest odzwierciedleniem genialnych metod dydaktycznych i doskonałej pracy nauczycieli, a na ile konsekwencją innych zjawisk: selekcji uczniów, statusu ekonomicznego ich rodzin (który umożliwia rodzicom np. posyłanie dzieci na korepetycje), liczby laureatów konkursów, zawyżających średnie ? Wiele czynników wpływa na ostateczny obraz, a uogólnianie, że ta czy inna szkoła „uczy lepiej” na podstawie tak nieobiektywnych przesłanek zafałszowuje rzeczywistość. W nieoficjalnym obiegu mówi się przecież o „dobrych osiedlach” i obarczonych większą skalą problemów społecznych „blokowiskach”. Bywa, że adres szkoły już na wstępie skazuję ją na sukces lub porażkę. Wyrównanie szans edukacyjnych teoretycznie jest możliwe, ale nawet najlepsi nauczyciele „nie przeskoczą” określonych barier, a zwłaszcza niechęci podopiecznych do uczenia się, do pracy nad sobą. Dzieci, które nie doświadczają pozytywnych wzorców we własnych rodzinach, często powielają w swoim życiu dysfunkcje domu rodzinnego. Wykrzesanie kluczowej dla wyników kształcenia motywacji w takich przypadkach bywa wręcz niewykonalne.

Zdecydowanie bardziej precyzyjnych informacji dostarcza wskaźnik o nazwie EWD (Edukacyjna Wartość Dodana), który obrazuje – mówiąc w uproszczeniu – różnicę między stanem wejściowym a wyjściowym. Żeby przybliżyć kwestię Czytelnikom spoza branży, znów posłużę się symbolem: jeśli uczeń dwójkowy awansuje na trójkowego, to mamy do czynienia ze zmianą „plus jeden”; jeśli uczeń czwórkowy pozostanie czwórkowym – zmiany nie obserwujemy. Patrząc przez pryzmat średniej, ten drugi jest „lepszy” od pierwszego; oceniając jednak postęp, to ten pierwszy uczeń rozwija się. W istocie EWD to optymalny parametr do próby oceny jakości pracy szkoły. Ale pozostają jeszcze w edukacji wartości niepoliczalne, przekładające się osiągnięcia w socjalizacji oraz kształtowaniu osobowości młodych ludzi, cech charakterologicznych, ich zainteresowań i pasji. Gdybym wybierał szkołę dla swojego dziecka, ważniejszy byłby dla mnie ten właśnie pedagogiczny wymiar pracy, indywidualizacja, a nie „śrubowanie” wyników.

Jakiś czas temu rozmawiałem ze znajomymi, których córka uczy się w renomowanym liceum. Wyniki uczniów wyglądają w statystykach naprawdę znakomicie, ale – jak mi powiedziano – niemal wszyscy biorą korepetycje, a większość z co najmniej 2 przedmiotów. Kiedy „przepytałem” licealistkę na okoliczność zajęć z historii i wiedzy o społeczeństwie, ze zdumieniem odkryłem, że warsztat dydaktyczny sprowadza się do zadania klasie lektury podręcznika i odpytywania na ocenę, a czasami – wykładu, wzbogaconego solidną porcją niepraktycznych dygresji. Jako żywo, nie jest to recepta na uczenie „najlepiej”. Ale wyniki są… Szkoda, że nie uwzględniają ambicji i talentów uczniów, zaangażowania korepetytorów, wsparcia rodziców.

Nie ulegajmy iluzji rankingów. Nie patrzmy na edukację jak na bilans księgowy. Nie traktujmy nauczycieli jak robotników, wypracowujących mniejszy lub większy procent normy. Nie znam szkoły, która by nie starała się pracować możliwie najlepiej. Nie wszyscy jednak mają zawodników na miarę mistrzowskich tytułów. Ale i nie o wyścigi chodzi w edukacji.

Karate Kid

Niedawno w jednym z łódzkich przedszkoli koleżanka zapisywała dziecko na zajęcia dodatkowe. Miała do wyboru dla swojej pociechy taniec lub aikido. Zdecydowała się na taniec. Wybór, moim zdaniem, wybitnie rozsądny – choć wielu rodziców zapewne wolało przystroić malca w kimono. Osobiście jednak uważam, że koncept uczenia tak małego dziecka sztuk walki, nawet jeśli nazwiemy je techniką samoobrony, wydaje się, mówiąc łagodnie, z gruntu nieprzemyślany. Dziwię się dyrektorom placówek, którzy – mimo kwalifikacji pedagogicznych – nie mają głębszej refleksji nad tym tematem.

Powiedzmy sobie szczerze: dla pięciolatka szlachetna filozofia sztuk walki jest abstrakcją. Poznawane techniki postępowania z przeciwnikiem skłaniają do podobnej aktywności poza zajęciami, w trakcie zabaw z rówieśnikami. Ocena zachowań agresywnych z perspektywy dziecka jest względna i nawet niewłaściwie dobrany repertuar kreskówek może wypaczać kształtujące się dopiero myślenie i postrzeganie świata. Stawiam na edukację muzyczną: dlatego, że łagodzi obyczaje, uczy estetyki i odbierania dóbr kultury, rozwija szeroką gamę umiejętności, wzbudza prospołeczne wzorce współdziałania z innymi, a w przyszłości może nawet pozwoli potańczyć z gwiazdami. Nie przekreślam, rzecz jasna, zajęć sportowych w duchu sztuk walki, ale powinny one być dostosowane do wieku dziecka i jego percepcji psychologicznej.

Być może przydałby się wnikliwy przegląd oferty edukacyjnej pod kątem eliminacji zaiste niepedagogicznych pomysłów.

Na krawędzi szaleństwa I

Oskary rozdane. Jednak nie wszystko złoto, co się świeci. Zamorskie targowisko próżności w gruncie rzeczy jest ucieleśnieniem koncepcji „Matrixa”, ongiś sprawnie skręconego przez braci Wachowskich, którzy teraz już braćmi nie są, tylko rodzeństwem, gdyż jeden z braci zmienił płeć i stał się siostrą. Na koniec ciężkiego tygodnia (choć w tym miejscu prof. Miodek udzieliłby słusznego pouczenia o niestosowności wyparcia przymiotnika „trudny” niesynonimicznym „ciężki”) autorski wybór wydarzeń, które sprawiły, że mam nieodparte uczucie nasilającej się epidemii szaleństwa. Komentarz subiektywny, szaleństwo – nie…

Obcy kontra Kapitan Ameryka

Niezidentyfikowani – choć tylko z rosyjskiego punktu widzenia – sprawcy zajęli Krym. Car Władimir Władimirowicz przypuszcza, że konfekcję kupili w ogólnie dostępnym sklepie z militariami. Kałasznikowy pewnie na jarmarku, a pojazdy opancerzone i kamazy – w autokomisie. Kto wie, czy nie rozpoczęła się tym samym inwazja obcych na naszą zieloną jeszcze gdzieniegdzie planetę. Wiadomo tylko, że obcy nie chcą się komunikować z mediami i czynią to po rosyjsku. Zaniepokoiło to amerykańskich superbohaterów, którzy gorączkowo szukają teraz Ukrainy na mapie.

Powrót zombi

Samoobrona – nie Krymu ani Majdanu, jeno Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, kibicuje Putinowi. Zachodzi realna obawa, że znajdzie się jakiś niezadowolony z rządów premiera Tuska sołtys, który pojedzie na Kreml i poprosi o pomoc, a może nawet aneksję sołectwa do Federacji Rosyjskiej. Rosjanie nigdy nie odmawiają patriotom – swoim, o czym przekonali się uczestnicy słynnej imprezy w Targowicy.

Rambo w sutannie

Ksiądz proboszcz z Turu (woj. łódzkie) wybrał się z wizytą do sąsiadów. Niestety, duchowny pomylił kropidło z siekierą, czym prawie śmiertelnie wystraszył domowników. Ci wezwali policję, która tak zestresowała księdza, że aż poszarpał się z interweniującymi funkcjonariuszami i w efekcie trafił do aresztu. To musiało być prawdziwe piekło, skoro teraz zaniemówił i ukrywa się przed polskojęzycznymi mediami. Może przygotowuje się do rekolekcji, by urządzić lokalnym grzesznikom jesień średniowiecza.

Widoki z czwartego stopnia piramidy (finansowej)

Naiwnie byłoby pytać, co najlepiej mobilizuje pracowników do efektywnej pracy. Jeśli założymy idealny model, że wszyscy uczestnicy rynku pracy starają się dobrze wypełniać powierzone im obowiązki, a nawet wyprzedzać oczekiwania przełożonych, to można byłoby zapomnieć o finansowych instrumentach motywacji. Kłopot w tym, że takie założenie jest utopijne. Etyka zawodowa – etyką, ale biznes rządzi się pewnymi regułami. Wydajność pracownika nie jest wartością constans.

Spróbujmy pod uniwersalne słowo „pracownik” podstawić bardziej konkretne: „nauczyciel”. W tym przypadku pracodawca płaci, co przykazuje ustawa, a motywuje rzadko i raczej dość symbolicznie. Czasami zdarza się, że dyrektor szkoły rozdysponowuje budżet dodatków motywacyjnych jakby wbrew logice celów, którym środki te mają służyć. Uznaniowość jednak to odmienna kwestia – miejmy nadzieję, że marginalna.

Kłopot, jak często to bywa, tkwi w systemie. Moim zdaniem, aktualna hierarchia nauczycielskich stopni nie do końca odpowiada interesom szkolnictwa jako segmentu – co by nie powiedzieć – gospodarki. Dynamizm i kreatywność działań nauczycieli, ubiegających się o awans, niejednokrotnie są niebagatelną siłą napędową życia szkoły. Kiedy nauczyciel osiąga już wszystko, co możliwe, czyli zasadniczo stopień dyplomowanego, niejednokrotnie traci energię. Nie chcę, by powyższe stwierdzenie zabrzmiało jak niesprawiedliwe oskarżenie; nie jest to przecież powszechna reguła. A jednak gdyby system stwarzał możliwość wspinania się po kolejnych szczeblach oraz – co oczywiste – gratyfikował owe wysiłki – poziom pracy szkół mógłby znacząco wzrosnąć. Niewykorzystany potencjał jest ogromny. Świadczą o tym choćby niedostateczna frekwencja na różnego rodzaju formach doskonalenia zawodowego czy stosunkowo niewielka ilość nauczycielskich publikacji. Tajemnicą poliszynela pozostaje smutny fakt, że ośrodki metodyczne stają na głowie, by zwabić uczestników szkoleń i kursów. Bardziej rozbudowana gradacja wydaje się uzasadniona, ale pod warunkiem – raz jeszcze to podkreślmy – równoczesnego awansu płacowego. Na to jednak, mówiąc wprost, nie zanosi się. Więc motywacja nabiera negatywnego wymiaru psychologicznego: jak się nie postarasz, to stracisz miejsce pracy. I tak oto rośnie stopień lęków, frustracji, wypalenia i stresu, do których nikt nie chce się przyznać, by nie okazywać słabości.

Poczucie przeskoczenia najwyższej poprzeczki, czyli kuratoryjnej procedury „dyplomowania”, daje krótkotrwałą satysfakcję, zaś brak dalszych wyzwań na horyzoncie awansu wpędza nauczyciela w rutynę znaną z „Dnia świra”…

P.S. Inspiracją do powyższych rozważań była lektura „NAHT 2013-2014 Salary Scales: a handy reference to current pay levels”; skala uposażeń angielskich nauczycieli obejmuje ponad 40 stopni, związanych z kwalifikacjami i stażem. Początkujący nauczyciel w londyńskiej szkole publicznej zarabia rocznie równowartość 220 tys. zł; jego najbardziej doświadczony kolega może zarobić ponad 560 tys. zł. Proporcje zasadniczo podobne do Polski, jednak siła nabywcza płacy mimo wszystko wyższa na Wyspach.

Polskie tradycje: Środa Popielcowa

Świadomość polskich tradycji i genezy współczesnych reliktów dawnych zwyczajów jest dość szczątkowa. Z tego względu OświatowyBlog.pl inauguruje nowy cykl krótkich szkiców, przybliżających kalendarz przodków. Literatura przedmiotu, będąca efektem badań etnograficznych, które na polskiej ziemi zainicjował Oskar Kolberg, jest bardzo obszerna. Kalendarium tradycji stanowi materiał na obszerne opracowanie, tymczasem lapidarna forma blogowego przekazu rządzi się swoimi prawami, podporządkowanymi cierpliwości Szanownych Czytelników. Szkice będą zatem ledwie rysem obrazu, którego kształty i koloryt mogą Państwo bez trudu uzupełnić – w miarę swoich zainteresowań.

Kalendarz staropolski opierał się, co oczywiste dla europejskiego kręgu kulturowego, na kalendarzu liturgicznym chrześcijaństwa. Tok świąt wyznaczał rytm życia: pracy, odpoczynku i celebracji. Kulturowe bogactwo poszczególnych krain geograficzno-historycznych Polski odznacza się własną specyfiką, regionalnymi zwyczajami i modyfikacjami tradycyjnych obrzędów.

Dziś Środa Popielcowa, zwana też Popielcem – początek czterdziestodniowego okresu Wielkiego Postu (dodajmy, iż w okresie średniowiecza, według wprowadzonych wówczas regulacji, post obowiązywał wiernych od 20. do 70. roku życia; dziś przedział wiekowy to 18-60). Współcześni chrześcijanie w tym dniu udają się do kościołów, by przyjąć publiczny gest pokuty, symbolizowany posypaniem głów popiołem. Popiół ma przypominać człowiekowi o jego marności oraz genezie, którą Biblia przedstawia w słowach: „wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi” (Rdz 2, 7). A także o kierunku, w którym zmierza doczesna powłoka, ulegając procesowi rozkładu po śmierci. Ten ostatni element wpisywał się w popularyzację ascetycznego modelu pogardy dla materii cielesnej, zapoczątkowanej w średniowieczu, a na nowo rozpowszechnionej w epoce baroku.

Nowożytny model religijności (devotio moderna) akcentuje aktywność duchową wiernych, dlatego obecna percepcja Środy Popielcowej jest stosunkowo odległa od przeżyć i zachowań ludzi w dawnych czasach; wówczas wierni, uczestniczący w formach kultu religijnego, często postępowali dość mechanicznie, bez większej refleksji. Wpływ na ten stan rzeczy miało bardzo wiele czynników, m.in. powszechna wręcz nieznajomość języka liturgii, czyli łaciny – domeny wykształconych elit. Czynności liturgiczne kojarzyły się prostym ludziom z obrzędami nieco magicznymi, dlatego też obserwowano silny związek między kalendarzem liturgicznym a tradycjami na poły magicznymi, których celem miało być przede wszystkim zapewnienie dostatku i pomyślności. Widać to także na przykładzie zwyczajów towarzyszących Środzie Popielcowej. W tym dniu życie społeczności lokalnych koncentrowało się wokół dwóch miejsc: kościoła i… karczmy.

Post w Środę Popielcową należał do tzw. „obligacyj”, jak pisał Jędrzej Kitowicz w słynnym „Opisie obyczajów za panowania Augusta III”, czyli obowiązków religijnych – w odróżnieniu od „dewocji”, czyli praktyk dobrowolnych (np. poszczenie w środy). O ile wymiar kościelny opisywanego dnia wydaje się już dość oczywisty, to zaskakiwać mogą praktyki biesiadowania w gospodach. Tymczasem przy oddzielnych stołach gromadzili się mężczyźni i kobiety, by w asyście alkoholu i śledzia, a także kiszonej kapusty, bezmięsnych pierogów oraz blin, wznosić osobliwe „zaklęcia – toasty” za pomyślność tegorocznych plonów. Dodajmy, iż karczma była teatrem oryginalnego spektaklu już w przeddzień Popielca, a właściwie w noc odpustową; wtedy to po gospodach świętokradcze, jakby dziś powiedziano, „kazania” głosili poprzebierani za duchownych młodzianie, a tuż po północy serwowano tzw. podkurek (posiłek, obejmujący wyłącznie produkty z mleka, jaj i ryb). Nie mogło się odbyć bez tańców, jakże nie licujących z późniejszym kościelnym zakazem organizowania „zabaw hucznych”. Jedynym śladem postu w tym podrygiwaniu gawiedzi był brak koedukacji, czyli odrębność grup damskich i męskich.

Z postem trudno też utożsamiać zwyczaj robienia żartów innym bliźnim w celu zapewnienia sobie  solidnej porcji rubasznej rozrywki. Na ogół starano się dotkliwie pobrudzić „ofiary” – czymże innym jeśli nie popiołem lub sadzą – oraz ośmieszyć je na inne sposoby. W wielu regionach Popielec można porównać do wielkanocnego Śmigusa Dyngusa, z tą różnicą, że zamiast wody używano… popiołu.

Obiektem żartów zwyczajowo padały panny na wydaniu, którym nie poszczęściło się w sezonie, tj. nie wyszły za mąż lub też nie zaręczyły się. „Pojmane” niewiasty zaprzęgano do drewnianych kłód, a następnie „pędzono” przy użyciu batów przez wieś – oczywiście do najbliższej karczmy, gdzie istniała możliwość wykupienia się od poniżającego rytuału przy pomocy okazjonalnej waluty tamtych czasów, czyli alkoholu. Praktykowano też przyczepianie do kobiecych strojów rozmaitych niesympatycznych „ozdób”, np. kurzych łapek czy drewnianych laleczek. Nie trzeba tłumaczyć, gdzie zazwyczaj znajdowała się lokalizacja tychże „broszek”… Na tle wspomnianych tradycji zwyczajowe czyszczenie garnków popiołem, wieszanie śledzi na sznurkach lub obnoszenie naczynia z żurem – podstawą postnej diety, wydają się „technikami” nader wyciszającymi emocje karnawału. Cóż, takie to były czasy, kiedy nie było telewizji i setek innych wynalazków, a ludzie w większości pracowali w lokalnym show biznesie – jako wolontariusze.

Na zakończenie wypada wyrazić skruchę, że w tym popielcowym tekście było tak wiele mowy o alkoholu i zabawie, ale cóż poradzić na dziedzictwo historii…

Korzystałem m.in. z: J. Chelini, Dzieje religijności w Europie Zachodniej w średniowieczu, Warszawa 1996; R. Hryń-Kuśmierek, Z. Śliwa, Encyklopedia tradycji polskich, Poznań 2007; B. Baranowski, Kultura ludowa XVII i XVIII w. na ziemiach Polski Środkowej, Łódź 1971; cytat z „Księgi Rodzaju” w przekładzie Biblii Tysiąclecia (wyd. IV).