Miesięczne archiwum: Listopad 2013

Czy profesor może blefować ?

Widocznie może, skoro blefuje. Tylko z jakim skutkiem ? Pewien „blefujący” profesor, którego z nazwiska nie będę reklamował – bo na to nie zasługuje, właśnie doczekał się zawieszenia w pracy dydaktycznej na swojej uczelni.

Blef to taktyka w pokerze. Gracz udaje, że ma silniejsze karty niż w rzeczywistości. Celem jest oszukanie przeciwników. Poker słusznie kojarzy się przede wszystkim z hazardem, choć są i tacy, którzy przekonują o jego walorach sportowych. Umówmy się: w tej grze na ogół chodzi jednak o pieniądze. Czy pokerowe zagrywki licują zatem z powagą tytułu profesorskiego ? Profesor to tytuł wskazujący na kompetencje naukowe, ale także etyczne. Jeśli profesor „blefuje”, czyli innymi słowy świadomie wprowadza kogoś w błąd, to zaprzecza elementarnym regułom nauki, gdzie miejsca na oszustwa być nie może.

Jak ocenilibyśmy nauczyciela akademickiego, który „blefuje” studentów na wykładach ? Na jeszcze surowszą ocenę zasługuje profesor, który publicznie blefuje opinia publiczną i to w sprawie, która wzbudza wyjątkowo silne emocje i głębokie podziały. Posługiwanie się fikcją w tak poważnym temacie jest radykalnie nieodpowiedzialne, by nie powiedzieć haniebne. Skoro pojawia się „blef”, to jego autor widocznie odbiera dyskusję wokół katastrofy smoleńskiej jako „grę”… Profesor „blefujący” w takich sprawach czyni siebie kompletnie niewiarygodnym. Ta autokompromitacja przejdzie do historii, wiążąc nazwisko „bohatera” z postępkiem wątpliwej reputacji.

Teoria „blefu” to wersja samego zainteresowanego, który obwieszczał swoje gierki w telewizyjnym studio z miną ucznia, któremu udało się oszukać nauczyciela, ściągając na sprawdzianie. Czy ten żenujący spektakl nie miał przypadkiem na celu usprawiedliwienia – w mniej lub bardziej rozsądny sposób – pospolitego kłamstwa o nieistniejącym dokumencie ? W takim przypadku mielibyśmy do czynienia z podwójnym blefem, co bynajmniej nie jest komplementem…

Bywały czasy, kiedy tytuł profesorski był znakiem maksymalnego statusu intelektualnego i etycznego. Dziś, w dobie powszechnej dewaluacji wartości i erozji autorytetów, tytuł profesorski nie ma już takiego znaczenia, a jego „nosiciele” wcale nie muszą wyróżniać się mądrością i klasą.

Kto się boi gender ?

     Pewien radny z Lublina podniósł alarm: oto dotarły do niego w najwyższym stopniu niepokojące wieści, jakoby w szkołach za przeproszeniem publicznych deprawowano młodzież za pomocą „dżender”. A czym jest „dżender” – radny wie, i brzydzi się tym, bo to do samych złych rzeczy prowadzi; podobno chłopcy przebierają się za dziewczynki i na odwrót, a w ogóle to jest promocja „rodzin homoseksualnych”. Po chwili namysłu prostuje, że jednak nie rodzin, bo rodzina to co innego. Radny człek wykształcony, skończył teologię, więc zna się na rzeczy – nawet tak nieczystej, jak „dżender”.
     Radny postanowił zapytać miejskich urzędników, odpowiedzialnych za edukację, czy to prawda, że w szkołach jest gender. Przestraszeni urzędnicy zapytali dyrektorów, którzy w obliczu narastającego zainteresowania władz także zapewne się przestraszyli. Niektórzy z nich zapytali nauczycieli, czy  uczą „dżenderowo”. Ci ostatni do dopiero musieli się wystraszyć. Koniec końców wyszło, że żadnych „dżenderów” w lubelskich szkołach nie ma.
     A szkoda. Bo być powinny. Trudno wyobrazić sobie, jak można realizować zajęcia wychowania do życia w rodzinie bez odwołania do teorii gender – nawet jeśli nie używa się tego terminu! Winę za to ponosi w dużym stopniu brak sensownego odpowiednika w języku polskim. Pojawia się konieczność definiowania gender, z czym wielu pedagogów, dyrektorów, urzędników, a nawet radnych zupełnie sobie nie radzi. Przypomnijmy więc, że gender to problematyka płci rozumianej nie przez pryzmat biologiczny, ale społeczno-kulturowy, np. katalog zachowań czy ról „damskich” i „męskich”, jakie tworzy kultura.
     Radny powołuje się na tradycję jako swoiste sacrum, określające, co jest dobre, a co złe. W pojęciu tradycji nie mieści się gender, za to mieści się „naturalny” model rodziny. Hmm… Ciekawe, swoją drogą, jak głęboko zanurza się w tej tradycji: gdyby przodkowie radnego żyjący w X wieku tak bardzo byli przywiązani do tradycji to dziś radny nie powoływałby się na wartości chrześcijańskie, tylko pogańskie. Bezrefleksyjne kultywowanie tradycji zamknęłoby cywilizację w skansenie, przy którym osada amiszów to ucieleśnienie postępu. Ważniejszy od tradycji bywa zdrowy rozsądek.
     Nie jest dobrze, kiedy radni biorą się za ustalanie programowych standardów edukacji. Tak się dzieje, gdy szkolnictwo publiczne organizacyjnie podporządkowuje się władzy lokalnej. Kolejne absurdalne „lustracje” szkół przez polityków to tylko kwestia czasu.
     Nie wyobrażam sobie prawidłowego wychowania człowieka w XXI wieku bez odniesienia do gender. Jeśli go nie ma, to jesteśmy na drodze kształtowania szkodliwych społecznie stereotypów, według których kobieta gotuje, pierze i sprząta, a mężczyzna ogląda sport w telewizji. GENDER pozwala naprawić tę wypaczoną fałszywie pojmowaną tradycją wizję rodziny. A na pytanie, postawione w temacie dzisiejszych rozważań, odpowiedź jest prosta: tylko ten, kto nie wie, co znaczy gender.

Owce w różnych kolorach

Jak w każdym środowisku zawodowym, także wśród nauczycieli spotyka się „czarne owce”. Być może ci ludzie nigdy nie powinni pracować z młodzieżą. Być może kiedyś byli dobrymi pedagogami, ale w jakimś momencie zboczyli z właściwej drogi. Może nie rozumieją istoty zawodu, który wykonują. Możliwe, że zostali nauczycielami w trybie awaryjnym – bo inna opcja po prostu nie powiodła się. „Czarne owce” zdarzają się wszędzie. Czasem lepiej na swojej drodze spotkać wilka… 

Przed paru laty media nagłośniły sprawę pewnej nauczycielki z terenu powiatu łęczyckiego, która za pieniądze „pomagała” uczniom zdać maturę, i bynajmniej nie chodziło o korepetycje. Niedawno słyszeliśmy o zatrzymaniu nauczyciela z powiatu brzezińskiego, którego organy ścigania namierzyły w związku z ujawnieniem pedofilskiej aktywności w internecie. O nauczycielce warszawskiej szkoły, wcześniej skazanej za zamordowanie dziecka, w tym kontekście nie będę pisał, ponieważ ten straszliwy czyn popełniła bez związku z wykonywaną (po odbyciu wyroku) profesją. Dziś chciałbym jednak wspomnieć o czynach zdecydowanie mniejszej wagi, jeśli chodzi o prawo, ale mimo wszystko szkodliwych społecznie.

Obrazek 1. Ulica o stosunkowo sporym natężeniu ruchu, po jednej stronie – szkoła podstawowa, po drugiej – przystanek autobusowy. Łączy je przejście dla pieszych z sygnalizacją świetlną. Nie ma w tym miejscu skrzyżowania. Poruszając się samochodem, z oddali widzę zielone światło (dla mnie) i… szkolną grupę, która przechodzi przez „zebrę”, mając światło czerwone. Dwie panie nauczycielki energicznie poganiają dzieci (z młodszych klas!), ponieważ na przystanku stoi już autobus komunikacji miejskiej. Nie ulega wątpliwości, że inicjatorkami wykroczenia były panie nauczycielki. Wspaniała instrukcja przechodzenia przez jezdnię – tyle, że z narażeniem życia. Nic tak nie wpływa na ukształtowanie sposobu zachowania dziecka w danej sytuacji jak przykład – osobiste doświadczenie. Wniosek dla dziecka: jak zobaczysz autobus to biegnij, choćby nie wiem co. W takich przypadkach ludzka, i do tego jeszcze pedagogiczna głupota powinna być traktowana jak przestępstwo.

Obrazek 2. Biorę do ręki książkę, której tytułu ani nazwiska autorki nie zdradzę, by nie reklamować. Pani autorka to nauczycielka języka polskiego. Przy tej okazji mała dygresja: irytuje mnie, gdy pretendenci do miana ekspertów w danej dziedzinie obnażają niedostatki elementarnego przygotowania. W tym konkretnym wypadku autorka publikuje ankietę z pytaniami, rozpoczynającymi się od partykuły „czy”, a następnie każe wybierać warianty odpowiedzi, które ze wspomnianym „czy” zwyczajnie nie korespondują. Nie o tym jednak chciałem pisać. Otóż jak wynika ze wstępu, książka jest adresowana do uczniów gimnazjów i liceów, tymczasem na stronie 145 czytamy o alkoholu: „w małych ilościach może być pomocny, gdy chcesz się odprężyć – mówimy tu na przykład o kieliszku koniaku”. Osobiście wołałbym, aby moi uczniowie nie odstresowywali się przed sprawdzianem z wojen napoleońskich, zaglądając do kieliszka z „Napoleonem”.

Są w naszym szkolnym świecie jednostki wypalone, źle przygotowane do pracy, pozbawione predyspozycji. Bywają miłośnicy 18 godzin, którzy czekają na dzwonek z większą tęsknotą niż ich uczniowie. Zdarzają się „odtwarzacze”, impregnowani na wszelkie reformy, wreszcie pracownicy zdecydowanie zbyt mało umysłowi. Takie są fakty, choć wolelibyśmy, by było inaczej. Dla dobra nas wszystkich – zamiast fałszywie pojmowanej zawodowej solidarności i lojalności – należy jednak reagować na wszelkie przypadki pełzającej patologii wokół nas. W przeciwnym razie za sprawą czarnych owiec sami wyjdziemy na szaro.

Zmiany w prawie oświatowym: wczoraj przy tablicy, jutro na ulicy

Według Wikipedii, Platforma Obywatelska liczy ok. 43 tys. członków, a Prawo i Sprawiedliwość – ok. 22 tys. Jeśli zsumujemy te dwie liczby, a wynik pomnożymy przez 5, otrzymamy liczbę członków Związku Nauczycielstwa Polskiego. To pokazuje nie tylko potencjał organizacji związkowej, ale i skalę społecznego protestu w obronie oświaty i statusu zawodowego nauczycieli. Media, jak to bywa, eksponują dziś partyjne konwencje i narady, przebiegające pod znakiem personalnych roszad i nieodłącznych deklaracji. Prawdziwym tematem numer 1 powinna być jednak manifestacja ponad 20 tysięcy związkowców w imieniu kilkuset tysięcy obywateli i ich rodzin. Przekaz tego wydarzenia jest jasny, a postulaty ze wszech miar zasadne i co więcej – realne. Cóż, jak pokazał przykład z umową ACTA, czasem trzeba krzyczeć na ulicy, aby wybrańcy narodu usłyszeli głos obywateli.

Dlaczego totalna prywatyzacja szkolnictwa byłaby katastrofą ? Po pierwsze, odbiłaby się na statusie ekonomicznym nauczycieli, i tak już – mówiąc delikatnie – szalenie minimalnym na tle płac wykwalifikowanych pracowników umysłowych. Po drugie, swobodne kreowanie pensum, czyli tygodniowego wymiaru pracy PRZY TABLICY, spowodowałoby ogromny wzrost bezrobocia wśród nauczycieli, oraz radykalnie obniżyłoby jakość pracy. Po trzecie, prowadzenie szkoły przez prywatne podmioty w zdecydowanej większości przypadków ukierunkowane byłoby na zysk za wszelką cenę, czyli przez obniżenie wszelkich standardów i kosztów, jakie generuje edukacja. To trzy najważniejsze, choć przecież nie jedyne argumenty. Po drugiej stronie mamy lobbing grona samorządowców, którzy chętnie pozbyliby się „problemu” (a przy tym – czasochłonnej pracy urzędniczej), a także rozmaitej maści „działaczy” i przedsiębiorców, wietrzących w prywatyzacji oświaty złoty interes.

Związkowcy czekają na odpowiedź pana premiera, który będzie miał szansę udowodnić, że serio mówił na dzisiejszej konwencji o prawach Polaków do lepszego życia i udziału w historycznym sukcesie Polski. Projektowane zmiany w prawie oświatowym to akurat krok w odwrotnym kierunku.

Proroctwo Hanny

Hanna to niewielka gmina na Lubelszczyźnie. Do niedawna mało kto o niej słyszał, lecz zmieniło się to za sprawą „odkrycia” przez lokalne władze sposobu na zmniejszenie wydatków na oświatę. Obecnie żaden z nauczycieli gminnych szkół nie jest zatrudniony na podstawie Karty Nauczyciela, gdyż wszystkie szkoły zostały oddane w ręce stowarzyszeń i fundacji. Pani minister in spe J. Kluzik-Rostkowska, zapytana przez dziennikarza TOK FM o proces takiej „komercjalizacji” szkolnictwa publicznego, powołała się na znany jej przykład warszawskiej szkoły niepublicznej, gdzie wszyscy są szczęśliwi, a nauczyciele zarabiają więcej niż to wynika z Karty. Wyjątki się zdarzają, ale nauczycieli z Hanny jakoś nie spotkało takie szczęście materialnego dowartościowania. Wręcz przeciwnie. Pobierają płacę minimalną, ale podobno i tak są szczęśliwi – według tamtejszej pani wójt – bo mają pracę.

Obym się mylił, ale obawiam się, że przykład Hanny prognozuje przyszłość polskiej oświaty, jeszcze straszniejszą od wspomnianej wersji „demo”. Nauczyciele zostaną ekonomicznie zdegradowani i upokorzeni. Przy każdej okazji będzie się powtarzać, jak to mało pracują, aż w społeczeństwie wytworzy się nowy synonim lenia i wałkonia. Nasili się exodus z zawodu: będą odchodzili wszyscy, którzy zdobędą szansę godniejszego wynagrodzenia, a na ich miejsce lokalni włodarze będą przyjmować desperatów, wybierających między wegetacją na bezrobociu a harówką za marne pieniądze. I kiedy publiczna edukacja będzie już tylko wspomnieniem, ziści się sen niedouczonych kacyków, by powrócić do starych dobrych czasów, kiedy to „między Panem, Wójtem i Plebanem” nie pałętał się żaden magister z przygotowaniem pedagogicznym.

Nauczycielu, jeśli marzy Ci się najniższa pensja i pensum wedle życzenia menadżera Twojej „szkoły”, siedź i czekaj, a proroctwo Hanny się spełni. Jeśli jednak nie widzisz się w roli wykształconego niewolnika – …

Nowy minister edukacji

Sprawdziły się prognozy mediów z ostatnich dni: Joanna Kluzik-Rostkowska zastąpi Krystynę Szumilas na stanowisku ministra edukacji narodowej. Oficjalne zaprzysiężenie nastąpi 27 listopada.

Joanna Kluzik-Rostkowska urodziła się w 1963 r. w Katowicach. Po ukończeniu dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim związała się z prasą, wchodząc w skład redakcji m.in. „Tygodnika Solidarność” (w czasach, gdy redaktorem naczelnym był Jarosław Kaczyński), miesięcznika „Konfrontacje”, „Expressu Wieczornego”, „Wprost”, „Nowego Państwa”, „Przyjaciółki”. W 2004 r. rozstała się z dziennikarstwem, obejmując stanowisko głównego specjalisty w biurze prasowym stołecznego ratusza. Wtedy też wstąpiła do PiS. Dalej kariera polityczna potoczyła się szybko: w 2005 r. została podsekretarzem stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, a w 2007 r. „przesiadła się” do Ministerstwa Rozwoju Regionalnego na analogiczne stanowisko. W związku z kryzysem w koalicji PiS-LPR-Samoobrona, w tymże 2007 r. objęła – na trzy miesiące – urząd ministra pracy. Wybory parlamentarne 2007 r. zabrały PiS-owi władzę, ale J. Kluzik-Rostkowskiej dały mandat poselski (otwierała listę PiS w okręgu łódzkim). W 2010 r. kierowała kampanią wyborczą kandydata na prezydenta RP Jarosława Kaczyńskiego. W konsekwencji przegranej i tarć wewnątrzpartyjnych, została wykluczona z PiS. Kolejnym projektem politycznym J. Kluzik-Rostkowskiej było stowarzyszenie, a następnie partia Polska Jest Najważniejsza, której została pierwszym prezesem. W 2011 r., 9 dni po zmianie lidera PJN (J. Kluzik-Rostkowską zastąpił Paweł Kowal), odeszła z PJN i związała się z Platformą Obywatelską. W wyniku następnych wyborów parlamentarnych ponownie została posłanką, tym razem z okręgu rybnickiego.

Prezentacji nowych twarzy zrekonstruowanego rządu Donalda Tuska towarzyszyły krótkie wystąpienia nominatów. J. Kluzik-Rostkowska wskazała trzy obszary priorytetowe swojego urzędowania: „sześciolatki” (pani minister jest za edukacją sześciolatków, „ale rozumie” obawy rodziców; co z tego wyniknie – nie wiadomo…), „podręczniki” (są zbyt drogie, pani minister sama tego doświadczała…), „innowacyjność”. W tej ostatniej dziedzinie jako słuchacz pogubiłem się; pani minister zapowiedziała wejście szkoły na „nowe tory”, kształcenie nie tylko „umiejętności twardych”, ale również „umiejętności miękkich”, pod kątem potrzeb rynku pracy, a także przygotowanie młodych ludzi do ponoszenia porażek. A propos tego ostatniego stwierdzenia – czyżby rządowa prognoza na przyszłość ? Co do umiejętności, a raczej kompetencji twardych i miękkich – nie są to określenia funkcjonujące w dydaktyce, gdzie mówi się o kompetencjach kluczowych, ale przecież pani minister nie ma doświadczenia pedagogicznego, więc można to wybaczyć. Ani razu nie padło za to słowo „nauczyciel”; nie było też żadnego odniesienia do projektu zmian prawa oświatowego, jednak użyte słowo „kontynuacja” (działań poprzedniczek) wydaje się aż nadto wymowne.

Dotychczas J. Kluzik-Rostkowska uchodziła za specjalistkę od PR. Czy polityk w nowej dla siebie roli okaże się dobrym szefem resortu edukacji ?

DOŚĆ TEGO!

Związek Nauczycielstwa Polskiego rozpoczął wczoraj ogólnopolską akcję protestacyjną pod hasłem „DOŚĆ TEGO”, sprzeciwiając się planom radykalnych zmian w prawie oświatowym, jakie zamierza od stycznia 2014 r. wprowadzić rząd. Gra toczy się o przyszłość naszego zawodu. Proponowane nowelizacje to legislacyjny „koń trojański”, który może spowodować katastrofalne i nieodwracalne konsekwencje. Status nauczyciela w Polsce dawno nie był tak bardzo zagrożony, podobnie jak los publicznego szkolnictwa. Potrzebna jest mobilizacja naszego środowiska zawodowego: „wszystkie ręce na pokład” – nie ważne, czy związkowcy, czy niezrzeszeni, sympatycy takiej czy innej opcji! Jako jednostki – nie mamy żadnych szans, by powstrzymać tę katastrofę. Bądźmy razem we wspólnym proteście, broniąc swoich praw i miejsc pracy!

Łódź: zbędne pieniądze ?

Wg lokalnego dodatku „Gazety Wyborczej”,Łódź jest „pierwszym miastem w kraju, które płaci za edukację seksualną w szkołach”. Nie dziwi mnie, że podobnych ABSURDALNYCH pomysłów w naszym kraju nie ma zbyt wiele, dziwi mnie natomiast rozrzutność łódzkiego samorządu. Wszak tematyka, za którą miasto płaci niemałe pieniądze podmiotom wybranym w drodze konkursu, wchodzi w skład przedmiotu WYCHOWANIE DO ŻYCIA W RODZINIE, który i tak musi być w szkołach realizowany, więc miasto płaci nauczycielom za konkretną pracę. Zainteresowanych odsyłam do lektury podstawy programowej. Na przekór kryzysowi, Łódź ma gest: płaci dwa razy za ten sam zakres usług edukacyjnych…

Jestem sceptyczny wobec wprowadzania do szkół rozmaitej maści „fachowców”, którzy nie posiadają przygotowania pedagogicznego. Nie podoba mi się „urzędowy” brak zaufania do wykwalifikowanych nauczycieli, uprawionych do prowadzenia zajęć wychowania do życia w rodzinie.

Miłosierdzie władzy

Z mieszanymi uczuciami czytałem komunikat na stronie internetowej MEN w sprawie pomocy resortu dla uczniów z rodzin, które ucierpiały w wyniku wybuchu gazu w Jankowie Przygodzkim. Uczniowie mogą liczyć na zasiłki w maksymalnej kwocie 530 zł, które jednak mogą być wypłacane „kilkakrotnie”, „w zależności od potrzeb”. Cała pula środków, przeznaczonych do końca roku, to nieco ponad 36 tys.

Nie wiem, czy przystoi „chwalić się” taką formą pomocy, w sumie – dość mizerną w sensie materialnym. Co można kupić za 530 zł, o ile miłosierne władze zechcą wypłacić świadczenie w najwyższej wysokości ? Podręczniki, zeszyty, tornistry z niezbędnym wyposażeniem, stroje na wf – to już znacznie przekracza wspomnianą kwotę. A co np. z komputerem, który dziś jest narzędziem bardziej przydatnym niż cyrkiel 20 lat temu ? PR powinien mieć jednak swoje granice. Przecież w tym komunikacie nie chodzi o poinformowanie uczniów i ich rodzin, do których łatwo można dotrzeć bez jakiegokolwiek rozgłosu. Znam ludzi, którzy anonimowo finansują obiady dla dzieci z ubogich rodzin, a dowiedziałem się o ich tożsamości wyłącznie w konsekwencji zbiegu okoliczności. Nie chwalą się tym, choć może by się przydało „zabłysnąć” w społeczności lokalnej. Naturalnie, resort wydaje środki publiczne, obywatele mają prawo wiedzieć na jakie cele itd., ale szkoda, że brakuje porównywalnej gorliwości w demonstrowaniu wydatków na przysłowiowe służbowe samochody, krzesła biurowe itd. Tego rodzaju tricki bardziej przypominają propagandę z pogranicza śmieszności niż profesjonalną kampanię wizerunkową.

Sanacja

Struktura wybranych wydatków budżetowych, finansowanych z podatku dochodowego od osób fizycznych w 2012 roku (dane za III kwartał):

- obsługa długu publicznego – 13 %

- obrona narodowa – 9 %

- nauka i edukacja – 5,5 %

- składka do budżetu Unii Europejskiej – 5 %

- wymiar sprawiedliwości – 3,1 %

- policja – 2,6 %

- ochrona zdrowia – 2 %

- ochrona zabytków – 0,03 %

Jakie płyną wnioski z wymienionych liczb ? Pętla kredytowa zaciska się coraz bardziej. Militaryzm jest wciąż modny, a rzesze pułkowników śnią pewnie neosanacyjny sen o potędze. Składka do Unii jest mniej popularna niż unijne fundusze, więc nie mówi się o pieniądzach wędrujących do Brukseli, tylko o ich powrocie. Im mniej obywatel wie i rozumie, tym lepiej dla wszystkich, nie wyłączając jego samego (stres szkodzi zdrowiu), a rządzących w szczególności. Wszak „wykształciuchy” to bardzo niewygodny elektorat.

Oszczędzanie na edukacji to antyinwestycja w przyszłość. Obniżenie poziomu kształcenia nie może pozostać bez wpływu na kondycję gospodarki, na przedsiębiorczość, wreszcie i bezpieczeństwo państwa. Wyznacznikiem tego ostatniego nie jest już liczebność dywizji, jak pół wieku temu, ale zaawansowana technologia, dostęp do surowców energetycznych, zbilansowana wymiana handlowa. Tylko „pułkownicy” animują wizję groźby konwencjonalnego konfliktu zbrojnego; w naszych warunkach geopolitycznych jest on całkowicie nierealny. Prawdziwym zagrożeniem jest bezrobocie, ubóstwo, nierówność szans, nierównomierny rozwój cywilizacyjny i infrastrukturalny Polski A, Polski B i nawet Polski C, niezadowalający stan opieki zdrowotnej, niestabilny system ubezpieczeń społecznych, ryzyko wzrostu nastrojów ekstremistycznych etc. Dobra edukacja to klucz do rozwiązywania problemów, ale cóż… Sanacja, panowie, sanacja !

Proponowana nowelizacja Karty Nauczyciela wpisuje się w koncepcję oszczędzania na wszystkim, z wyjątkiem przywilejów rządzących. I to wszystko w czasach nieistniejącego kryzysu.