Miesięczne archiwum: Grudzień 2013

Prognozy na nowy 2014 rok

Prognozowanie do niedawna uchodziło za naukową odmianę wróżbiarstwa; zamiast czarnego kota i kryształowej kuli mieliśmy pod ręką statystyki, wskazujące trendy. Ostatnimi czasy okazało się jednak, że prognozowanie bardziej przypomina loterię – któryś ze scenariuszy na pewno się sprawdzi, a jeśli do wyboru są opcje na „tak” lub „nie” – prawdopodobieństwo „naukowego” przewidzenia przyszłości wzrasta do 50 procent. I tak oto ekonomiści nie mają pojęcia, czy będzie hossa czy bessa, a politolodzy nie wiedzą, kto okaże się wyborczym zwycięzcą, a kto przegranym. W tych ekstremalnie trudnych warunkach prognozowania, porównywalnych do możliwości ulepienia bałwana na terenie województwa łódzkiego w ciągu najbliższych 24 godzin, podejmuję się powiedzieć Szanownym Czytelnikom, co przyniesie rok 2014.

To będzie dobry rok. Zwłaszcza dla Chińskiej Republiki Ludowej, gdy podliczy bilans handlowy za ostatni kwartał minionego roku. Co prawda, nie poczytuję sobie zdolności tak dalece profetycznych, jakimi legitymował się Stanisław Wyspiański w „Weselu”, pisząc o mocno trzymających się Chińczykach, jednak tego akurat jestem pewien. Głównie za sprawą naukowej analizy oferty handlowej świątecznych gadżetów, koniecznie z metryką „made in China”.  Kiedy zamienimy te wszystkie lasy plastikowych choinek, rzesze figurek do szopek, tysiące ton ozdób i miliardy kolorowych żaróweczek na walutę – rząd w Pekinie może spać spokojnie. Nowej rewolucji (bo dwie pierwsze zafundował Mao) tam nie będzie. Jeszcze nie.

Co do rewolucji – atmosfera się zagęszcza niczym chemikalia w keczupie. Nie wszyscy korzystają w porównywalnym stopniu z dobrodziejstw rozwoju technologicznego i cywilizacyjnego; przepaść między globalnym proletariatem a równie globalnym kapitałem będzie się zwiększać do tego stopnia, o jakim nawet Karol Marks nie śnił. Dobrobyt kasty uprzywilejowanych dalej będzie wywoływał wściekłość mas, co może w kilku punktach świata zaowocować poważnymi perturbacjami. Pamiętajmy też, że dziejowy eksperyment pt. „integracja europejska”, przynoszący podzielonej niegdyś Europie wspaniałe owoce pokoju i stabilizacji, nie jest naśladowany w innych częściach świata; w wielu regionach królują nacjonalizmy i szowinistyczne ideologie jakby sprzed stu lat, które każą zabijać w imię chorej doktryny politycznej supremacji jednych nad drugimi.

W przededniu wybuchu II wojny światowej Polską rządziły dwie trumny: Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego. Spór między zwolennikami tych postaci był siłą napędową polityki schyłku Drugiej Rzeczypospolitej. Dobrych efektów to nie przyniosło. Jeśli w aktualnej polityce zagadnieniem ogniskującym i pozycjonującym formacje polityczne pozostaną katastrofa smoleńska i batalia o sprawy sumienia – też będzie źle. Zasadnicze kwestie, jakimi trzeba się zająć, dotyczą pomysłu na gospodarkę, na ożywienie rynku pracy, co z kolei przełożyłoby się na życiodajny dla budżetu państwa wzrost konsumpcji. Równie ważne jest konstruowanie strategii rozwoju społeczeństwa, począwszy od sensownych działań na rzecz wzrostu demograficznego, a skończywszy na zapewnieniu wysokich standardów opieki nad seniorami, którzy stanowią coraz większą część populacji. Czy w końcu ktoś się za to zabierze ? Jedni interesują się drogimi zegarkami, drudzy – teoriami spiskowymi z brzozą – złamaną lub ściętą (jak kto woli) – w roli głównej, jeszcze inni wymyślili imię dla potwora – „Gender”. Wszystko to razem może i jest umiarkowanie medialne, ale jakie ma przełożenie na życie tzw. zwykłych ludzi ? Władza, niezależnie od jej zakresu i charakteru, odrywa decydentów od ludzkich spraw.

Nauczyciele mogą, a nawet powinni być spokojni. Rewolucji, tak w Chinach, jak i w prawie oświatowym, nie będzie, gdyż żaden lider polityczny nie będzie bawił się gilotyną w roku wyborczym. W końcu samorządy oferują więcej stołków niż wszystkie Ikee świata razem wzięte. O innych sprawach nie będę pisał, ponieważ trzymam się z dala od wróżbiarstwa, hazardu i horoskopów. Wszystkiego najlepszego w 2014 !

Droga donikąd

Jednym z tematów wywołanych przez nową szefową resortu edukacji – przynajmniej w przekazach medialnych – stała się edukacja seksualna w szkołach. Obserwując wypowiedzi komentatorów, dochodzę do wniosku, że większość społeczeństwa nie ma zielonego pojęcia, że „edukacja seksualna” w oczywisty sposób jest realizowana w polskich szkołach – w ramach zajęć wychowania do życia w rodzinie. Kwestia nazewnictwa jest tu zupełnie drugorzędna, ważna jest zawartość problemowa treści nauczania.

Przez wiele lat wychowanie do życia w rodzinie było jednym z trzech modułów wiedzy o społeczeństwie. Po reformie podstawy programowej wychowanie „usamodzielniło się”. Przedmiot ten jest realizowany począwszy od V klasy szkoły podstawowej. Nie muszą w nim uczestniczyć ci uczniowie, których rodzice zgłoszą sprzeciw – np. z powodów światopoglądowych. W praktyce jest to liczba marginalna.

Wychowanie do życia w rodzinie w sposób kompleksowy prezentuje obszerny katalog zagadnień, kładąc nacisk na socjalizację jednostki w aspekcie rozwoju emocjonalnego i psychofizycznego. Mimo to wciąż znajdują się ignoranci lub ludzie złej woli, którzy z uporem maniaka kwestionują fakty i manipulują opinią publiczną – głownie dla własnego zysku. W przypadku polityków, wylewających krokodyle łzy nad edukacją seksualną, intencje są oczywiste: chodzi o rozgłos i przebicie się do określonej grupy wyborców. W przypadku działaczy rozmaitych stowarzyszeń i fundacji, poza celami stricte statutowymi, pojawia się jeszcze perspektywa zarobku – na prowadzeniu zajęć, organizowaniu szkoleń, opracowywaniu pomocy dydaktycznych. Ot, zwykły lobbing.

Jako nauczyciel, który przez dekadę uczył m.in. wychowania do życia w rodzinie, muszę wyrazić ostrą krytykę pomysłów, zawartych w dokumencie pod nazwą „Standardy edukacji seksualnej  Europie. Podstawowe zalecenia dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem” (polskie wydanie 2012), opracowanym przez Biuro Regionalne WHO (Światowej Organizacji Zdrowia – agendy, jak wiadomo, ONZ).

Wizja edukacji seksualnej, zaprezentowana w tym dokumencie, jest – mówiąc delikatnie – bardzo kontrowersyjna i w gruncie rzeczy nieprofesjonalna. Mała próbka: zadaniem edukatorów byłoby nauczenie dzieci w wieku DO CZWARTEGO ROKU ŻYCIA „wyrażania własnych potrzeb, życzeń i granic, na przykład w kontekście zabawy w lekarza”. Dziecko w wieku 12-15 lat należy nauczyć „negocjować i komunikować się w celu uprawiania przyjemnego seksu”. Z kolei po 15. roku życia młody człowiek musiałby umieć m.in. dokonywać „comig out”, czyli ujawniać środowisku swoją orientację homoseksualną lub biseksualną. Można odnieść wrażenie, że nauka wszystkich zaproponowanych przez autorów zagadnień przyćmiłaby inne zadania szkoły…

W kontekście do postulatów WHO rodzi się pytanie, czy dziwacznie pojmowana „edukacja” nie niesie bynajmniej więcej złego niż dobrego ? Kształtowanie młodych umysłów nie powinno być polem do takich niebezpiecznych eksperymentów. Czy w XXI wieku DEMORALIZACJA przestała być zjawiskiem niepożądanym ???

Pozostaje mieć nadzieję, że resort edukacji nie pójdzie tą drogą – bo to droga donikąd. I po raz kolejny apeluję: więcej zaufania do nauczycieli. Wychowanie do życia w rodzinie to nie opowieści o bocianach i kapuście.

Komu ciąży edukacja ?

Teza ignorancja nie zna granic.

Dowód: poseł Artur Dębski, reprezentant ugrupowania „Twój Ruch”, w telewizyjnym programie „Forum” (TVP INFO, 13 XII) „błysnął” stwierdzeniem, że „im mniej historii w szkole, tym lepiej”.

Poseł chyba nie jest fanem edukacji historycznej. Czyżby tak bardzo męczył się w szkole ? Cóż, może być ekspertem, wszak ukończył liceum.

W nawiązaniu do głębokich przemyśleń pana posła można byłoby obawiać się o przyszłość polskiej edukacji, ale na szczęście Historia, Magistra Vitae, przewidziała inne miejsce na swoich kartach dla takich farmazonów. Tym miejscem jest margines.

Quo vadis, Ratio ?

Niezdrowy patronat

Wczoraj zakończyła się jedna z dziwniejszych akcji promocyjnych, z jakimi mieliśmy do czynienia w ostatniej dekadzie. Najpopularniejsza sieć fast food rozdawała w prezencie książeczki dla najmłodszych, jeśli do wybranego zestawu klient zamówił jeszcze tzw. „happy meal”, czyli posiłek dla dziecka. Można się zastanawiać, czy tego typu promocja bardziej służy zwiększeniu sprzedaży produktów fast food, czy deklarowanej popularyzacji czytelnictwa. Najbardziej frapujące jest to, że patronat honorowy nad akcją objęła Biblioteka Narodowa. Jej dyrektor tłumaczył w jednej z audycji radiowych, że kontrowersyjny patronat ma sprzyjać rozwojowi zainteresowań czytelniczych wśród ludzi, którzy nie czytają. W konsekwencji tej wypowiedzi można odnieść wrażenie, że szef BN nie ceni intelektu klientów fast food, ujmując rzecz nader łagodnie. Prowadzący audycję dziennikarz zadał prowokacyjne pytanie, czy wobec tego nie należałoby dodawać książki do każdej sprzedawanej w Polsce butelki alkoholu – to dopiero byłby masowy efekt promocji czytelnictwa…

Jedzenie w sieciach fast food słusznie nie cieszy się opinią zdrowego. Serwowanie gadżetów, które mają przyciągać najmłodszych, jest wątpliwe pod względem etycznym, choć przecież całkowicie zgodne z prawem. Skojarzenie tłuszczów nasyconych z książką pod patronatem Biblioteki Narodowej wydaje się podwójnie niestosowne.

Rzecznik czyich praw ?

W miniony poniedziałek w radio TOK FM Rzecznik Praw Obywatelskich prof. Irena Lipowicz postawiła zaskakująco prostą diagnozę przyczyn problemów finansowych samorządów: Karta Nauczyciela. Zdaniem pani Rzecznik, zmiana ustawy jest konieczna dla uzdrowienia sytuacji.

Nie wiem czemu przypomniały mi się słowa kanclerza O. von Bismarcka: „Ojczyzno, jesteś zgubiona”. Coraz bardziej boję się profesorów.

O tym trzeba naPISAć…

Po spektakularnym sukcesie Polski w międzynarodowym badaniu umiejętności piętnastolatków PISA, ogłoszonym wczoraj także w sposób spektakularny, padło wiele pochwał pod adresem badanych gimnazjalistów (w polskiej próbie wzięło udział 4,6 tys. uczniów z wytypowanych 184 szkół). Znacznie mniej pochwał sformułowano pod adresem nauczycieli. Cóż, taka rola kadry trenerskiej – pozostaje nieco w cieniu. Różnica polega jednak na tym, że nauczyciele nie są beneficjentami tego sukcesu w wymiernym aspekcie, co więcej, są ofiarami planów „reformy” prawa oświatowego w duchu taniego państwa. Taniość nie dotyczy jednak polityków, którym my, obywatele, fundujemy nawet benzynę do prywatnych pojazdów.

Można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z nieprzypadkową insynuacją, jakoby wynik PISA był efektem decyzji politycznych, a nie rzetelnej pracy nauczycieli. W oficjalnym raporcie „PISA. Wyniki badania 2012 w Polsce” ani razu nie pada słowo „nauczyciel”, jest za to konstatacja, iż wyniki pokazują skuteczność reformy edukacji (wprowadzenia nowej podstawy programowej w 2008 r. i modyfikacji egzaminu gimnazjalnego). Jak wiadomo, sukces ma wielu ojców… Ale matka jest tylko jedna. I pracuje na podstawie Karty Nauczyciela.

Ogłoszenie wyników PISA przez samego premiera Donalda Tuska też jest wymowne. Niektórzy komentatorzy widzą w tym udany PR oraz próbę skojarzenia świata polityki i szczytów władzy z edukacyjnym sukcesem. Osobiście wolałbym jednak wierzyć, że jest to świadectwo priorytetów państwa polskiego, którego wielką szansą jest wysoki poziom edukacji. Nie mając konkurencyjnego kapitału finansowego, możemy pochwalić się bezkonkurencyjnym kapitałem ludzkim – przepraszam za tę zdehumanizowaną formułę.

Badanie PISA pokazuje, że kierunek zmian w polskiej edukacji, przede wszystkim tych dokonujących się na poziomie świadomości nauczyciela, jest właściwy. Projektowane zmiany w prawie oświatowym to nic innego jak wyjmowanie trybików z dobrze funkcjonującego mechanizmu. Patologiczna skłonność biurokratów do „reformowania”, czyli udowadniania na siłę i wbrew zdrowemu rozsądkowi, że są państwu potrzebni, może zniszczyć każdy sukces.