Edukacyjny trailer przed oczekiwaną premierą

Minister edukacji narodowej Anna Zalewska zapowiedziała dziś daleko idące (dobre?) zmiany w systemie edukacji w aspekcie dydaktycznym.

Spośród zasygnalizowanych planów kilka zasługuje na uwagę. Po pierwsze, promocja czytelnictwa w szkole, poczynając od codziennej lektury w klasach I-III, w których od wspólnego czytania ma się rozpoczynać dzień. Nie czuję się ekspertem w zakresie edukacji wczesnoszkolnej i nie wiem, na ile pomysł stanowi metodyczne novum, ale deficyt czytania jest bezspornym faktem i ogólnospołecznym problemem, z którym należy się zmierzyć. Wszelkie racjonalne działania, które będą służyły rozwojowi czytelnictwa, są godne pochwały. Trafnie zauważa szefowa resortu, że czytanie jest fundamentem edukacji, podobnie jak niezastąpioną szkołą ortografii. Nieznajomość lektur w oryginale (mało popularna alternatywa streszczeń) to miałkość intelektualna, której nie da się uzupełnić. Dla wielu przedstawicieli wchodzącego w dorosłość pokolenia najdłuższą lekturą bywają esemesy. Dla nich ortografia jest dziedziną kompletnie abstrakcyjną i nieżyciową, którą nie warto zaprzątać sobie głowy. Nieznajomość reguł języka polskiego to już choroba w zaawansowanym stadium – znak edukacyjnej degrengolady. Kilka dekad temu człowiek, który nie znał zasad ortografii, nie był w stanie osiągnąć cenzusu wykształcenia średniego. Dziś ignoranci w opisywanej materii legitymują się dyplomami magistrów i żyją w błogiej nieświadomości. Najwyższy czas coś z tym zrobić!

Druga kwestia, która wywołała we mnie pozytywne emocje, to zapowiedź wprowadzenia szachów do szkół. Nareszcie! Prosta metoda nauki logicznego i strategicznego myślenia, z powodzeniem praktykowana w elitarnych szkołach na całym świecie, ma niesamowity potencjał edukacyjny. Wiem o tym z doświadczenia. Miałem przyjemność pracy w szkole podstawowej, gdzie zajęcia szachowe ujęte były w planie zajęć. Gorąco rekomenduję takie rozwiązanie – oby tylko było praktyką obligatoryjną, a nie tylko „kółkiem” na ósmej godzinie lekcyjnej…

Jako praktykujący humanista, popieram z całej mocy promowanie matematyki na każdym etapie edukacji. Mając poczucie własnej niedoskonałości w tej dziedzinie, rozumiem potrzeby XXI wieku i szerokie zastosowanie dyscypliny w innych naukach – nie wyłączając, notabene, humanistyki! Ważnym wyzwaniem pozostaje również poprawa efektywności nauki języków obcych, jako że rezultaty wieloletniej edukacji bardzo często – mówiąc dyplomatycznie – pozostawiają wiele do życzenia oraz/lub drenują portfele rodziców, inwestujących w dodatkowe zajęcia. Minister Zalewska zapowiedziała również powrót do pluralizmu w kwestii e-podręczników, co ma głęboki sens (prawo wyboru to jednak komfortowe uczucie…). Z niecierpliwością czekam na odsłonę kurtyny i szczegóły: jak resort zamierza te ważne cele zrealizować… Dowiemy się już 27 czerwca.

Jak przegrać wybory II: requiem dla lewicy

Zacznijmy od tego, że nie jest prawdą, że lewica przez najbliższe cztery lata nie będzie reprezentowana w polskim parlamencie. Aktualna reprezentacja lewicy nazywa się Platforma Obywatelska, a ściślej rzecz biorąc, tworzy ją socjaldemokratyczno-liberalne skrzydło tej partii. Z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie się ono wzmacniać na zasadzie przeciwwagi (a może i politycznej przekory) dla konserwatywnego obozu Prawa i Sprawiedliwości.

Największym przegranym wyborów parlamentarnych jest niewątpliwie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Oczywiście poza parlamentem istnieje życie polityczne, ale nie łudźmy się – w trzeciej lidze. Ostatnią deską ratunku pozostaje dla SLD obecność we władzach samorządowych tu i ówdzie – z Łodzią na czele. Samorząd dla SLD jest jednak jak przydomowy basen dla schwytanego w oceanie delfina. Stopniowo redukowana obecność SLD w krajowej polityce osiągnęła wartość matematyczną, której Leszek Miller użył w odniesieniu do Zbigniewa Ziobro. Co takiego się stało, że polityczny kapitał tej partii podzielił losy oszczędności w Amber Gold?

Generalnie SLD – przynajmniej w wydaniu ogólnopolskim – na przestrzeni ćwierćwiecza nie zdołał odmłodzić kadr. Pojedyncze wyjątki – jak np. Dariusz Joński – potwierdzają regułę, że „seniorzy” zbyt długo trzymali stery w swoich rękach. Bogate doświadczenie polityczne to za mało, by przyciągnąć wyborców. A w lewicowej formacji bywało przecież różnie. Kto pamięta Leszka Millera w biało-czerwonym krawacie członka drużyny Andrzeja Leppera, ten rozumie istotę kryzysu. Wycięcie „młodych” konkurentów do przywództwa w partii (W. Olejniczak, G. Napieralski, znakomita Katarzyna Piekarska) w długofalowej perspektywie okazało się krokiem samobójczym. Dlaczego w telewizji nie ma „Koła fortuny” czy „Czaru par”? Bo te formaty były dobre w latach 90., a później po prostu się zużyły. Twarze polityków również – przepraszam za dosadność – zużywają się. Zrozumiał to Jarosław Kaczyński, wyłuskując w gronie działaczy PiS Andrzeja Dudę i Beatę Szydło. Leszek Miller przeprowadził, co prawda, casting na Magdalenę Ogórek, ale nie była to koncepcja politycznego zastępstwa/następstwa i realnej walki o wysoką stawkę, tylko chęć uniknięcia wizerunkowej porażki. Czy Joanna Senyszyn lub Jerzy Wenderlich (który wątpliwie zabłysnął lewicową wrażliwością przy okazji oddawania słynnych nagród dla wicemarszłków) mogą przyciągnąć NOWYCH wyborców?

Przymiotnik „nowi” ma kluczowe znaczenie. Minione sukcesy SLD zawdzięczał elektoratowi, dla którego ważne były sentymenty. Po okresie szoku postbalcerowiczowskiego wspomnienia socjalu i „małej stabilizacji” Polski Ludowej prezentowały się nawet atrakcyjnie. Pokolenia, które najwięcej osiągnęły w czasach budowy blokowisk i rozdawania przydziałów na maluchy były skłonne poprzeć ekipę polityczną, uosabiającą zdemokratyzowane ideały państwa opiekuńczego. Problem SLD polega jednak na tym, że czasy się diametralnie zmieniły i sentymenty dotyczą tylko starszych generacji wyborców. Elektorat w naturalny sposób się skurczył.

Poważnym przedwyborczym błędem SLD był mariaż (związek partnerski???) z ugrupowaniem Janusza Palikota. Właściwie słowo „ugrupowanie” można zastąpić słowem „efemeryda”, biorąc pod uwagę, że Rucha Palikota skupiał zbieraninę różnych ludzi o tylko jednym wyraźnie zarysowanym wspólnym mianowniku w postaci antyklerykalizmu. Finisz klubu parlamentarnego tej partii obrazuje jej rzeczywistą jakość. Zaskakująca decyzja liderów SLD o stworzeniu koalicji wyborczej z topniejącym „Ruchem” przesądziła o katastrofie. Gdyby Leszek Miller pozostał konsekwentny w ocenie tej siły – zachowałby zapewne i poselski fotel, i rolę przywódcy lewicy. Pakt z Palikotem obniżył wiarygodność socjalną SLD. Być może działacze Sojuszu zapomnieli o tym, że Palikot i jego ludzie przesądzili o podwyższeniu wieku emerytalnego; lewicowy elektorat tego nie zapomniał. Socjaldemokracja to nieco inna bajka niż liberalizm.

Lewica w ostatnim czasie nie potrafiła wyartykułować priorytetów bliskim potrzebom „zwykłych ludzi”. Zamiast eksponowania na pierwszym planie spraw pracowniczych i postulatów socjalnych, lewica roztrwoniła czas na reprezentowanie niszowej mniejszości, skupionej wokół zagadnień typowo obyczajowych. Nie chodzi o słuszność lub niesłuszność takiej postawy, ale o jej wybitną niepragmatyczność. Polityka to brutalna gra. Arytmetyka pokazuje, że bardziej opłaca się walczyć o miliony głosów związkowców, emerytów czy osób zatrudnionych na „umowach śmieciowych” niż zabiegać jedynie o tysiące głosów feministek, środowisk LGBT, antyklerykałów czy zwolenników legalizacji marihuany. Co więcej, prawdopodobnie nie doceniono faktu, że społeczeństwo polskie w gruncie rzeczy jest bardziej konserwatywne, niż to wynika z przekazów medialnych i nadreprezentacji „postępowych” komentatorów rzeczywistości. W efekcie błędnie oceniono wielkość grupy docelowej, do której adresowano ofertę polityczną.

Jak potoczą się losy SLD – pokażą najbliższe trzy lata, czas do wyborów samorządowych. Z dużą dozą prawdopodobieństwa młodzi zdolni zasilą szeregi PO, widząc tam lepsze perspektywy zaistnienia. Wielu „starych” odejdzie na polityczną emeryturę. Czy nie za późno dla SLD? Z kolei dla innych ugrupowań, zabiegających o wyborców, jest to lekcja pokory: warto od czasu do czasu przewietrzyć salę, a czasami nawet zrobić odświeżający przeciąg…

Jak przegrać wybory – część I

Jeśli ktoś w Polsce jest zdziwiony porażką wyborczą Platformy Obywatelskiej to prawdopodobnie co najmniej ostatni rok przeżył w stanie hibernacji. PO przegrała wybory na własne życzenie, konsekwentnie uruchamiając lawinę błędów – zarówno decyzyjnych, jak i wizerunkowych. Anatomia tej klęski może być cenną lekcją dla innych – nie tylko polityków.

Po pierwsze, Platforma Obywatelska okazała się za mało obywatelska. Idąc po władzę osiem lat temu z hasłami głębokich przemian systemowych, błyskawicznie zapomniała o genezie sukcesu i odcięła się od swoich nieco „antysystemowych” korzeni. Okazało się, że zamiast redukować aparat biurokratyczny, wzmacniała go do spółki z PSL-em, by znaleźć zaplecze kadrowe dla „swoich”. Partia rządząca pod wodzą Donalda Tuska przeobraziła się w establishment zegarkowo-ośmiorniczkowy, odseparowany mentalnie od społeczeństwa i bez świadomości jego nastrojów. Szereg decyzji w powszechnym odbiorze miał charakter antyspołeczny, by przypomnieć chociażby skazanie obywateli na pracę do 67. roku życia, zredukowanie zasiłków pogrzebowych czy fatalny styl wprowadzenia obowiązku szkolnego dla sześciolatków. Nawet merytorycznie akceptowalne zmiany były wdrażane w sposób wysoce niewłaściwy.

Po drugie, zabrakło ludzi. Ławka kandydatów do najwyższych stanowisk państwowych okazała się na tyle krótka, że newralgiczne dziedziny zarządzania państwem powierzano ludziom rażąco niekompetentnym i nieprzygotowanym, czego dobitnym przykładem jest szefowa resortu edukacji. Dzięki aktywności pani minister, która zapowiedziała likwidację Karty Nauczyciela, od PO odpłynęło kilkaset tysięcy wyborców ze środowisk oświatowych. Twarze Platformy przypominały talię zgranych kart, przy czym najważniejszy as – Donald Tusk – zadbał, by z obiegu wypadły trzy pozostałe asy. „Odstrzelenie” faktycznych i wyimaginowanych rywali/następców do zarządzania partią zemściło się na braku sensownych alternatyw, pozwalających na skuteczną rekonstrukcję rządu. Przypadek B. Arłukowicza i J. Kluzik-Rostkowskiej dowodzi, że PO wypłacała swoiste premie „odszczepieńcom” z konkurencyjnych ugrupowań. W polityce może to i jest trochę normalne, ale w tzw. normalnym świecie wywołuje katastrofalne konsekwencje wizerunkowe.

Po trzecie, główny pomysł PO na siebie polegał na tym, że partia ta miała być „antyPiSem”. Szczególnie było to widoczne w ostatnich odsłonach kampanii, kiedy najważniejszym argumentem PO w walce o głosy było straszenie Polaków faworytem wyborów. Patent na zwycięstwo dzięki takiej strategii okazał się już kompletnie nieaktualny. Liderzy PO do końca wierzyli, że widmo rządów Prawa i Sprawiedliwości cudownie odwróci proporcje sondażowe. Zaklęcia nie zadziałały, mimo że Ewa Kopacz sugerowała w obszernie transmitowanej piątkowej konwencji – tuż przed ciszą wyborczą – że na okoliczność ewentualnego zwycięstwa PiS na Kremlu mrożą szampana. Żenujący poziom autoprezentacji nie uwzględniał obiektywnego faktu: większość Polaków ma dość brutalizacji języka polityki, babrania się błocie i wymachiwania na oślep maczugą. PR musi być jak kompozycja przypraw we właściwych proporcjach,  by danie było perfekcyjne, tymczasem polityczni kucharze nie znali umiaru w ostrych składnikach. Co więcej, brak obiektywizmu w przekazach medialnych też dla społeczeństwa był zbyt oczywisty. Nierówne szanse komitetów wyborczych przypomniały, jak to było w latach 80.: PZPR też „miała” prasę, radio, telewizję i nic z tego specjalnie nie wyszło.

Po czwarte, Platforma pogubiła się w priorytetach programowych, błędnie sądząc, że da się zbić kapitał na liberalnym ustawodawstwie, na dzieleniu społeczeństwa przy pomocy dylematów etycznych i wątków stricte światopoglądowych. Sądząc po tematyce wystąpień polityków, można odnieść wrażenie, że najważniejszym problemem współczesnych Polaków jest… zmiana płci. W kontekście tych partyjnych błędów i wypaczeń, ogólnej arogancji oraz infantylnej kampanii (premier intonująca okrzyk „raz dwa trzy, wygramy my”) przekroczenie dwudziestu procent głosów to nie lada osiągnięcie.

Wniosek? Ludzie nie są tak głupi (czytaj: podatni na manipulację lub swojską „ściemę”), jak się wydaje niektórym politykom. Dobrze, kiedy można się o tym przekonać w akcie wyborczym, a nie poprzez rewolucję.

Zwyczajna kiełbasa wyborcza

Za kilkadziesiąt godzin – czas wyborów parlamentarnych. Być może dla wielu ludzi wybory te są trudniejsze niż kiedykolwiek. I nie mam tu na myśli klęski urodzaju politycznych talentów. Ci, którzy mają to szczęście i już podjęli decyzję – z pewnością są wystarczająco zmobilizowani. Ale są i tacy – jakże wielu! – którzy nie czują motywacji. Tym ostatnim dedykuję zatem refleksję pt. „Sześć powodów, dla których warto wybrać…mniejsze zło”. 

1. Wiara polityków w głupotę wyborców, czyli przekonanie, że „ciemny lud” kupi wszystko, nawet miernej jakości propagandę, pod wpływem której w stanie hipnozy zakreśli „krzyżyk” w jedynie słusznym kwadracie. Gdyby do rządzenia wystarczyła propaganda, to Jerzy Urban nigdy nie zostałby biznesmenem.

2. Pustosłowie i hasłomania – jakże wykpione dekady temu, ale wciąż żywe. Dawniej w te zaklęcia wierzył (chyba…) tylko tzw. aparat. Aparaty się pozmieniały, a pustosłowie i hasłomania pozostały. Tylko te hasła jakby trochę słabsze…

3. Ignorancja, czyli „nie mamy zielonego pojęcia o tym, co należy robić, ale za wszelką cenę musimy udawać, że wiemy”. Dzięki takiej strategii każdy polityk jest ekspertem od podatków, edukacji, zmiany płci, relacji rosyjsko-ukraińskich, górnictwa węgla kamiennego i brunatnego itd.

4. Kabaretopodobność – różnica między kabaretem a polityką polega na tym, że kabaret jest śmieszny intencjonalnie. Niektórzy mówią: „dzięki politykom kabaret mamy za darmo”. Naiwni! Na ten kabaret zrzucają się wszyscy.

5. Umiłowanie agresji i nienawiści jako wiodących środków przekazu o własnych emocjach, fobiach i słabościach. Prawda, jest jeszcze najbardziej „skuteczna” metoda pedagogiczna sprzed stu lat, czyli straszenie Babą Jagą. 

6. Bezsilność intelektualna, objawiająca się powszechnym nieodpowiadaniem na zadawane pytania i snuciem wybitnie nudnych dygresji. Więcej dramaturgii i życiowej prawdy było w odcinku serialu „Klan” niż w debacie liderów ogólnopolskich komitetów wyborczych. Może z wyjątkiem jednego epizodu, kiedy jeden z liderów nazwał słynne ośmiorniczki „badziewiem”. I ma rację. Nie ma, jak schabowy. Ośmiorniczki bowiem wywołują czkawkę. Mr Sikorski, czy nie lepiej było wybrać kiełbasę, choćby i – za przeproszeniem – wyborczą?

Czujcie się zmotywowani, by jednak kogoś sensownego wybrać.

PS. Czy karpie głosowałyby za przyspieszeniem świąt? To pytanie pozostawiam nauczycielom, którzy zapomnieli, że aktualna pani minister od edukacji swego czasu zapowiedziała likwidację Karty Nauczyciela, jeśli po wyborach pozostanie przy władzy.

Dzień Edukacji w roku wyborczym

Dzień Edukacji Narodowej A.D. 2015, w oku wyborczego cyklonu, nie napawa optymizmem. Z perspektywy zapowiedzi wyborczych głównych aktorów na scenie politycznej wynika, że oświatę czekają zmiany. Czy będzie to likwidacja gimnazjów i powrót do modelu organizacji szkolnictwa sprzed szesnastu lat, czy też likwidacja Karty Nauczyciela – okaże się niebawem; pomysłów na reformy jest oczywiście więcej. Biorąc pod uwagę puste miejsca, z których pochodzą, życzę Koleżankom i Kolegom Nauczycielom po pierwsze – szczęścia, po drugie – skuteczności w oddziaływaniu edukacyjnym na polityków, a po trzecie – integracji wokół zasadniczych dla naszego środowiska haseł. Pod tymi hasłami 14 października Związek Nauczycielstwa Polskiego i inne nauczycielskie organizacje zawodowe będą manifestować na ulicach Warszawy. 

Czarna owca

Niejaki pan Charamsa, z zawodu ksiądz, ujawnił się jako praktykujący gej. Być może uczynił to dla mamony, jako że w świetle jupiterów i w blasku fleszy zapowiedział rychłą premierę swojej książki. Gdyby nie atmosfera skandalu zapewne niewielu by o niej usłyszało, zaś sam pan Charamsa nawet w ugrupowaniu Janusza Palikota nie zrobiłby kariery. Skoro jednak pan Charamsa postanowił stworzyć gejowską wersję „Ptaków ciernistych krzewów” to ubóstwo mu nie grozi. W Polsce jego „love story” przebije zapewne popularnością przygody Kazimierza Marcinkiewicza i Isabelle, której odpowiednikiem będzie niejaki Eduardo.

Pan Charamsa, uważający siebie samego za współczesnego Marcina Lutra, jest jednak kompletnie niewiarygodnym „reformatorem”. Jego głos w interesie środowisk homoseksualnych nie brzmiałby tak fałszywie, gdyby był on jedynie teoretykiem, a nie gorliwym praktykiem. Paradowanie w sutannie i obściskiwanie się z Eduardo jest generalnie niesmaczne, a dla wielu pewnie obrazoburcze. Powstaje pytanie zasadnicze: skoro pan Charamsa znał na wstępie reguły gry (celibat!), to po co pakował się do stanu duchownego? A jeśli później sprzeniewierzył się ślubom czystości, to czemu nie zrezygnował z sutanny?

Przypadek pana Charamsy to symbol zdrady zasad, które dobrowolnie się na siebie przyjmuje. Powiedzenie o diable przebranym w ornat i dzwoniącym na mszę pasuje jak ulał do sytuacji eksdostojnika watykańskiego. Współczuję katechetom, którzy muszą coraz częściej tłumaczyć, że nie wszystkie owce w stadzie są czarne…

Przepis na sukces

„Wynegocjowałam z ministrem zdrowia powrót drożdżówek” – triumfalnie oświadczyła minister edukacji narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska w radiowej audycji. Wiele wskazuje na to, że może to być jeden z poważniejszych sukcesów pani minister w okresie jej kierownictwa resortem oświaty, niezależnie od komediowej tonacji. W jakimś sensie jest to bowiem przyznanie się do błędu, polegającego na nieprzemyślanym tworzeniu prawa.

Jak zapowiada pani minister, negocjacje będą trwały dalej i mają objąć tak newralgiczne obszary jak aprowizacja maturzystów w kawę oraz dosypanie do szkolnej zupy „szczypty soli”. Nie trzeba być ekspertem, by zrozumieć, jakie absurdy rodzi konieczność wytworzenia aktu prawnego, regulującego zarówno stołówkowe menu, jak i asortyment szkolnych sklepików. Nawet rzeczone drożdżówki mają być dookreślone w kwestii zawartości cukru (procentowej? a może według masy netto?). Cóż, jak widać pani minister w końcu stanęła przed naukowym problemem, ile jest cukru w cukrze, tak doskonale zasygnalizowanym przez Stanisława Bareję.

Dura lex sed lex. Inna rzecz, że nieskuteczność pospolitych zakazów po prostu ośmiesza prawodawców. Czy nie lepiej zatem postawić na szeroko zakrojoną akcję edukacyjną, na społeczną kampanię adresowaną również do rodziców, dziadków i innych „rodzinnych” autorów posiłków? Jeśli chodzi o sól, prawdziwy problem to posiłki domowe, a nie szkolne obiady. Zarówno sól jak i cukier są „ukrywane” przez producentów żywności w produktach, których na pierwszy rzut oka nie posądza się o smak słony lub słodki. Kluczowe znaczenie w komponowaniu w miarę sensownej, zbilansowanej diety ma więc świadomość dorosłych.

Niedawna zawartość szkolnych sklepików istotnie bardziej przypominała królestwo Willego Wonki, właściciela tytułowej fabryki czekolady z filmu Tima Burtona, wzmocnione potęgą chlorku sodu, wysypującego się z paczek czipsów. Ograniczenie cukrowego szaleństwa było zatem uzasadnione. Powiem jednak więcej: czy komercyjny, prywatny punkt handlowy w szkole nie jest jednak jakąś formą patologii? Rozumiem interesy przedsiębiorców, ale moim zdaniem stoją one w sprzeczności z interesem społecznym. Kolejki na przerwach pokazują, że sklepikowy mikrobiznes trafia w potrzeby rynku. Problem jednak w tym, że „rynek” jest jeszcze mało krytyczny, podatny na manipulację i reklamę. Wydawanie kieszonkowego w nietanim zazwyczaj sklepiku jest w modne. Tymczasem różnice w statusie materialnym rodzin powodują, że szkolny korytarz dzięki sklepikom staje się widownią silniej zarysowanych nierówności. Sklepiki nie są potrzebne szkołom: bez nich oświata istniała i żadne dziecko z głodu nie umarło. A jeśli już sklepik, to może warto powrócić do udanej koncepcji spółdzielni uczniowskich jako szkółki przedsiębiorczości?

W dobie propagandy samorządności i społeczeństwa obywatelskiego mamy jednak centralnie sterowany bufet z wynegocjowanymi przez ministrów drożdżówkami. Cóż za szczęśliwy kraj, w którym ministrowie mogą zajmować się takimi słodkimi problemami.

ZNP ma 110 lat!

Dokładnie 110 lat temu, 1 października 1905 r. w wiejskiej szkółce w Pilaszkowie pod Łowiczem zebrało się około stu nauczycieli z różnych rejonów Królestwa Polskiego, by w konspiracji powziąć decyzję o oddolnym wprowadzeniu języka polskiego do szkół ludowych. Dotychczas instytucje te w powszechnej świadomości jawiły się jako narzędzie carskiego aparatu władzy, służące rusyfikacji Polaków. Rewolucyjny ferment, jaki zapanował w 1905 r. w imperium rosyjskim, sprzyjał ożywieniu marzeń o większej dozie wolności w warunkach przymusowej niewoli narodu polskiego. Chwilowe osłabienie administracji rosyjskiej, zagrożonej antyrządowymi wystąpieniami, było okazją do upomnienia się o prawa, m.in. do edukacji w języku ojczystym. Zignorowanie tych postulatów przez władze rosyjskie wzmogło determinację społeczną do buntu, a przede wszystkim zaktywizowało działaczy oświatowych wokół zasadniczego celu: wprowadzenia nauczania w języku polskim. Z tym właśnie postanowieniem opuszczali Pilaszków w niedzielne popołudnie 1 października 1905 r. nauczyciele, którzy odważyli przeciwstawić się potężnej machinie represji.

Polityka faktów dokonanych okazała się skuteczna; inicjatywa nauczycielska, wsparta przez społeczności lokalne, została de facto zaakceptowana przez Rosjan. Tak objawiła się m.in. częściowa liberalizacja warunków życia w monarchii jednak absolutnej. Odzyskanie możliwości edukacji dzieci i młodzieży w języku polskim było preludium do odrodzenia ducha polskości w warunkach zaboru rosyjskiego po traumie klęski powstania styczniowego. Dzięki odważnej inicjatywie, zmaterializowanej przez uczestników pilaszkowskiego zjazdu, możliwe było przygotowanie gruntu dla wydarzeń roku 1918.

Zjazd w Pilaszkowie to jednocześnie początek Związku Nauczycielstwa Polskiego; choć ta ostatnia nazwa funkcjonuje dopiero od 1930 r., to kadrowa, organizacyjna i programowa kontynuacja idei związku zawiązanego w 1905 r. w podłowickiej szkółce zapisała pierwsze dekady historii ZNP. Jej następcy i kontynuatorzy, choć żyjący w jakże odmiennych realiach, słusznie odwołują się do wciąż aktualnych wartości szkolnictwa powszechnego, bezpłatnego i opartego na profesjonalizmie ludzi, którzy je kreują. Dziś, zamiast walki o szkołę polską, mamy inny rodzaj zmagań: walkę o zachowanie szkolnictwa publicznego, wbrew niemądrym pomysłom niektórych polityków. W przededniu demokratycznego aktu wyborczego, w którym Polacy zadecydują o powierzeniu władzy swoim przedstawicielom na kolejne cztery lata, wypada głęboko przemyśleć, na kogo zagłosować może nauczyciel. Przyczynowo-skutkowa logika zdarzeń nie zawsze pozwala na cofnięcie zgubnych skutków niektórych „reform”. Jeśli państwo i jego samorządowa emanacja pozbędą się szkolnictwa, oddając je w ręce prywatnych, nastawionych na zysk lub ideologizację umysłów, podmiotów, to katastrofy nie da się uniknąć.

Związek Nauczycielstwa Polskiego obchodzi swoje 110. urodziny w atmosferze protestu w interesie oświaty. Nie jest to, jak zarzucają niektórzy, zawodowy egoizm, lecz wołanie o potrzebne zmiany systemowe w dziedzinie finansowania szkolnictwa, o zapewnienie bezpiecznej egzystencji i warunków rozwoju każdej szkole, o wykorzystanie możliwości większej indywidualizacji kształcenia i wychowania w oparciu o przyjazne i terytorialnie bliskie uczniom szkoły. Sprawiedliwość społeczna wymaga również poszanowania ustawowych praw nauczycieli oraz odbudowania należnego pedagogicznemu posłannictwu prestiżu, czego warunkiem musi być adekwatna do znaczenia środowiska nauczycielskiego polityka płacowa. Oby związkowe postulaty przemówiły do świadomości rządzących i teraz, i po wyborach, oraz aby znalazły przełożenie na konkretne decyzje, czego – w ramach 110. urodzin najstarszej nauczycielskiej organizacji związkowej w Polsce – życzę wszystkim Ludziom Oświaty.

Zacznijcie rewolucję beze mnie

Kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami. Wyborczy „cel uświęca środki”, a polityków na ogół nie da się rozliczyć z obietnic. Polityka ma więcej wspólnego z teatrem niż jakakolwiek inna dziedzina życia. W zasadzie to permanentny spektakl, a najciekawsze rzeczy dzieją się za kulisami. My jednak nie będziemy tam zaglądać, ponieważ nie jest to widok budujący. Parówki smakują do czasu, kiedy nie zobaczy się procesu produkcyjnego. Pozostańmy zatem po „właściwej” stronie kurtyny i zastanówmy się nad kwestiami aktorów.

W trakcie sobotniego show kandydata PiS na prezydenta padła osobliwa deklaracja: „powrót” do starego modelu edukacji, czyli ośmioklasowej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum. Z punktu widzenia PR to trafiony postulat, ponieważ odwołuje się do sentymentów wyborców. Samo wspomnienie modelu edukacji, w którym dorastała duża część aktywnych wyborczo obywateli, wzbudza przyjemne skojarzenia. Skłonność człowieka do idealizacji okresu swojej młodości to naturalny mechanizm psychologiczny. Skwapliwie korzystają z niego specjaliści od marketingu. W pomyśle „odkręcenia” reformy szkolnictwa sprzed szesnastu lat jest jednak drugie dno. I trzecie. A nawet czwarte.

Dno nr 2. Lansowanie teorii, że źródłem wszelkiego zła jest gimnazjum, a nieuctwa – „skrócone” liceum, to przejaw druzgocącej naiwności lub – co gorsza – cynizmu. To nie system szkolny „psuje” nam młode pokolenie. Po prostu świat się zmienił. Postęp technologiczny wykreował nieprzewidywalne wcześniej warianty problemów wychowawczych. Życie młodych ludzi – czy nam się to podoba, czy nie – przeniosło się w jakiejś części do internetu, komputera, smartfonu. Wymazanie nazwy „gimnazjum” niczego nie da. Świat już nie jest taki, jak w czasach ósmej klasy szkoły podstawowej.

Dno nr 3. Obiecywać można dużo; w zasadzie to nie ma w tej dziedzinie żadnych granic poza rozumem i przyzwoitością. Zapewne jakaś część ludzi w obietnice wyborcze uwierzy. Ci, którzy orientują się, jaka jest rola prezydenta w polskim systemie ustrojowym, już raczej nie. Inicjatywa ustawodawcza to za mało, by cokolwiek zmienić, jeśli nie ma się zaplecza parlamentarnego w postaci solidnej machiny do głosowania. Oczywiście nie mieści mi się w głowie, by jakikolwiek kandydat z premedytacją nabierał wyborców na chwytliwe hasła i populistyczne tricki… Nasuwa mi się jednak analogia do wyborów samorządu uczniowskiego; zwykle pojawia się kandydat, który zapowiada, że będzie mniej sprawdzianów, choć to przecież od niego nigdy nie będzie zależało…

Dno nr 4. Gdyby jednak projekt „odkręcenia” reformy nabrał realnych kształtów, podatnicy musieliby wysupłać niewyobrażalną kwotę pieniędzy na zmiany. Wystarczy, że policzymy ogólnopolskie koszty reorganizacji sieci szkolnej, przeprowadzek placówek, ponownego przystosowania lokali, zmiany tablic i pieczęci, opracowania nowych programów, druku podręczników, haftowania sztandarów, ruchu kadrowego itp. Możemy pominąć aspekt czysto logiczny: jak zakwalifikować powrót do dawnego systemu? Fiasko eksperymentu? Pomyłka historii i pedagogiki?

Pomysł rewolucji w oświacie, polegającej na „powrocie do przeszłości”, uważam za totalnie chybiony. Diagnoza przyczyn problemów jest fałszywa, a wskazywany sposób ich rozwiązania – wybitnie naiwny. Tak w ogóle to uważam też, że w edukacji rewolucja sprawdza się zdecydowanie gorzej niż ewolucja.

Wyklęci i zapomniani

Dziś obchodzimy – po raz piąty – Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, upamiętniający członków konspiracji niepodległościowej, represjonowanych przez władze komunistyczne w mrocznych latach stalinizmu. Termin obchodów nawiązuje do daty śmierci siedmiu przywódców organizacji „Wolność i Niezawisłość”, skazanych na śmierć i straconych w 1951 r. więzieniu na warszawskim Mokotowie. Ranga święta państwowego – ustanowionego na mocy ustawy w 2011 r. – zobowiązuje do popularyzacji w społeczeństwie tematu „żołnierzy wyklętych”: ich bohaterstwa, tragizmu losów, sensu ofiary. Niestety, edukacja historyczna w aktualnym kształcie programowym nie ułatwia tego zadania. Pamiętajmy, że przedstawiciele najmłodszego pokolenia Polaków są de facto pozbawieni możliwości poznawania tej tematyki na lekcjach historii. Optymalnym czasem do kształtowania świadomości historycznej – z uwagi na proces rozwoju intelektualnego – jest okres nauki w gimnazjum, a tu edukacja historyczna „kończy się” wbrew logice na roku 1918… W szkole ponadgimnazjalnej status historii przypomina przysłowiowe piąte koło u równie przysłowiowego wozu, gdyż sprofilowanie zainteresowań pod kątem egzaminu maturalnego prowadzi do nieuchronnych konsekwencji marginalizacji treści niektórych zajęć w umysłach młodych ludzi. W ten sposób „żołnierze wyklęci”, na których w okresie stalinizmu wydawano nie tylko wyroki śmierci, ale i wyroki powszechnego ZAPOMNIENIA, w dalszym ciągu pozostają w cieniu… Tak być nie powinno.