Miesięczne archiwum: Luty 2014

O edukacji historycznej w TOK FM: najsłabsze ogniwo

W poniedziałkowej audycji w radio TOK FM nauczyciel historii z prywatnego warszawskiego liceum dr Piotr Laskowski ostro skrytykował edukację historyczną we współczesnej szkole, zarzucając jej m.in. konstrukt ideologiczny, epatowanie patriotyczną historiozofią i „prostackie wartościowanie”. Nie wiem, jakiej historii uczy pan Laskowski, i jakie traumatyczne refleksje lub doświadczenia pedagogiczne obciążają jego myślenie, ale jedno jest pewne: nie wszyscy nadają się do tej pracy. Wystąpienie pana Laskowskiego uświadomiło mi, że najsłabszym ogniwem w edukacji jest nie „system”, nie podstawa programowa, lecz człowiek, który uzyskuje od państwa licencję na kształcenie i wychowywanie młodych ludzi. Nie wiem, czy można być dobrym pracownikiem, kiedy kontestuje się sens swojej pracy.

Prawo oświatowe szczęśliwie zakłada, że nauczyciel jest człowiekiem inteligentnym, któremu nie trzeba dawać do ręki wykazu słówek, jakich ma użyć podczas lekcji. Absurdalne zarzuty pana dr Laskowskiego, jakoby niewątpliwie ważny, przywołany na zasadzie egzemplifikacji problem pańszczyzny nie znajdował odzwierciedlenia w edukacji historycznej, wynikają – jak sądzę – z bardzo nieuważnej lektury podstawy programowej. Już na etapie gimnazjum pojawia się analiza „struktury społeczeństwa w trzech zaborach” oraz porównanie „dynamiki zmian gospodarczych i społecznych” na ziemiach polskich w kontekście przemian europejskich. Trzeba mieć albo złą wolę, albo brak fundamentalnej wiedzy historycznej – o co nie posądzam dr P. Laskowskiego – aby nie dostrzec lokalizacji problematyki pańszczyzny w przytoczonych uogólnieniach. Czytanie tekstu ze zrozumieniem to standard, z którego nauczyciele nie powinni czuć się zwolnieni.

Kolejnym kuriozum była teza, że w historii jest „za mało” kobiet. W tym miejscu należałoby przytoczyć obszerny indeks przedstawicielek płci pięknej, które na lekcjach historii pojawiają się w różnym kontekście, jednak sztuka udowadniania, że nie jest się wielbłądem, szczególnie mnie nie bawi. Wszystkim odczuwającym niedosyt zagadnienia polecam bardziej wnikliwe spojrzenie w przeszłość. Żaden „program” (który to – notabene – każdy nauczyciel osobiście może wytworzyć na użytek własny) nie zawiera limitów w tym zakresie, parytetów czy proporcji. Szermowanie takimi nielogicznymi argumentami, poza zamętem w głowach laików, nie wnosi niczego do „napisanej” już przez ludzkość historii.

Pan dr Laskowski mówił z niesmakiem o „nasyceniu [edukacji historycznej] patriotycznym sosem”. Trudno uwierzyć, że tak gruntownie wykształcony pedagog nie zauważył, że niemal każde państwo traktuje szkołę jako instrument wychowania obywatelskiego, narzędzie koniecznej socjalizacji w imię niekwestionowanych wartości instytucji państwa. Jest w tym sens, choć sympatycy anarchizmu z pewnością go nie zobaczą. Być może gość TOK FM patrzy na historię właśnie przez pryzmat swoich osobistych poglądów, także – politycznych. To jednak nie powinno mieć miejsca. Jako nauczyciel jestem „wynajęty” do realizacji ściśle określonych zadań dydaktyczno-wychowawczych, a nie „urabiania” umysłów na swoje podobieństwo. Gdyby historia w szkole służyła tylko prezentacji „obrazków” z dziejów, z powodzeniem wystarczyłby kanał tematyczny w telewizji. Walorem edukacji jest interakcja. Temat zapisany na tablicy często jest jedynie pretekstem do osiągnięcia celów bardziej dalekosiężnych, niż znajomość np. przywilejów szlacheckich.

Model kształcenia historycznego w Polsce jest autentycznie zobiektywizowany i – mimo pewnych słabości – skuteczny w rozwijaniu umiejętności uniwersalnych, ale pod warunkiem kompetentnej obsady kadrowej. Edukacja historyczna jest taka jak nauczyciel. Życzyłbym sobie i wszystkim, by była przede wszystkim mądra.

Krótka bajka o ekonomii

Były czasy, kiedy „dobra ekonomia” opierała się na zasadzie: najpierw oszczędzaj, a później wydawaj. Niestety, człowiek – jako istota niecierpliwa i zachłanna – postanowił nieco odwrócić bieg rzeczy i najpierw kupić, a później płacić. Tak narodziła się „zła ekonomia” – najgorszy doradca człowieka. I najbardziej wpływowy doradca wielu przywódców państw. W efekcie w skali globalnej mało kto wie, kto, ile i komu jest winien. Nie należy osądzać stanu portfela bliźniego po tym, co widać. A najlepszym tego przykładem jest strona internetowa, którą polecam – pod tym oto linkiem: www.usdebtclock.org . Objaśnienia: pierwszy od lewej licznik do aktualny dług publiczny USA.

Czy w tej bajce będzie happy end ? Podobno wszystko zależy od Chińczyków.

Kwestia igrzysk i kwestia chleba

Sukcesy polskich sportowców na zimowych igrzyskach w Soczi wzbudziły wiele pozytywnych emocji. Mam jednak wątpliwości, czy w atmosfera medalowej euforii sprzyja podejmowaniu mądrych decyzji – nie tyle politycznych, co finansowych. Oczywiście cieszy fakt, że Polacy zdobywają złote medale; osobiście jednak odróżniam kibicowanie od niewytłumaczalnej ekstazy, która zaburza zdolność racjonalnej oceny sytuacji. Podkreślam raz jeszcze: mam dla mistrzów olimpijskich wielki szacunek i uznanie. Nie uważam jednak, że kilka medali to wystarczający argument do wydania setek milionów złotych na zorganizowanie w Polsce zimowych igrzysk w 2022 r., jak to zapowiedział premier. Zachwyt, jaki towarzyszy występom Polaków, jest usprawiedliwiony, ale pamiętajmy, że w Soczi rozgrywa się aż 98 konkurencji. Nasi złoci medaliści mają status gwiazd w Polsce, ale poza granicami ich nazwiska będą coś mówiły jedynie kibicom poszczególnych dyscyplin. Potrzebny jest umiar w ocenie naszej kondycji, choć to trudne, bo genetycznie zaprogramowani jesteśmy na sny o potędze.

Zimowe igrzyska olimpijskie generalnie nie tylko nie zarabiają, ale przynoszą organizatorom finansowe straty. Z tych powodów wiele zasobniejszych od nas krajów wycofało się ze starań o organizację tej imprezy za 8 lat. Co więcej, infrastruktura, jaką trzeba stworzyć, w odróżnieniu od olimpiady letniej, służy jedynie ułamkowi lub wręcz promilowi społeczeństwa. Jaki procent młodzieży korzystałby z toru bobslejowego, skoczni narciarskich czy toru łyżwiarstwa szybkiego ? Uważam, że za górę publicznych pieniędzy powinno się promować dyscypliny bardziej ogólnodostępne, budując boiska, pływalnie, korty, hale itp. Potrzebne są wielofunkcyjne obiekty sportowe w różnych miejscach kraju, aby umożliwić dzieciom i młodzieży realny kontakt ze sportem – traktowanym nie tylko wyczynowo, ale rozwojowo. Wielkich inwestycji potrzebują szkolne sale gimnastyczne, gdzie zaczyna się nie tylko droga mistrzów, ale kształtuje się fundamentalną dla zdrowia kulturę fizyczną. To są konkretne cele, służące wszystkim. Nie chodzi o to, aby społeczeństwo gapiło się w telewizory na transmisję igrzysk Zakopane’2020, ale żeby możliwie największa jego część fizycznie uczestniczyła w dobrodziejstwach sportu. Wydajmy te setki milionów (jeśli je mamy), ale nie na show, lecz na dalsze inwestycje „w terenie” – blisko ludzi. By żyło się lepiej – WSZYSTKIM !!!

Portfel filozofa, czyli nieprzyzwoite rozważania o etyce i pieniądzach

Korzystając z okazji, chciałbym złożyć wyrazy współczucia dyrektorom polskich szkół. Z pewnością nie brakuje takich, którzy świetnie czują się w swojej roli, ale źródło tego błogostanu tkwi w skutecznym zwalczaniu głębszych refleksji nad istotą tej pracy. Każdy, kto się otarł o fotel dyrektorski, wie, jak trudno kupić wystarczająco pojemny kalendarz do zapisywania tego, co ma się na głowie. Pomijając najbliższą rodzinę, czyli nauczycieli, pracowników i uczniów, ma się jeszcze humorzastego ojca chrzestnego w osobie kadencyjnie panującego organu prowadzącego oraz dalszych krewnych z kuratorium, którzy czasami wpadają z niechcianą przez gospodarza wizytą. No i jeszcze rodzice naszych milusińskich – jeśli takowi pokazują się u dyrektora, to raczej wróży ciężki dzień. Nie zapominajmy o akwizytorach, których armie każdego dnia szturmują szkoły z lądu, telefonu i Internetu, usiłując wcisnąć jakąś cegłę naturalnie w promocji – w tym przypadku niezastąpiona jest pancerna sekretarka. Bywają też sąsiedzi szkoły, skłonni zamienić swoje lokum na działkę w pobliżu zakładu karnego lub lotniska – w poszukiwaniu ciszy, spokoju i bezpieczeństwa.

Niebawem dyrektorzy będą mieć nowy problem, który w uproszczeniu zowie się „etyka”. Ta z pozoru niegroźna dyscyplina klasycznej filozofii zamieni twórczy chaos, towarzyszący narodzinom planu lekcji, w jeszcze większy chaos. Jeśli dyrektor zainwestował w program do układania planu to teraz zapewne będzie musiał dokupić aktualizację, bo nawet komputer skapituluje wobec nowego wyzwania: pogodzenia etyki z religią…

Już od kilkunastu lat nie mogę opanować zdumienia, jak można było stworzyć antynomię etyki i religii, zakładając, że jeden przedmiot jest alternatywą drugiego. Etyka jako „religia dla niewierzących” jawi mi się jako kompletny humbug, coś na podobieństwo „ideologii gender”, tylko jeszcze bardziej wykoślawione pojęciowo. Opozycja tych „przedmiotów” szkolnych jest nieporozumieniem. Słusznie pojawia się więc w naszym oświeconym resorcie myśl, że mogą znaleźć się tacy uczniowie, którzy będą chcieli uczestniczyć zarówno w lekcjach etyki, jak i w katechezach. I w tym miejscu rolę przejmują sztabowi planiści na pierwszej linii edukacyjnego frontu, którzy muszą „upchnąć” etykę w taki sposób, aby dać szansę udziału w tych zajęciach uczniom chodzącym na religię. Czy teraz rozumieją Państwo moje wyrazy współczucia dla dyrektorów ?

Na etyce problem jednak się nie kończy. Zniesienie ograniczeń organizacyjnych i „limitu” liczby uczniów, którzy chcą uczęszczać na zajęcia z religii (różnych wyznań, uznawanych przez państwo) lub etyki jest koniecznością, wynikającą z orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. W konsekwencji, jeśli w danej szkole, w poszczególnych klasach, pojawią się pojedynczy uczniowie, deklarujący chęć udziału w zajęciach z religii mniejszości wyznaniowych, może powstać naprawdę poważny kłopot: kadrowy (zatrudnienie uprawnionych katechetów), finansowy (zajęcia pochłoną sporo pieniędzy), organizacyjny (umieszczenie zajęć w planie lekcji, zapewnienie właściwej Sali itp.). Zasadniczo intencja regulacji jest słuszna – ma umożliwić korzystanie z pełni konstytucyjnych praw wszystkim obywatelom – bez względu na wyznanie i wielkość wspólnoty religijnej, do której należą. W praktyce jednak widać piętrzące się trudności; nie da się ich uniknąć w aktualnym modelu edukacji, gdzie wychowanie religijne jest zintegrowane z systemem szkolnym. Aby nie narażać się na zarzut dyskryminacji kogokolwiek, państwo musi dołożyć do systemu „trochę” pieniędzy. Szkoda, że o tych skutkach nowelizacji rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej „wiem, że nic nie wiem”, jak mawiał Sokrates..

Misja: (dez)informacja

Psychoza – to słowo najlepiej opisuje stan emocji, towarzyszących sprawie zwolnienia z zakładu karnego Mariusza T. – mordercy czwórki dzieci. Odrażający charakter tej zbrodni w pełni tłumaczy postawę społeczeństwa, które w większości nie znajduje usprawiedliwienia dla amnestii, jaka stała się udziałem Mariusza T. Powszechne poczucie sprawiedliwości w tym przypadku rozmija się z literą prawa, które z kolei jest dziełem polityków. Przerzucanie się odpowiedzialnością za „niedopatrzenie” to nic innego jak żonglerka gorącym ziemniakiem i szkoda tracić czasu, by to komentować.

W kontekście bulwersującej opinię publiczną sprawy pojawił się zgoła inny problem: poziom mediów informacyjnych. O ile można zrozumieć komercyjny sektor tego rynku, goniący z konieczności za sensacją, to jednak telewizja publiczna – mówiąc łagodnie – przegięła. Sztandarową antenę informacyjną TVP INFO – w ostatnich dniach niemal opanował zza krat Mariusz T. Dywagacje na jego temat stały się wręcz karykaturalne, a oprawa kolejnych „newsów” – na miarę wydarzeń stulecia. Transmisje spod zakładu karnego w Rzeszowie i osiedla w Piotrkowie Trybunalskim budowały do skali możliwości napięcie wśród widzów. Z „pasków” można było wyczytać: „bestia”, a dla rozwiania ewentualnych wątpliwości prowadzący dodawał: „szatan z Piotrkowa”. W ten oto sposób media publiczne nie tyle pokazują naszą rzeczywistość, co ją kreują. Odmienianie przez wszystkie przypadki nazwiska T. uczyniło zeń nieobecnego celebrytę. Śledząc ten kanał – w tym przypadku słowo to nabiera podwójnego znaczenia – można dojść do wniosku, że oto świat się zatrzymał, że przestało się cokolwiek dziać, że cywilizacja czeka tylko na nowy fakt z celi T. Nagle spadło do zera zainteresowanie protestami na Ukrainie czy też sytuacją polskiej opieki zdrowotnej, królującymi do niedawna w przekazach. Szkoda, że o wielu zdecydowanie ważniejszych dla przeciętnego obywatela naszego kraju wydarzeniach NIC się nie mówi, a (medialny) świat kręci się wokół T.

Rozmaici eksperci i komentatorzy dywagują, czy sprawa T. to sukces czy porażka polskiego wymiaru sprawiedliwości i instytucji państwa prawa. Niektórzy z nich twierdzą, że porażką byłoby dalsze przetrzymywanie T. Cóż, nasi czołowi sojusznicy i podobno najemcy tajnych więzień na Mazurach nie mają wątpliwości co do tego, że są globalnym centrum demokracji i praw człowieka, choć w Guantanamo trzyma się ludzi bez wyroków sądowych. Może należy uczyć się komfortu psychicznego właśnie od naszych sojuszników.

W Polsce jest obecnie osadzonych prawie 80 tysięcy więźniów. Każdy z nich to wydatek z kieszeni podatników – niemal 30 tys. zł rocznie. Za święty spokój trzeba płacić. Ale media z TVP INFO na czele zapominają, że każdego dnia mury zakładów karnych opuszczają przestępcy, którzy teoretycznie zagrażają społeczeństwu w stopniu nie mniejszym niż T. Czy resocjalizacja jest tak skuteczna, jak byśmy chcieli ? Czy ludzie, opuszczający więzienia, mają jakąś alternatywę wobec powrotu za kraty, choćby z powodu niemożności utrzymania się z uczciwej pracy ? Spłycanie poważnych tematów do tabloidalnego wymiaru sprawy T. i nakręcanie spirali lęku przynosi więcej złego niż dobrego. Obawiam się jednak, że nie „misja” tu się liczy, tylko przykucie widza to telewizora, nawet za cenę epatowania prymitywnymi instynktami.

Zapomniana rocznica: 95 lat powszechnego nauczania w Polsce

95 lat temu, na mocy dekretu Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego z  dnia 7 lutego 1919 r., wprowadzono powszechny obowiązek szkolny na terytorium niedawno odrodzonego, jeszcze nie ukształtowanego granicami państwa polskiego. Był to jeden z najważniejszych aktów prawnych w dziejach polskiej oświaty, ucieleśniający postulaty pedagogów, formułowane jeszcze w okresie niewoli narodowej. Edukacja jako niezbędny warunek cywilizacyjnego postępu, rozwoju jednostki i społeczeństwa, stała się jednym z realnych priorytetów odbudowywania państwowości. Władze państwowe i lokalne słusznie dostrzegały w niej kluczowy instrument wychowania obywatelskiego oraz integracji zróżnicowanych pod wieloma względami regionów Drugiej Rzeczypospolitej.

Wspomniany dekret ustanawiał bezpłatną obowiązkową naukę w szkole powszechnej dla dzieci w wieku od 7 do 14 lat. Obowiązek organizacji szkół doraźnie został nałożony na gminy, które musiały otworzyć placówkę w każdej miejscowości, gdzie mieszkało co najmniej czterdzieścioro dzieci w wieku szkolnym. Jeśli liczna ta była mniejsza, dopuszczano tworzenie szkół zbiorczych dla kilku miejscowości. Z założenia szkoła powszechna była siedmioklasowa i siedmioletnia (zwróćmy uwagę, że nie jest to synonim), jednak z uwagi na liczne trudności organizacyjne dopuszczono w okresie przejściowym istnienie szkół cztero- i pięcioletnich oraz uzupełniających, odpowiednio trzy- i dwuletnich. Obowiązek szkolny, stanowiący dla większości obywateli państwa novum, miał być egzekwowany pod groźbą kar pieniężnych dla rodziców, a dla wyjątkowo opornych – nawet pod groźbą aresztu. W ten sposób ustawodawca chciał przełamać irracjonalny opór nieuświadomionej części społeczeństwa, która nie dostrzegała potrzeby edukacji dzieci. Pamiętajmy, że osobliwym źródłem niechęci do instytucji szkoły było m.in. wykorzystywanie dzieci jako siły roboczej – zjawisko o skali masowej, zwłaszcza na wsi.

Dekret z lutego 1919 r. unifikował kwestię obowiązku szkolnego, która w poszczególnych częściach państwa polskiego wyglądała różnie – w zależności od ustawodawstwa zaborców. Na terenie dawnego zaboru rosyjskiego obowiązek taki nie istniał, w związku z czym ziemie byłego Królestwa Polskiego cechował największy poziom analfabetyzmu. Inaczej było na ziemiach, administrowanych przez Niemców; w Wielkopolsce i ziemi warmińskiej powszechne nauczanie trwało 8 lat, a na Śląsku – o rok mniej. Wysoki stopień scholaryzacji przekładał się jednak na większy zasięg polityki germanizacyjnej, której służyła instytucja szkoły. Najlepsza sytuacja utrzymywała się na terytorium Galicji, cieszącej się autonomią w ramach monarchii austro-węgierskiej; obowiązkowa edukacja w miastach trwała 7 lat, a na wsi – 6 lat. To właśnie z Małopolski, gdzie swobodnie rozwijały się polskie szkolnictwo i kultura, wywodziło się najwięcej nauczycieli o doskonałych kwalifikacjach; tam też panowało początkowo największe bezrobocie wśród inteligentów, co skłaniało do podróży w poszukiwaniu pracy. W latach 20. XX wieku ukuł się nawet termin „Galileusze”, oznaczający pedagogów z Galicji, przybyłych do centralnej Polski.

Szkoda, że pamięć o wprowadzeniu obowiązku szkolnego w Polsce przed 95 laty jest udziałem jedynie nielicznych. Do tego grona należy niezawodnie Muzeum Oświaty Ziemi Łódzkiej, funkcjonujące w ramach Pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej w Łodzi.

Stół z powyłamywanymi nogami

Postawa posłów partii Solidarna Polska uniemożliwiła w dniu dzisiejszym jednogłośnie przyjęcie przez Sejm uchwały z okazji jubileuszu rozpoczęcia obrad „okrągłego stołu” (lub obrad Okrągłego Stołu – bo różne formy zapisu są spotykane i równouprawnione). Skąd ta alergiczna reakcja polityków, tym bardziej dziwna, że nawet „macierzysty” dla drużyny Zbigniewa Ziobro klub Prawa i Sprawiedliwości był „za” ? Chyba właśnie po to, by po raz kolejny podjąć desperacką próbę zaistnienia w świadomości zdezorientowanego elektoratu w dramatycznej walce o przetrwanie na scenie parlamentarnej. Przy okazji media dywagują na temat oceny tego, co stało się w Polsce w 1989 roku.

Świadomość historyczna Polaków jest oparta na dość kruchych podstawach, skoro opiera się na ocenach stricte politycznych i ahistorycznych. Problem pogłębia spłycona edukacja – w efekcie zamiast rzetelnej wiedzy, skutkującej rozważną interpretacją faktów i procesów dziejowych, mamy chaos pojęciowy i próżnię faktograficzną.

Historii nie powinno oceniać się przez pryzmat współczesnej polityki. Niestety, dzieje się tak nader często. Przykład – kolejny gorący temat o postawie płk. Ryszarda Kuklińskiego, wywołany premierą filmu „Jack Strong”. Dociekliwość dziennikarzy i komentatorów w poszukiwaniu odpowiedzi na niebywale naiwne pytanie „bohater czy zdrajca ?” jest nieproporcjonalna w stosunku do innych problemów współczesności. Ale media, jak i polityka, też mają swoje prawa: prawa popytu i podaży (informacji).

Człowiek ma tę wspaniałą właściwość, aby pamiętać dobre chwile, a wymazywać z pamięci te złe. To ważna nieuświadomiona umiejętność, pozwalająca zachować psychikę w lepszej kondycji. Nic dziwnego, że z sentymentem wspominamy czasy odległe, a w zasadzie to, co w nich szczególnie urokliwe. Wspomnienia młodości to zasób wyodrębniony z kontekstu, często nawet tragicznego; mimo trudnych realiów – chętnie skorzystalibyśmy z wehikułu czasu… Nie spodziewajmy się zatem, że społeczeństwo będzie obiektywne w ocenie przeszłości. Nawet historykom przychodzi to z wielkim trudem. W konsekwencji wszelkie badania opinii publicznej na temat przeszłości obarczone są poważną skazą radykalnego subiektywizmu i indywidualizmu, oderwanych od rzeczywistości.

Wszyscy zagorzali krytycy Okrągłego Stołu ignorują fundamentalny fakt: ówczesną perspektywę. Łatwo jest oceniać wydarzenia po upływie kilkunastu czy kilkudziesięciu lat, znając ich następstwa i dalsze koleje dziejów świata; w 1989 r. nikt nie spodziewał się rychłego rozpadu sowieckiej galaktyki. Wszystko, co zostało uzgodnione przy Okrągłym Stole, opierało się na ówczesnej świadomości uczestników obrad i ich prognozach, a nie na znajomości historii świata z perspektywy 2014 r., czego jednak gros ludzi zdaje się nie rozumieć. Bagatelizują również fakt, że porozumienie wypracowane przy „meblu równości” uchroniło Polskę od prawdopodobnego scenariusza krwawej rewolucji, która stała się udziałem np. Rumunii. Ten historyczny i bezprecedensowy dialog bez wątpienia wytyczył drogę kruszenia niedemokratycznych ustrojów w naszej części Europy. Znamienna była też ocena wydarzeń, dokonana wówczas przez papieża Jana Pawła II, który polskiemu „komunistycznemu” jeszcze ministrowi spraw zagranicznych, goszczącemu w Rzymie, powiedział: „Dziękuję Bogu, że pozwala Polakom podejmować takie decyzje” (cytat za: Jonathan Kwitny, Człowiek stulecia. Życie i czasy papieża Jana Pawła II, Warszawa-Chicago 1998, s. 594).

Wszystkim, którzy nie chcą uczyć się historii od polityków, a w szczególności tych kontestujących bezmyślnie status quo ante i relatywizujących dzieje na niecne potrzeby kampanii wyborczej, polecam dwie książki prof. Andrzeja Garlickiego: „Karuzela. Rzecz o Okrągłym Stole” (Warszawa 2004, ss. 375) oraz „Rycerze Okrągłego Stołu” (Warszawa 2004, ss. 250). Sądząc po skali emocji, wielu współczesnych polityków chętnie powyłamywałoby Okrągłemu Stołowi nogi i użyłoby ich jako narzędzi w konfrontacji z konkurencją.

Nie będzie darmowych podręczników

Rynek podręczników to swoisty fenomen w gospodarce wolnorynkowej. Nie działają tu klasyczne prawa popytu i podaży, sterujące ceną, gdyż wyboru produktu nie dokonuje konsument, ale jego „pełnomocnik”, czyli nauczyciel. Oczywiście nie sposób wyobrazić sobie, aby ktoś inny niż nauczyciel dokonywał tego wyboru. Równocześnie jednak na wybór praktycznie w ogóle nie wpływa cena produktu, ale jego inne walory – nazwijmy, merytoryczne. W konsekwencji wydawnictwa nie muszą konkurować ze sobą ceną, ale innymi argumentami. Był czas, kiedy te „argumenty” przybierały postać rozmaitych gratisów dla szkół i samych nauczycieli, co niebezpiecznie przybliżało cały mechanizm wyboru podręcznika do definicji korupcji – zręcznie zawoalowanej, Stosowano rozmaite tricki marketingowe, oferując np. rzutniki w zamian za zamówienie przez daną szkołę określonej ilości kompletów podręczników. Nie chcę wspominać o osobistych korzyściach, jakie wydawnictwa fundowały pedagogom, typu skórzane teczki, i chciałbym wierzyć, że żaden nauczyciel nie wybierał produktów wydawnictwa z powodu takich właśnie podarunków.

Kiedy stworzono przepisy, uniemożliwiające wydawcom praktyki przekazywania szkołom gratisów i bonusów, rywalizacja przeszła na pole wartości merytorycznej podręczników i ich „obudowy”, czyli arsenału dodatkowych środków dydaktycznych. Ale i tu pojawiła się „mała patologia”: kuszono nauczycieli perspektywą ułatwienia pracy, oferując gotowe plany wynikowe, prezentacje multimedialne do konkretnych tematów, zbiory testów, które dało się szybko sprawdzić przy pomocy klucza, i inne przydatne narzędzia. Problem polega jednak na tym, że koszt opracowania i dystrybucji tych wszystkich instrumentów wliczony jest zwykle w cenę podręczników…

Nauczyciel czy też zespół nauczycieli danego przedmiotu może dokonywać wyboru podręcznika w całkowitym oderwaniu od aspektu ceny. W zasadzie rozbieżność między cenami różnych podręczników nie jest duża, bo skoro wydawcy w ogóle nie muszą konkurować między sobą na tej płaszczyźnie to po prostu tego nie robią. Efekt w postaci rachunków, jakie płaci rodzic, jest oczywisty. Trudno się dziwić, jak duże emocje wzbudza temat kosztów podręczników, i bez wątpienia zasługuje on na mądre regulacje, skoro wolny rynek w tym obszarze nie sprawdza się. Cz jednak wizja monopodręcznika, czyli jedynie słusznej i wszechobowiązującej pomocy dydaktycznej jest tym, na co czekamy ???

Doświadczenie pokazuje, że stworzenie dobrego podręcznika – pod względem naukowym, językowym, graficznym itp. – jest zadaniem trudnym. Poszczególne wydawnictwa eksperymentowały latami z różnym skutkiem, angażując wielu autorów, recenzentów, ekspertów. Założenie, że uda się stworzyć DOBRY podręcznik w kilka miesięcy (do września tego roku) wydaje się bardzo ambitne. Co prawda, rzecz dotyczy „tylko” klasy I szkoły podstawowej, ale pozory banalności zadania są nader zgubne. Można się obawiać, czy „darmowy podręcznik” nie podzieli przypadkiem losu popularnej ongiś kiełbasy – wyborczej… Taki „gratis” dla społeczeństwa tuż przed wyborami samorządowymi oraz w bliskiej perspektywie wyborów parlamentarnych to marzenie każdego partyjnego PR-owca.

I jeszcze jedno: to nie będzie żaden „darmowy podręcznik” – po prostu ktoś inny za niego zapłaci; zamiast rodziców uczniów – wszyscy podatnicy. Nie powinno to budzić protestów, wszak edukacja publiczna jest finansowana z budżetu, a podręcznik to jeden z jej nieodłącznych elementów. Nie posługujmy się jednak ekstremalnie populistycznym językiem, akcentującym „darmowy” charakter czegoś, co darmowe nie jest. Bez wątpienia natomiast produkt może być tańszy, gdyż marża wydawców komercyjnych do małych nie należy. Inna kwestia, jak dystrybucja podręczników „państwowych” – bezpośrednio do szkół – wpłynie na rynek księgarski. Cóż, książka w Polsce jest relatywnie droga, co czyni ją towarem ograniczonej dostępności, a mniejsze księgarnie w znaczącym stopniu utrzymują się dzięki dorocznym „żniwom” w postaci sprzedaży podręczników…

Osobiście marzy mi się zupełnie inna koncepcja podręcznika: otwartego, tworzonego przez nauczyciela z udziałem uczniów, umożliwiającego elastyczny dobór elementów składowych w postaci ikonografii czy infografik, działającego jak powszechnie dostępna baza danych w sieci, z której mogę pobrać, zmodyfikować i wydrukować taką wersję danego rozdziału, jaką uważam za optymalną dla potrzeb swoich uczniów. Drukowanie jednego „państwowego” podręcznika w XXI wieku, kiedy wolność WYBORU jest wartością samą w sobie, to jednak anachronizm. Dobre chęci nie zastąpią dobrego pomysłu.