Miesięczne archiwum: Wrzesień 2013

„Nowelizacja” Karty Nauczyciela przy pomocy skalpela

Co jest potrzebne do nowelizacji Karty Nauczyciela ? Karta Nauczyciela, nożyczki, długopis i kolano, a później już tylko odpowiednia ilość rąk w Sejmie.

Co nas czeka ? Nie trzeba już udawać się do wróżki, wystarczy zajrzeć do projektu zmian w Karcie Nauczyciela, który ujrzał światło dzienne w ubiegłym tygodniu. Lektura zaiste wyczerpująca nerwowo, podobnie jak proponowana nowelizacja Ustawy o systemie oświaty – przypomnijmy szkodliwe pomysły zatrudniania w szkolnictwie nienauczycieli (tj. osób bez kwalifikacji pedagogicznych) czy też możliwość przekazywania szkół publicznych różnym podmiotom, które mają wyręczyć samorządy i obniżyć koszty. Dziś przyjrzymy się propozycjom zmian w Karcie Nauczyciela, które pozornie mają charakter detali, ale – jak mądrość ludowa i prawnicza głosi – diabeł tkwi w szczegółach. Oczywiście nie są to wszystkie projektowane zmiany – główne dotyczą kontrowersyjnego sposobu rozliczania wynagrodzeń. Kontrowersji w projekcie jednak nie brakuje.

Propozycja: urlop dla poratowania zdrowia dopiero po 20 latach pracy i tylko jednorazowy.

Argument, że w przypadku innych zawodów nie ma podobnej instytucji, jest dość absurdalny. Specyfika pracy w stresie, hałasie, w środowisku o zwiększonym ryzyku infekcji, z dużym obciążeniem gardła, wymagająca odpowiedniej kondycji psychicznej, jest diametralnie różna od warunków pracy w innych zawodach i nie powinna być przez MEN porównywana w taki właśnie sposób.

Propozycja: „zniesienie niektórych uprawnień socjalnych nauczycieli nieadekwatnych do współczesnych realiów społeczno-gospodarczych”.

Wśród likwidowanych uprawnień – m.in. zasiłek na zagospodarowanie. Czy rzeczywiście nieadekwatny ? Nauczyciel, który rozpoczyna pracę zawodową, musi wyjątkowo sporo środków zainwestować w siebie. Trudno wyobrazić sobie pracę choćby bez odpowiedniego komputera i oprogramowania czy też dodatkowych środków dydaktycznych. Faktycznie, realia się zmieniły; kiedy powstawał zapis w Karcie Nauczyciela, wystarczył długopis. Fakt, że nauczyciele pracują na prywatnym sprzęcie i sami kupują sobie choćby książki niezbędne do pracy nikogo nie dziwi, a może powinien. O rozwiązaniach „nieadekwatnych do współczesnych realiów społeczno-gospodarczych” rządzący dużo wiedzą, bo sami z nich korzystają.

Propozycja: finansowanie doskonalenia zawodowego nauczycieli w gestii organów prowadzących.

Już to widzę.

Propozycja: urlopy wypoczynkowe dla nauczycieli ściśle regulowane.

Z cyklu: co by tu jeszcze uregulować, unormować, wyartykułować, „uparagrafować”, a później – rzecz jasna – skontrolować. Zbędna biurokracja. Plan urlopów – jeszcze więcej papierów w kolejnym segregatorze. Czas poza urlopem, choć wolny od zajęć dydaktycznych, nauczyciele muszą wykorzystać na realizację zadań statutowych szkoły lub doskonalenie zawodowe „zgodnie z poleceniem dyrektora”. Przypomina się scena prostowania szyny z „Misia”.

Propozycja: „rozszerzenie zakresu rejestrowania zajęć i czynności”…

Papier pozyskuje się z celulozy, celulozę z drzew, więc pomysł jest całkowicie nieekologiczny. Absurd proponowanego rozwiązania zasadza się na tym, że rejestrować będziemy tylko niektóre formy naszej aktywności. Lepiej byłoby rejestrować wszystkie, żeby zazdrośnicy nie rozprawiali o „18 godzinach pracy” – raz na zawsze upadłby mit, jak to nauczyciele mało pracują. A tu tylko rejestracja części naszych zajęć i czynności… Jestem zawiedziony. Rejestracji będzie podlegał m.in. udział w posiedzeniach rad pedagogicznych – jakby już nie podlegał… Czymże jest protokół z posiedzenia rady pedagogicznej, odnotowujący precyzyjnie frekwencję, jeśli nie dokumentem rejestrującym czynności nauczyciela ? Ale to nie wystarcza; trzeba zapisać w oddzielnym dokumencie. W konsekwencji uzasadnione wydaje się rejestrowanie rejestrowania czynności, bo to przecież też absorbujące zajęcie służbowe. I kolejna fikcja. Rejestracja czasu „dostępności nauczyciela w szkole dla rodziców uczniów”. Już widzę kontrolerów przebranych za rodziców, badających rzetelność nauczycielskich rejestrów.

Propozycja: stopień nauczyciela dyplomowanego będą nadawały organy prowadzące, a nie kuratorzy.

Czy w interesie organów prowadzących będzie leżał awans zawodowy nauczyciela, skoro generuje on wzrost kosztów utrzymania szkoły ? Czy organy prowadzące, zwłaszcza na poziomie gmin i powiatów, są przygotowane merytorycznie do realizacji nie tyle formalnej procedury, co istotnego zadania oceny kompetencji nauczycieli ?

Propozycja: zmniejszyć liczbę ekspertów z listy MEN w komisjach egzaminacyjnych.

Rozwiązanie idealne, ale z punktu widzenia rządzących. Będzie taniej – nie trzeba płacić ekspertowi za pracę w komisji. Efekt to nieuchronne obniżenie jakości pracy komisji, oceniających dorobek nauczycieli w związku z awansem zawodowym. Co więcej, proponowane rozwiązanie stwarza możliwość zablokowania awansu zawodowego nauczyciela. Komisje staną się bardziej zależne od wójtów, burmistrzów itd.

Propozycja: możliwość zatrudniania nauczycieli „z zewnątrz” do realizacji zajęć finansowanych ze środków unijnych.

Zapis stwarza ryzyko obsadzania dodatkowo płatnych zajęć przez nauczycieli spoza danej szkoły. Przepis ten prowokuje zjawiska patologiczne, promuje nepotyzm i „kolesiostwo”, zagraża autonomii dyrektora szkoły, któremu wójt itd. może „zasugerować” zatrudnienie „eksperta”.

Wyżej opisane rozwiązania to próbka projektowanej „reformy”: pod pozorem aktualizacji przepisów i troski o jakość kształcenia uzyskujemy konspekt oszczędności. Tego rodzaju twórczość legislacyjna jest zrozumiała: urzędnicy też muszą coś robić, by udowodnić konieczność swojej zawodowej egzystencji.

HIPnoza, czyli psycholog w ministerstwie

Jak głosi komunikat na stronie internetowej MEN, w dniu wczorajszym gościem ministra edukacji narodowej był prof. Philip Zimbardo, o którym miałem już okazję wspomnieć w tekście „Rzeczpospolita depresyjna ?” (zob. Archiwum – wrzesień), Emerytowany profesor (w tym roku obchodził 80. urodziny) dowodził niedawno, jak to polska szkoła wpędza młodzież w depresję, a w ogóle to powinniśmy brać przykład ze szkoły amerykańskiej.

Doktor psychologii Zimbardo (profesor to nazwa uczelnianego stanowiska) założył fundację Heroic Imagination Project (HIP), która ma skupiać się na promocji indywidualizacji w edukacji. Projekt jest dość świeży – na tyle nowy, że zakładka „Lekcje” (Lessons) na stronie internetowej HIP jest jeszcze pusta, w przeciwieństwie do zakładki zachęcającej do wpłacania pieniędzy. I tak za jedyne 25 dolarów amerykańskich zostaje się „Przyjacielem HIP”, za 2,5 tysiączka – „Dobroczyńcą”, zaś za skromne 10 tys. wchodzi się do tzw. „Kręgu Prezydenckiego”, czyli zostaje się zapewne znajomym samego dr. Zimbardo.

Ciekawe, cóż dr Zimbardo tak naprawdę chciał załatwić w polskim resorcie edukacji ? Może ma jakiś pomysł na reformę…

Prawo w szkole: zdjęcia w internecie

Większość szkół na swoich stronach internetowych udostępnia galerie zdjęć. Możemy zobaczyć fotografie nauczycieli, poszczególnych klas, fotoreportaże ze szkolnych uroczystości, wycieczek, konkursów czy zajęć pozalekcyjnych. Tymczasem w świetle obowiązującego prawa wiele z tych materiałów podlega restrykcjom, określającym warunki publikacji wizerunku osoby prywatnej. Przepisy, jakie mogą mieć tu zastosowanie, wywodzą się zarówno z regulacji dotyczących przetwarzania danych osobowych, jak i wprost z ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Opublikowanie fotografii z wizerunkiem danej osoby zasadniczo wymaga zgody tejże osoby; w przypadku nieletnich konieczna jest zgoda pranych opiekunów. Wyjątki od wspomnianej zasady ogólnej usprawiedliwiają publikację jedynie niewielkiej części zdjęć, jakie można spotkać na stronach szkół.

Wydaje się, że publikowanie zdjęć, zarówno w celach dokumentacyjnych, jak i promocyjnych, wynika z utrwalonych zwyczajów i nieuświadomienia regulacji prawnych w tym zakresie. Na ogół przyjmuje się, że jeśli ktoś nie zgłasza sprzeciwu to tym samym wyraża zgodę na publikację wizerunku, jednak z prawnego punktu widzenia nie jest to założenie właściwe. Najprostsza i najskuteczniejsza metoda „legalizacji” zdjęć to przygotowanie krótkiego oświadczenia zbiorczego rodziców i zebranie podpisów w trakcie zebrań klasowych. Nie wolno też zaniedbać zgody członków rady pedagogicznej i – jeśli jest taka potrzeba – innych pracowników szkoły.

Na marginesie warto rozważyć, jakiego rodzaju materiały udostępniamy na swoich stronach internetowych. Musimy pamiętać, że mogą one zostać wykorzystane w sposób niezgodny z naszymi intencjami. Zdarza się kopiowanie takich zdjęć czy też ich „przeróbka” w celu wtórnego wykorzystania np. w portalach społecznościowych. Jeśli dochodzi „tylko” do kradzieży zdjęcia – pół biedy. Gorzej gdy zostaje ono użyte do założenia fikcyjnego konta użytkownika lub – po fotomontażu – staje się obiektem ośmieszającym lub obraźliwym. Warto zadbać o podpisanie fotografii, które często uniemożliwi manipulację – wystarczy umieścić na zdjęciu informację o prawach autorskich.

Światowy Dzień Turystyki – zaproszenie do Zgierza

Tegoroczne regionalne obchody Światowego Dnia Turystyki (27 września) odbędą się w Parku Kulturowym „Miasto Tkaczy” w Zgierzu. Program zapowiada się nader interesująco. Na uwagę zasługują warsztaty w Centrum Konserwacji Drewna oraz ekspozycje w Domu Tkacza i Domu Turysty. Jeśli ktoś nie miał okazji zwiedzać Muzeum Miasta Zgierza – trzeba koniecznie nadrobić zaległości. Następnego dnia, 28 września, przewidziano wycieczki po mieście z przewodnikami. Szczegółowy harmonogram znajduje się na stronie internetowej Regionalnej Organizacji Turystycznej Województwa Łódzkiego. (link: 
http://www.rotwl.pl/swiatowy_dzien_turystykizgierz_2013,2719,0,0.html
 )

Dwa minusy dają plus, czyli zbiór zadań budżetowych

Znalazłem dziś trochę pieniędzy na oświatę. W zasadzie niechcący jam to uczynił, ale skoro już się stało, to przyznam się. Nie jest tych pieniędzy dużo, raptem kilkadziesiąt milionów rocznie, ale – jak to mówią – piechotą nie chodzi…

Jak podaje „Rzeczpospolita”, w latach 1999-2012 zabezpieczenie meczów piłki nożnej kosztowało budżet państwa 330 mln zł. Wychodzi średnio po ponad 25 mln zł rocznie. Oznacza to, że każdego roku budżet państwa mógłby zakupić np. 25 tysięcy rzutników multimedialnych dla szkół, dzięki czemu każda szkoła w Polsce mogła otrzymać taki sprzęt – co rok! Niby drobiazg, ale jakże przydatny. Nie jestem przeciwnikiem imprez sportowych, wręcz przeciwnie, ale trudno zaakceptować fakt, że wszyscy musimy finansować nie do końca skuteczną walkę z pseudokibicowskim terrorem. Ochrona imprez masowych powinna  być finansowana przez organizatorów, co można uwzględnić w kosztach biletów wstępu, praw transmisji telewizyjnych czy wreszcie przez konsekwentne egzekwowanie kar finansowych bezpośrednio od osób winnych zakłócania porządku publicznego lub podmiotów odpowiedzialnych za pseudoochronę. Kolejny „kwiatek”: większość obiektów wojskowych, nie wyłączając samych jednostek, jest chroniona przez komercyjne firmy ochroniarskie. Ochroniarze chronią wojsko… Patrząc na nadmiar energii niektórych fanów futbolu oraz niedobór sił pilnujących koszar, lotnisk i poligonów – można to łatwo pogodzić.. A i na ulicy będzie spokojniej.

I Ty, Szanowny Czytelniku, możesz znaleźć trochę pieniędzy na oświatę. Wystarczy rozejrzeć się wokół… Czekam na pomysły. Minister finansów chyba też.

Między telenowelą a horrorem, czyli „Szkoła życia”

Od 9 września TVP2 serwuje widzom serial paradokumentalny pt. „Szkoła życia” (od poniedziałku do piątku o 17.15). Włodarze telewizji publicznej postanowili pójść ścieżką komercyjnej konkurencji i postawili (trochę pieniędzy) na format „docsoap”. Tym razem „trudne sprawy” dzieją się wokół – jak sam tytuł wskazuje – szkoły. Twórcy programu twierdzą, że to pierwsza „telenowela paradokumentalna” z osławioną „misją”. Cóż, mimo szczerych chęci, osobiście nie dostrzegłem takowej, przynajmniej w tych „próbkach”, które ze względów zawodowych poczułem się w obowiązku zbadać.

Gdybym miał oceniać „Szkołę życia”, ilustrując walory artystyczno-intelektualne, to byłaby to jedynka, uwieńczona wymownie wykrzyknikiem. Dziwię się, że tego rodzaju programy znajdują widownię. Serial, promowany jako źródło wiedzy dla rodziców na temat problemów ich pociech, w istocie będzie raczej oglądany przez młodszą widownię. I to właśnie mnie niepokoi. Serial, który w każdym odcinku prezentuje jakąś emocjonalną „ekstremę”, ociera się o zjawiska patologiczne, epatuje dość prymitywnym językiem, ukazuje sporą dawkę agresji – przede wszystkim w sferze psychicznej, nie przekonuje jako narzędzie parapedagogicznej misji. Obawiam się, że „Szkoła życia” jednak demonizuje świat młodych ludzi i może w bezkrytycznych umysłach młodej widowni wytworzyć wypaczony obraz rzeczywistości.

Nie dziwi mnie natomiast dość powszechne w narodzie zwątpienie w sens płacenia abonamentu, skoro jest on wydatkowany na takie „arcydzieła”. Obejrzenie dobrego dokumentu na antenie TVP2 wymaga wyrzeczeń w zakresie snu, za to w paśmie największej oglądalności wałkuje się rozrywkę klasy C pod pozorem „paradokumentu”. Szkoda, że wszyscy musimy za to płacić. Dobrze, że nie musimy oglądać.

We Are the Champions

Chwalą nas. My też się chwalimy

Na stronie internetowej Ministerstwa Edukacji Narodowej opublikowano notatkę o artykule „The Economist”, chwalącym edukację w naszym kraju. Dobrze, że resort promuje polskie szkolnictwo i przegląda zagraniczną prasę. Nie jest nawet ważne, że dystans czasowy między publikacją artykułu w amerykańskim tygodniku a „newsem” na stronie MEN to dokładnie miesiąc. Opóźnienie, którego nie da się tłumaczyć czasem podróży parowca przez Atlantyk z egzemplarzem czasopisma na pokładzie, ale cóż, był sezon urlopów i ogórków…

Artykuł jest prezentacją najnowszej książki amerykańskiej dziennikarki Amandy Ripley: „The Smartest Kids in the World: And How They Got That Way” (dostępnej w nieprzystępnej dla polskiego pedagoga cenie 28 dolarów…). Zgodnie z zawartą w tytule sugestią, autorka przygląda się „najbystrzejszym dzieciom na świecie”, do których zaliczyła – na podstawie międzynarodowych badań umiejętności PISA – uczniów z Polski. Nie zamierzam polemizować z tym stwierdzeniem, ale mój niepokój budzi „analiza” źródeł naszego sukcesu, która z perspektywy polskiej szkoły jest diametralnie różna od tej, prezentowanej przez Amandę Ripley.

Zaginiony w akcji

„Streszczenie” amerykańskiej publikacji na stronie MEN z jakichś względów pomija jedną z głównych tez pani Ripley, która przypisuje autorstwo sukcesu ministrowi Mirosławowi Handke. Według opisywanej książki, to z chwilą objęcia urzędu przez pana Handke w 1997 r. rozpoczęła się rewolucja w polskim szkolnictwie. Zdaniem Amerykanki, mimo wzrostu gospodarczego, Polakom wydawało się wówczas, że są przeznaczeni do takich prac, których nie chcieli wykonywać mieszkańcy Europy Zachodniej. I minister to zmienił. Co więcej, z tekstu zdaje się wynikać, że przed ministrem Handke nie istniały w polskiej oświacie WYMAGANIA, a jakość pracy była niska. Ponadto to właśnie minister Handke zdecydował „zatrzymać” wszystkie dzieci w tym samym typie szkoły (sic!) aż do 16. roku życia… Poprzestanę na tych przykładach wnikliwości książki pani Ripley, pozostawiając Szanownym Czytelnikom ocenę wiarygodności i trafności zawartych w niej wniosków. Mam szacunek dla profesji dziennikarskiej, ale być może temat przerósł nieco autorkę; warto jednak pamiętać, że nie mówimy tu o opracowaniu naukowym, więc nie należy też oczekiwać standardów akademickich.

Potęga statystyki

Nie przekonuje mnie teza, że o „radykalnym” wzroście poziomu edukacji w Polsce świadczy odsetek ludzi z wykształceniem wyższym niż podstawowe. Za sprawą komercjalizacji usług, zwłaszcza w dziedzinie szkolnictwa wyższego, świadectwa i dyplomy po prostu zdewaluowały się. Do dziś wspominam zasłyszaną rozmowę studentów pewnej prywatnej wyższej uczelni z województwa świętokrzyskiego, której powstydziłby się przysłowiowy szewc, a polonista niechybnie popełniłby zbrodnię w afekcie. Jej uczestnicy są dziś zapewne magistrami, podczas gdy dwie dekady wstecz nie mieliby szans na świadectwo dojrzałości. Masowa „produkcja” dyplomów sprawia, że ich posiadacze coraz częściej zasilają szeregi osób bezrobotnych lub są zmuszeni do poszukiwania pracy fizycznej na obczyźnie. Z amerykańskiego punktu widzenia jest to zjawisko dość abstrakcyjne.

Skoro jest tak dobrze…

Książka pani Ripley nie wzbudza mojej euforii za sprawą powierzchownej diagnozy, aczkolwiek cieszy, gdyż w jakimś stopniu promuje polskie szkolnictwo i naszych absolwentów (którzy, choć „smartest in the world”, do Stanów bez wizy nie pojadą…). Muszę zadać jednak trudne pytanie: czy fakt, że w dziedzinie edukacji zakwalifikowano nas jako „zieloną wyspę” wynika z tego, że jesteśmy tacy dobrzy, czy może inni są po prostu słabi ? Dlaczego MEN w swojej analizie źródeł sukcesu pomija rolę polskich nauczycieli, którzy przewyższają kolegów z innych krajów pod względem kwalifikacji i wydajności ?

Z okresu urzędowania ministra Handke, poza sztandarową reformą pod hasłem „gimnazja”, pozostała także niespełniona obietnica wynagrodzeń, wyrażona wówczas w dolarach (pamiętam doskonale, bo w przypływie radości o mały włos spadłbym z krzesła). Skoro nauczyciele zrobili swoje – czas pomyśleć o dotrzymaniu obietnic…

O podręcznikach i labiryncie grozy, czyli historia pewnego protestu

Jako kibic konstruktywnej krytyki (nie mylić z malkontentem) i kolekcjoner mniejszych lub większych absurdów współczesnej edukacji, zmuszony jestem ogłosić protest. Protest przeciw dominacji formy nad treścią.

Któż z nas, nauczycieli, nie wspomina z sentymentem podręczników ze swoich czasów szkolnych! Ja też tak mam. Im częściej przeglądam stare podręczniki do historii, tym większa frustracja mnie ogarnia. Za sprawą zmian, polegających na redukcji tekstu do minimum i zastąpienia go obrazkami, na przestrzeni ostatnich dwóch dekad dokonuje się infantylizacja edukacji historycznej. Mam wątpliwości, czy winna jest wyłącznie podstawa programowa; otóż wydaje mi się, że wydawnictwa prześcigają się w niezbyt rozsądnym „uatrakcyjnianiu” swoich produktów. W efekcie coraz częściej obserwujemy tryumf formy nad treścią.

W XXI wieku podręcznik to za mało. Debiutują na naszym rynku platformy edukacyjne, oferujące możliwość interaktywnego uczenia się. Na celowniku wydawnictw znalazła się przede wszystkim szkoła podstawowa. I tu znowu niejednokrotnie nagromadzenie animacji, fajerwerków i innych efektów specjalnych przesłania cel zasadniczy. Nie przekonuje mnie założenie, że te wizualne „atrakcje” mają sprzyjać edukacji, bo z mojego doświadczenia wynika, że często odwracają uwagę ucznia.

Nie trafia do mnie strategia marketingowa wydawnictw, które zdają się wołać: „nauczycielu, mniej się napracujesz!”. Jedno z wydawnictw, oferujące – za opłatą, rzecz jasna – coś w rodzaju internetowej gry edukacyjnej, co jednocześnie jest testem sprawdzającym umiejętności i wiedzę piątoklasisty, promuje swój produkt jako „samosprawdzający się”. Ja wolę samodzielnie konstruować zadania i osobiście je sprawdzać, bo przecież w tej czynności chodzi o coś więcej niż tylko wystawienie oceny. To oczywiste, że łączenie zabawy z edukacją ma sens, ale pod warunkiem, że jest to zabawa przemyślana. Tymczasem w jednym z epizodów, czy raczej etapów wspomnianej gry-testu, w ramach powtórzenia wiadomości o starożytnej Grecji, uczeń musi zmierzyć się z zadaniem określenia wyświetlanych na ekranie zdań jako prawdziwych lub fałszywych. Zupełnie nie rozumiem, czemu ten skądinąd dobry pomysł twórcy platformy postanowili zmarnować żałosną fabułą. Otóż uczeń jest ludzikiem w labiryncie Minotaura i musi przenosić kamienie „P” (jak prawda) i „F” (jak fałsz) w oznaczone miejsce. Czas realizacji zadania nie jest ograniczony, ale… ludzika ściga główny lokator rzeczonego labiryntu. Jeśli uczeń nie wykaże się zręcznością (tak, zręcznością, a nie wiedzą) i Minotaur go dopadnie, nasz bohater ginie od zamaszystego ciosu toporem. Postać, co prawda, nie krwawi i w momencie uderzenia śmiercionośnym narzędziem „rozprasza się” niczym mgiełka, ale to niczego nie zmienia! Owszem, można powiedzieć, że w telewizji, grach czy internecie dzieci nie takie obrazy widują, ale czemu w nurt bezmyślnego epatowania przemocą ma włączać się edukacja ? Wystarczyło – zamiast uzbrojonego monstrum – umieścić na monitorze zegar, np. właściwy epoce zegar wodny, i efekt mobilizacji uczestnika gry-testu byłby zdecydowanie lepszy.

W ramach ogłoszonego na wstępie protestu formułuję jeden, póki co, postulat: zero tolerancji dla odmóżdżania naszych uczniów!

Uwaga, „konkurs”

Otrzymałem mail. Nie byle jaki. Nadawca: „Ośrodek Edukacji Regionalnej”. Obiecujący temat: „Konkurs dla nauczycieli”. Nie zrażając się porą wysłania korespondencji (godz. 00:00), zdradzającą hurtowy mailing, zamiast zwyczajowego wyboru opcji „spam” wybrałem polecenie „otwórz”. Zanim procesor przemielił porcję zero-jedynkowych metadanych, przez zniecierpliwiony umysł przebiegały domysły. Czyżby konkurs na scenariusz lekcji ? Na projekt edukacyjny ? Otóż nie! Konkurs nazywa się „Polecam Scholaris.pl” i polega na tym, że trzeba… zarejestrować się w portalu Scholaris.pl i polecić tę samą czynność możliwie największej liczbie nauczycieli. Jeśli skutecznie namówię do rejestrowania się innych uczestników, „mam szansę” wygrać tablet popularnej marki, program edukacyjny (chyba oprogramowanie ???) i tablicę multimedialną dla szkoły. Jeśli będę jednym z pierwszych 160 nauczycieli, którzy się zarejestrują, dostanę pendrive 4 GB.

W kwestii konkursów i loterii jestem umiarkowanym sceptykiem, co wiele tłumaczy, ale dociekliwość (nazywana czasem przez uczniów „upierdliwością”) skłania mnie do bliższego przyjrzenia się dość oryginalnej akcji. Jedno kliknięcie i mamy regulamin. Kto jest organizatorem konkursu ? Logika podpowiada, że ORE, ale okazuje się, że nie! Konkurs organizuje pewna warszawska agencja marketingowa. Robi się ciekawie, zwłaszcza że to właśnie ta spółka jest administratorem danych osobowych, które pozostawię w razie ewentualnej rejestracji (trzeba podać imię i nazwisko, adres mailowy, nazwę szkoły/placówki, w której jest się zatrudnionym). Okazuje się, że sam mogę „wklepać” do systemu dane koleżanek i kolegów, podając ich adresy mailowe, a organizator konkursu zweryfikuje je, prosząc o kliknięcie linków aktywacyjnych, przesłanych na wspomniane adresy mailowe. Za jedną „głowę” dostanę 1 punkt. Kto zgromadzi najwięcej punktów, zgarnie główną nagrodę. Aha, i jeszcze jeden mały szczegół. Nie wolno zapomnieć o akceptacji standardowej formułki o zgodzie na „przetwarzanie danych osobowych…” i mniej standardowej, ale jakże frapującej: „wyrażam zgodę na publiczne, nieodpłatne rozpowszechnianie mojego wizerunku bez ograniczeń czasowych lub terytorialnych”. Gdyby dane te trafiły jedynie do bazy ORE – nie ma sprawy, ale komercyjny podtekst całego przedsięwzięcia i możliwość dalszego obiegu danych w przyszłości (wszak to chodliwy towar na rynku) zdecydowanie mnie zniechęca. Choć nie należę do grona celebrytów, przywiązanie do mojego „wizerunku” sprawia, że wolę sprawować nad nim pełną kontrolę, w każdym czasie i miejscu. Konkludując, skutek akcji odwrotny do zamierzonego, bo ja – nie polecam (nie mam tu na myśli portalu Scholaris, rzecz jasna, tylko sam konkurs, który zasługuje na solidny cudzysłów). Prawdziwymi zwycięzcami tego konkursu są marketingowcy, którzy za obietnicę nagrody gromadzą wymienialne na pieniądze dane osobowe nauczycieli.

Zakładam, że stricte marketingowy cel akcji z punktu widzenia zleceniodawcy, czyli ORE, został w jakiejś mierze zrealizowany, ale w niezbyt ładnym stylu. Bardziej wymagającym rekomenduję prawdziwie merytoryczne konkursy, takie jak kolejna edycja „Nauczyciela Roku” (szczegóły – jak zwykle – na stronie „Głosu Nauczycielskiego” i Ministerstwa Edukacji Narodowej).

Na żywo: Ogólnopolskie Dni Protestu

Z perspektywy warszawskiej arterii, ożywionej nie zwyczajowym ruchem pojazdów, lecz kroczącym tłumem demonstrantów pod związkowymi transparentami, widać siłę związków zawodowych. Widać determinację i mobilizację rzadko spotykaną w dzisiejszych czasach. Widać gniew, wywołany niesprawiedliwością wobec ludzi pracy. Czasami widać też biernych obserwatorów, którzy z boku przyglądają się temu malowniczemu, głośnemu pochodowi, może z sympatią, może z obojętnością, a może też i niechęcią.

Niejednokrotnie spotykałem się z osobliwym zjawiskiem: osoby aktywne zawodowo, ale nie należące do jakiegokolwiek związku zawodowego, wyrażały niezadowolenie z warunków pracy i formułowały oczekiwania pod adresem… organizacji związkowych. Byłoby najsprawiedliwiej, żeby związki zawodowe reprezentowały wyłącznie interesy swoich członków, i żeby tylko związkowcy byli beneficjentami wynegocjowanych podwyżek, regulacji czasu pracy i innych kluczowych rozwiązań. Milczący i bierni powinni zabiegać o swoje prawa indywidualnie i osobiście.