Miesięczne archiwum: Październik 2013

Refleksje o nieprzemijaniu

Czym jest obecność człowieka w podręcznikach historii ? To prawdopodobnie najtrwalszy pomnik, jaki można zbudować.Tadeusz Mazowiecki pozostanie jednym z najbardziej rozpoznawalnych Polaków XX wieku.

Trudno jest w Polsce zasłużyć na pomnik. Jeśli już wydaje się, że lada moment spod dłuta historii wyłonią się rysy jakiegoś bohatera, szybko okazuje się, że znajdą się istoty, które ten pomnik zabrudzą lub zdewastują, wierni tradycjom liberum veto. Trudno jest zostać autorytetem w tej niemal czterdziestomilionowej, skłóconej populacji, gdzie każdy najlepiej zna się na polityce i historii oraz najlepiej prowadzi samochód. W rezultacie dyskusje nad zasługami kandydata na narodowego bohatera zawsze prowadzą do pospolitej awantury. Ale jest na to lek. Czas. Dystans tak bardzo potrzebny historykom do obiektywnego – w miarę możliwości – opisania wydarzeń.

Byłoby nietaktem uzasadnianie miejsca Tadeusza Mazowieckiego w podręcznikach historii. Niezależnie od ocen stricte politycznych, trzeba docenić jego odwagę obywatelską – misja tamtego rządu od początku była skazana na społeczną niepopularność za sprawą drastycznych w odbiorze reform gospodarczych. Z punktu widzenia historiozofii – filozofii dziejów, możliwe były inne scenariusze. Ale czy lepsze ? Kiedy Tadeusz Mazowiecki został premierem, Nicolae Ceausescu władał Rumunią przy pomocy Securitate, a Erich Honecker nie wierzył, że powiew wolności już wkrótce strąci go ze szczytów władzy. Takie to były czasy.

Zmienił się nam świat przez ostatnie dwie i pół dekady… Historia „zapisuje się” każdego dnia, a przestrzeni na jej kartach nie zabraknie. To najlepsze miejsce na pomnik.

Referendum edukacyjne: ile razy „tak” ?

Trwa debata posłów na temat tzw. referendum edukacyjnego. Frekwencja w ławach sejmowych zdecydowanie niższa niż w ławach szkolnych. Zainteresowanie słuchaczy – jak to na lekcji, zróżnicowane. TVP Info transmituje oświadczenia klubów, ale potem szybko przenosi się na briefing przywódców związkowych przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. I tym razem relacja nie trwa długo, bo niebawem zostajemy przeniesieni na posiedzenie zespołu posła Macierewicza, gdzie kolejny ekspert zza Oceanu stwierdza, że został  ”oświecony do punktu szoku”. W przypadku tego „oświecenia” nie chodzi jednak o tematykę oświaty, zatem wracam myślami do głównego wątku, bo blog jest przecież oświatowy.

Dobrze się stało, że temat oświaty został wywołany na tej narodowej agorze, wszak od modelu kształcenia zależy nasza przyszłość. Przy okazji wniosku w sprawie referendum wypłynęło kilka innych, nie mniej ważnych wątków, m.in. zmniejszenie wysokości subwencji oświatowej, likwidacja szkół i rosnące bezrobocie wśród nauczycieli.

Źle się stało, że debatę oświatową trzeba było „wymuszać” milionem podpisów. Pomysł referendum wynika z niedostatku dialogu i konsultacji przed podjęciem kontrowersyjnych decyzji. Dialog jest tańszy niż referendum. Niestety, każdy dobry intencjonalnie pomysł da się zepsuć. Tak też będzie i tym razem. Z referendum w sprawie całkiem apolitycznej zrobi się plebiscyt poparcia lub dezaprobaty dla koalicji rządzącej. Poza tym każdy pierwotnie dobry pomysł da się zepsuć dzięki „udoskonaleniom”. Tak się stało i tym razem. Pomysłodawcy referendum, czyli Stowarzyszenie „Rzecznik Praw Rodziców”, dopisali do zasadniczego pytania o los sześciolatków kilka innych pytań, aby zachęcić społeczeństwo do udziału w referendum. Nie każdy obywatel ma dziecko czy wnuka w tym wieku, więc postawiono na masowy zasięg akcji, dopisując pytania o gimnazjum i liceum. Postulat przywrócenia modelu ośmioklasowej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum ogólnokształcącego mało kogo pozostawia obojętnym. Dobrze przypominam sobie jednak, że atmosfera wychowawcza w klasach 7-8 nie odbiegała specjalnie od tej w klasach 1-2 współczesnych gimnazjów. Byłem przeciwny reformie premiera J. Buzka i ministra M. Handkego, ale demontaż systemu dziś byłby większą katastrofą niż jego sukcesywne i RACJONALNE poprawianie. Mamy wreszcie enigmatyczny postulat przywrócenia w liceum „pełnego kursu historii i innych przedmiotów” – ukłon w stronę starszej generacji, która w imię wartości edukacji historycznej zagłosuje. Tak naprawdę to nie zagłosuje, bo referendum nie będzie – oto moja teza. Arytmetyka polityczna rządzi się jednym prawem – prawem większości.

Niezależnie od rozważań „referendalnych”, nasuwa się inny postulat. Być może edukacja nie powinna w ogóle podlegać rządowi, gdyż siłą rzeczy nadaje się jej koloryt polityczny, zaś szkoła może stać się instrumentem indoktrynacji, czego już nie raz doświadczyliśmy – i to w warunkach demokracji! Resort oświaty powinien mieć status autonomicznej instytucji na kształt Najwyższej Izby Kontroli lub Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, otoczony gronem ekspertów z prawdziwego zdarzenia, a nie sympatyków takiej czy innej opcji politycznej.

Posłowie dostali pracę domową. Mają zastanowić się, w którym momencie podniosą rękę na głosowaniu za dwa tygodnie. Stawiam tuzin włoskich orzechów, że będzie dyscyplina, i to większa niż w szkole.

Sparks City, USA: Śmierć na szkolnym dyżurze

Po raz kolejny docierają do nas informacje o strzelaninie w amerykańskiej szkole. Tym razem tragedia rozegrała się w szkole średniej w Sparks City (Nevada) w poniedziałkowy poranek. Zanim czternastoletni napastnik popełnił samobójstwo, zabił nauczyciela i ciężko ranił kilkoro młodszych kolegów.

Dramat rozpoczął się tuż przed lekcjami. Nauczyciel matematyki Michael Landsberry, zaalarmowany niepokojącymi krzykami na korytarzu, chciał sprawdzić, co się wydarzyło. Kiedy zobaczył uzbrojonego ucznia, mierzącego do kolegów, bez wahania sam stanął na linii strzału i próbował powstrzymać agresora. Świadkowie relacjonują, że nauczyciel zachował się jak bohater. Niestety, napastnik otworzył ogień, zabijając na miejscu interweniującego pedagoga. Skupiając uwagę uzbrojonego na sobie, nauczyciel umożliwił ucieczkę kilkudziesięciu uczniom, tym samym uchronił zapewne wielu z nich od śmierci lub postrzału.

Michale Landsberry miał 45 lat. Uczył matematyki od 12 lat. Zanim został nauczycielem, był żołnierzem piechoty morskiej. Praca w szkole okazała się jego prawdziwą pasją. Prowadził m.in. stronę internetową dla uczniów, na której publikował tworzone przez siebie materiały edukacyjne. W miniony weekend Michael i jego żona Sharon świętowali rocznicę ślubu.

Kolejna tragedia w szkolnej scenografii z bronią palną w roli głównej w większości społeczeństw wywołałaby dyskusję, ale nie w USA, jednym z najbardziej uzbrojonych krajów świata. Zjawisko niekontrolowanego wybuchu agresji u bardzo młodych ludzi występuje wszędzie, jednak jeśli w zasięgu sfrustrowanego nastolatka pojawia się śmiercionośne narzędzie – smutny finał wydaje się nieunikniony. Pod względem regulacji prawnych, umożliwiających dostęp do broni (na różnych zasadach w różnych stanach), amerykańskie społeczeństwo hołduje iście barbarzyńskiej logice westernu: szybszy przeżyje, a nieuzbrojony nie ma szans.

Uczucie stresu i wręcz strachu, jakie towarzyszy nauczycielom wielu amerykańskich szkół, symbolizuje obecność ochroniarzy oraz bramek wykrywających metale, montowanych w drzwiach wejściowych placówek w bardziej „niebezpiecznych” dzielnicach. Realia naszych szkół szczęśliwie są inne; może nasz system jest biedniejszy, ale mimo wszystko chyba jednak bezpieczniejszy.

Nie bójmy się zmian – w podstawie programowej!

Konkurs „2014! Młodzi dla Wolności”, organizowany przez ORE i biblioteki pedagogiczne pod patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i Ministra Edukacji Narodowej, zapowiada się jako przedsięwzięcie interesujące i wartościowe (więcej na:
http://www.prezydent.pl/swieto-wolnosci/mlodzi-dla-wolnosci/konkurs/regulamin-konkursu/
 ). Jestem gorącym zwolennikiem konkursów jako instrumentu edukacji historycznej i techniki „szlifowania diamentów”. W kontekście projektu, upamiętniającego transformację ustrojową 1989 r., pozwolę sobie PO RAZ KOLEJNY wyrazić niesłychane rozczarowanie faktem, że za sprawą bezlitośnie nam panującej podstawy programowej edukacja historyczna na etapie gimnazjum nie obejmuje treści, które powinny odgrywać ważną rolę – tak poznawczą (nieodzowną w rozumieniu współczesności), jak i wychowawczą.

Miło, że organizatorzy zaadresowali konkurs do szkół „wszystkich szczebli” (choć osobiście wolałbym, aby ORE „trzymał się” jednak oficjalnego języka i pisał o etapach edukacji lub typach szkół. Kimże jednak jestem, by pouczać ekspertów ORE ???). Szkoda, że gimnazjaliści i ich nauczyciele mogą poznawać tematykę konkursu wyłącznie w ramach zajęć pozalekcyjnych. Będzie to zatem edukacja dla wybranych, a większość gimnazjalistów i tak nie będzie wiedziała, o co chodzi. Historia po 1918 roku – dzięki bezlitośnie nam panującej podstawie programowej – to abstrakcja i matrix. Nie mam wątpliwości, że tak skonstruowany tok poznawania dziejów będzie kształtował pokolenia historycznych analfabetów.

Nie wiem doprawdy, czemu zgłębianie odległych terytorialnie i chronologicznie zakamarków dziejów okazało się ważniejsze niż poznawanie ojczystej historii najnowszej. Jeszcze bardziej dziwi mnie milcząca zgoda naszego środowiska na te sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem koncepcje kształcenia historycznego. System można zmienić, ale czy ktoś jeszcze w to wierzy ?

Pańszczyzna

Artykuł o „pracach domowych” w najnowszym „Głosie Nauczycielskim” skłonił mnie do swoistego rachunku sumienia. Dziś uczynię wyjątek i będę mówił wyłącznie o sobie. Będzie to zatem wypadkowa samokrytyki oraz mniej lub bardziej nostalgicznych wspomnień.

Teoria

Rozpoczynając pracę w szkolnictwie, miałem dość spory – mówiąc nieskromnie – zasób wiedzy teoretycznej z zakresu dydaktyki. Zawdzięczam to nauczycielom akademickim, pod kierunkiem których uczyłem się „fachu”, oraz doradcom metodycznym, jako że mój belferski debiut i czasy „młodości” przypadły na wyjątkowo owocny okres doskonalenia zawodowego w duchu metod aktywizujących. Zawsze będę za to wdzięczny moim Mistrzyniom dydaktyki, przede wszystkim Pani Alinie Popławskiej, Pani Teresie Bednarowicz oraz Pani dr Eleonorze Trzcińskiej.

Teoria jest ważna, a jeśli komuś wydaje się inaczej to nigdy nie będzie dobrym praktykiem. Nauczono mnie, aby w dydaktyce często stawiać pytanie o celowość swoich działań. To samo dotyczy m.in. pracy domowej. Jaki ma cel ? Zasadniczo wiedziałem. Ale czy to wystarczyło ?

Praktyka

Nie wystarczyło, bo nigdy nie wystarcza. Pierwsza głębsza refleksja nastąpiła w następstwie dyskusji, jaka się wywiązała na posiedzeniu rady pedagogicznej. Nie mogę jej streścić, gdyż należę do tej kategorii pracowników, którzy bardzo serio traktują zobowiązanie do zachowania tajemnicy służbowej. Powiem tylko, że czerwona płachta w postaci słów „może pan za dużo wymaga” zadziałała na mnie prawidłowo w rozumieniu reguł corridy. Ale gdy emocje i kurz po galopujących myślach opadły, zacząłem się zastanawiać. Doszedłem do wniosku, że wymagania można podzielić na jakościowe i ilościowe. Ale to był dopiero początek pasma odkryć.

Kumulacja

Czasami szkoła rządzi się prawami nieco podobnymi do popularnej gry losowej z typowaniem liczb w roli głównej. Zasadnicza różnica polega na tym, że kumulacja testów, kartkówek, dyktand, sprawdzianów, projektów i tym podobnych tortur nikogo nie cieszy – nikogo, nawet nauczycieli, którzy w takich okresach statystycznie częściej łapią depresję na skutek zwątpienia w sens swojej pracy i myślą o egzotycznym wyjeździe na zmywak do Irlandii lub do wyrębu lasu w Kanadzie. Bywa, że dla ucznia każdy dzień oznacza kumulację. Bo przecież pracę domową zadać trzeba. Zawsze tak było. I nie ma większej obelgi dla szanującego się nauczyciela niż zarzut, że nie zadaje prac domowych. A jak dziecko odpowie w domu na pytanie „co jest zadane” ? „Nic” ? „To czego was w tej szkole uczą!”. Wiadomo, o co chodzi. Mechanizm obronny każe zatem nauczycielowi na wszelki wypadek coś zadać. A cel zawsze się znajdzie. Ot, choćby niezawodne i staropolskie „utrwalenie materiału”.

U mnie też zdarzały się kumulacje. Weźmy taki zeszyt ćwiczeń. Cztery strony zadań. I jak tu wybrać tylko jedno ? Poza tym byłem przekonany, że zadaję dla dobra ucznia. Bo jak wykona wszystkie ćwiczenia do tematu to może nie da się zagiąć na egzaminie zewnętrznym. Gdyby wszyscy wykonywali je samodzielnie – może miałbym rację. Musiałem zatem zadawać inaczej.

Praca dla ucznia. Praca dla nauczyciela.

Nie uważam się za lenia. Wiele osób oskarżało mnie o straszliwy nałóg w postaci pracoholizmu. Możliwe, że czasem mu ulegałem. Wspominam o tym dlatego, by wyjaśnić niecodzienny motyw kolejnego odkrycia. Otóż gdy zadawałem pracę uczniom, zadawałem też sobie – to oczywiste, że musiałem sprawdzić jakość wykonania. I wtedy zaczęło się. O ile gimnazjaliści i licealiści wykazywali duże zrozumienie dla moich zaniedbań w tej dziedzinie, uczniowie szkoły podstawowej byli autentycznie nieszczęśliwi i czuli się niedowartościowani. W ten oto sposób duży fragment każdej lekcji upływał pod znakiem przeglądania przeze mnie zeszytów i ćwiczeń oraz czytania przez uczniów ich prac. Było to na swój sposób urocze, ale zegar nieubłaganie odliczał mi czas, więc się stresowałem. I wystarczyło tylko zmienić nieco sposób zadawania…

Po drugiej stronie ławki

Jedna z moich przełożonych, a zarazem opiekunka mojego stażu, miała fenomenalne powiedzenie o „nożach w oczach” na zilustrowanie stanu wzburzenia umysłów i hormonów naszych podopiecznych. Po pewnym czasie i ja zacząłem dostrzegać te „noże”. Próbuję zatem spojrzeć na problem oczyma swego ucznia. „Kolejne zawalone popołudnie i/lub wieczór”. „Czy on myśli, że mamy tylko jeden przedmiot ?!”. Epitety i emotikony pomijam, więc niewiele pozostaje do dodania. Może to, że za sprawą mechanizmu przeniesienia psychologicznego ogniskuję potężny ładunek negatywnej energii jako bezduszny nadzorca niewolników. Myślę, więc zadaję, ale inaczej.

Kryminologia przy tablicy

Eksplozja Internetu drastycznie spustoszyła moją osobistą dydaktykę – ale szczęśliwie tylko na początku. Zaczęło się od masowego powielania tekstów z sieci, od odpowiedzi na pytania problemowe po rozprawki. A że zbrodnia plagiatu nie może pozostać bez kary, sporo czasu traciłem na czynności operacyjne i gromadzenie dowodów rzeczowych. Najgorsze było to, że złapałem się na eskalacji podejrzeń o niesamodzielność, która zastąpiła zasadę domniemania samodzielności. Referaty, które za moich czasów szkolnych pisało się w bibliotece lub w oparciu o pożyczone od krewnych i znajomych tomiska, stopniowo zaczęły tracić rację bytu… Na złość moim przyzwyczajeniom, Internet święcił triumfy; nie było wyjścia, trzeba było wkroczyć na to terytorium. Zacząłem się uczyć, żeby nadążyć za moimi uczniami. I znowu musiałem zadawać inaczej.

A oto banalne wnioski końcowe, do których dochodziłem przez kilka lat:

Praca domowa nie zawsze jest domowa. Bywa korytarzowa lub, co gorsza, toaletowa.

Praca domowa może nie mieć sensu, jeśli jej cel nie jest wystarczająco klarowny.

Wymagania jakościowe są dobre. Lepsze od ilościowych.

Uczeń nie jest cyborgiem. A nauczyciel też człowiek.

Dzień Edukacji Narodowej

240 lat temu, 14 października 1773 r. powstała na mocy uchwały sejmowej Komisja Edukacji Narodowej – organ władzy oświatowej, często i dość trafnie nazywany „pierwszym resortem edukacji” w nowożytnej Europie. Komisja miała koordynować kształcenie młodzieży szlacheckiej w Koronie i na Litwie, zastępując poniekąd na tym polu zlikwidowany nieco wcześniej zakon jezuitów. Głównym inicjatorem i architektem prac ośmioosobowego gremium był ks. Hugo Kołłątaj. Choć dalsze losy Komisji naznaczone były burzliwymi epizodami (m.in. bodaj największą aferą finansową w dziejach polskiej edukacji, której sprawcą był przewodniczący KEN biskup wileński I. J. Massalski) i tragizmem losów politycznie ubezwłasnowolnionej Polski, stała się ona symbolem nowoczesności, postępu i programowania procesu edukacji.

Z okazji Dnia Edukacji Narodowej wszystkim Ludziom Oświaty życzę satysfakcji – nie tylko materialnej – i pasji, która nadaje doskonałemu rzemiosłu jakże potrzebny artyzm.

Pokojowa Zaliczka Nobla

Jaka jest różnica między „nagrodą” a „zaliczką” ? Nagrodę przyznaje się za konkretne zasługi, zaś zaliczka wypłacana jest na poczet pracy, która dopiero ma zostać wykonana. Tak też dzieje się w przypadku „pokojowego Nobla” – stał się zaliczką. Tegoroczny laureat, międzyrządowa Organizacja ds. Zakazu Broni Chemicznej (ang. OPCW), nie dorobiła się jeszcze rozpoznawalnych „zasług”, ale ma odegrać istotną rolę w rozbrajaniu syryjskiego arsenału chemicznego, który przez lata niektóre państwa członkowskie OPCW sukcesywnie powiększały w zamian za petrodolary. Nagroda Nobla ma więc być – jak się wydaje – zachętą dla rzetelnego wykonywania obowiązków przez etatowych pracowników OPCW, opłacanych z budżetu, na który składa się blisko 190 krajów świata, W ten oto sposób po raz kolejny mamy do czynienia z „zaliczką Nobla”. Nie inaczej było z uhonorowaniem Baracka Obamy (2009), a właściwie jego pokojowych przemówień. Ironią losu stał się fakt, że militarnej interwencji laureata pokojowej Nagrody Nobla w Syrii zapobiegł Władimir Putin – były oficer KGB.

Szkoda, że Norweski Komitet Noblowski. liczący zaledwie 5 członków, nie docenia jakże licznych osób i organizacji pozarządowych, działających na rzecz społeczeństw, praw człowieka i pokoju na świecie nie dla pensji, ale z wyższych pobudek, często z narażeniem życia. Niematerialna wartość nagrody uległa dewaluacji; w świadomości świata żyje ona tylko dzięki mediom.Może więc nie warto pisać na temat pomysłów pięciu panów z Norwegii…

Wychowanie do życia w XXI wieku

Któż z nas, nauczycieli, nie słyszał biadolenia, jak to szkoła, a de facto my, uczymy „rzeczy niepotrzebnych”, czyli nieprzydatnych w dalszym życiu naszych uczniów i ich rodzin… Mało tego: wielu z nas w konspiracji podziela ten pogląd, jednak z różnych względów nie przyznaje się do tego; a to w trosce o uczniowskie morale, a to ze strachu przed kolejną reformą, a to z czystej dobroci serca – by nie sprawić przykrości koleżance lub koledze, którego przedmiot znienawidziliśmy w zamierzchłej przeszłości własnej edukacji. Do ujawnienia się z pewnymi wątpliwościami skłoniły mnie zadziwiające i niezrozumiałe dla mnie okoliczności, a mianowicie medialne doniesienie o walce z bimbrownikami na Białorusi przy użyciu dronów (taki samolocik, ale bez załogi). To nie żart, o czym dotkliwie przekonało się już co najmniej pięciu monopolowych chałupników zza wschodniej rubieży Unii Europejskiej. Wydarzenie to przewartościowało moją dydaktykę wiedzy o społeczeństwie, gdyż uświadomiłem sobie, że znaczna część uczniów nie zrozumie opisanej sytuacji, zajęta zgłębianiem budowy ameby i sposobu spędzania czasu wolnego przez mieszkańców starożytnej Grecji.

Dotychczasowa struktura zajęć edukacyjnych, potocznie nazywanych przedmiotami, wywodzi się z XIX stulecia, choć jej geneza sięga głębiej w dzieje ludzkości. Podział na „scholastyczne” dyscypliny wiedzy, wypełnione treściami, ubranymi w programy nauczania, w XXI wieku nie wydaje się już bezdyskusyjnie właściwa. Przedmioty oczywiście ewoluują, niekiedy tracą rację masowego bytu (jak klasyczne greka i łacina), a czasem – choć rzadko – rodzą się nowe, jak np. informatyka / technologia informacyjna. Wyzwania współczesności każą jednak człowiekowi myśleć bardziej interdyscyplinarnie i kompleksowo. Komputer i Internet zastąpiły tradycyjne formy magazynowania wiedzy; któż z nas przed dwoma dekadami uwierzyłby, że najpoważniejsze światowe wydawnictwa przestaną drukować wielotomowe encyklopedie ? Dziś bibliotekę można zmieścić na twardym dysku, a informacje aktualizować permanentnie. A zatem nasuwa się pytanie: czy w tak zmienionym świecie, coraz bardziej „cybernetycznym” – czy nam się to podoba czy nie – szkoła nadąża za realnymi potrzebami cywilizacji ? Moim zdaniem nie.

Skoro dochodzimy do wniosku, że nasz dyliżans nie dotrzyma tempa pociągowi postępu naukowo-technicznego, warto zastanowić się nad przesiadką w inny wehikuł.

Edukacja może się opierać na zupełnie innej „siatce przedmiotów” niż ta, do której przyzwyczailiśmy się my, nasi rodzice, dziadkowie itp. Te „nowe przedmioty” obowiązkowe mogłyby nazywać się przykładowo: „komunikacja interpersonalna”, „zoologia i botanika w gospodarstwie domowym”, „operacje finansowe” albo „ekonomia dla domu”, „bhp”, „podstawy prawoznawstwa”, „zdrowe odżywianie” itd. Blok przedmiotów obowiązkowych stawiałby na utylitarność treści, z kolei blok fakultatywny – na rozwój zainteresowań i indywidualnych uzdolnień. Projektowany efekt: młody człowiek byłby wyposażony w zasób wiedzy i umiejętności autentycznie przydatnych w życiu, nie wyłączając sztuki survivalu w czarnym scenariuszu globalnej awarii sieci energetycznej, bez zbędnego balastu, który zawsze może znaleźć w zewnętrznych źródłach informacji. Najważniejsze, by potrafił je wyszukiwać i korzystać z nich w inteligentny, twórczy sposób. Obawiam się, że teraz nie ma na to czasu.

Argument, że wymienione wyżej treści mieszczą się w ramach aktualnej podstawy programowej nie przekonuje mnie. Spłaszczenie istotnych zagadnień do rozmiarów jednej jednostki lekcyjnej często nie pozostawia śladu w umyśle ucznia. Zapamiętywanie wciąż wiedzie prym nad rozumieniem, ale jako procedura edukacyjna kompletnie się nie sprawdza, bo jest zazwyczaj krótkotrwałe.

Wiem, że głoszę herezję. Pragnę uspokoić przełożonych wszystkich szczebli, że zaprezentowana wyżej próbka moich obaw i idei nie wpływa do lojalne odgrywanie roli trybiku w machinie edukacji. Nie nawołuję do obalenia systemu, ale do dyskusji i refleksji.

Milczenie owiec

Przywołany w tytule słynny thriller Jonathana Demme’a jest metaforą, ostrzegającą nas wszystkich przed pewną postawą. Choć milczenie bywa wygodniejszym rozwiązaniem niż zabieranie głosu, nie zawsze na dłuższą metę jest opłacalne. Milczenie może być odebrane jako cicha akceptacja, przyzwolenie na zaplanowany proces decyzyjny. Milczenie jest trochę jak absencja referendalna – nie idziesz, a tym samym opowiadasz się za konkretną opcją. Podczas konsultacji społecznych, które są nieodzowną – choć mało zauważalną! – częścią łańcucha legislacyjnego, milczenie ma swoją silną i wyraźną wymowę. I na pewno nie jest to sprzeciw. Milczenie legitymizuje każdą decyzję.

Trwają konsultacje społeczne w sprawie nowelizacji Karty Nauczyciela. Warto wyrazić swoją opinię – czy to osobiście (mail do MEN), czy za pośrednictwem ogniw związkowych.

E-podręcznik: zwiastun

Przed tygodniem wystartowała testowa wersja e-podręcznika. Zobaczyliśmy zaledwie „próbkę” możliwości w odsłonie fragmentu „podręcznika” do matematyki. W zasadzie jeszcze nie ma czego recenzować czy oceniać, ale obietnica elektronicznej bazy dydaktycznej powoli zaczyna się materializować.

Jest to być może właściwy moment, aby zaprosić nauczycieli-praktyków do współpracy, choćby w czynie społecznym, którego instynkt w naszym środowisku wciąż jeszcze jest silny. Jestem daleki od deprecjonowania kompetencji ośrodków tworzących premierowe e-podręczniki, jednak w tego rodzaju zadaniach teoretycy i akademicy powinni wysłuchać uwag praktyków. Przydałaby się zatem funkcjonalność, polegająca na dodawaniu recenzji i zgłaszaniu uwag do materiałów, publikowanych w platformie epodręczniki.pl. Ja, skromny humanista, byłbym skłonny zgłosić na ten przykład postulat zaopatrzenia treści matematycznych, które czytałem, w słuszne znaki interpunkcyjne, których matematycy nieco pożałowali… Dla równowagi pochwalę twórców za reanimację zapomnianych już ścieżek edukacyjnych i wiecznie żywej (w teorii) edukacji interdyscyplinarnej, gdyż zadanie „z szachami” wspaniale wzbogacili kontekstem historycznym, a zadanie o współrzędnych osadzili – jako żywo – w geografii…

Jako kibic tego przedsięwzięcia, będę wracał do tematu – mam nadzieję, że z laudacją.